Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 62

Poszedł sobie Costa, zadowolony, że dzień rozpoczął się tak dobrze, a Raimundo Silva idzie do kuchni przygotować kawę z mlekiem i tosty z masłem. Dla tego mężczyzny pełnego zasad i pryncypiów tosty są niemal nałogiem i prawdziwym przejawem nieokiełznanego łakomstwa, które odnosi się do rozlicznych wrażeń, zarówno wizualnych, jak i dotykowych, zarówno węchowych, jak i smakowych, poczynając od błysku chromowanego opiekacza, następnie noża krojącego kromki, zapachu prażonego chleba, topiącego się masła, i w końcu złożona przyjemność ust, podniebienia, języka, zębów, do których przykleja się błogo ciemna skórka, przypalona i miękka, i po raz kolejny zapach, teraz w jego wnętrzu, na pewno znalazł się w niebie ten, kto potrafił wynaleźć coś tak subtelnego. Raimundo Silva któregoś dnia wypowiedział na głos te właśnie słowa, w ulotnej chwili, kiedy zdawało mu się, iż przeniknęło mu do krwi doskonałe dzieło ognia i chleba, bo dla niego nawet masło nie jest istotne, oddałby je bez zbytniego żalu, choć głupcem musiałby być ten, kto odrzuciłby to, co w połączeniu z elementem podstawowym podwaja apetyty i smak, bo tak jest w przypadku opiekanego chleba i masła, o których mówiliśmy, z pewnością tak byłoby też w przypadku miłości na przykład, gdyby w jej kwestii redaktor miał większe doświadczenie. Raimundo Silva skończył jeść, poszedł do łazienki się ogolić, żeby zadbać o wygląd. Dopóki piana nie przykrywa całkowicie brody, odwraca oczy od lustra, dzisiaj żałuje, że zdecydował się pofarbować włosy, stał się niejako więźniem własnych forteli, bo nie tyle jest zdegustowany swym wyglądem, ile męczy go myśl, że po zafarbowaniu, siwe włosy pojawią mu się nagle, za jednym razem, jak nagła erupcja, a nie w wyniku powolnej naturalnej ewolucji, którą w pewnej chwili przerwał z powodu głupiej próżności. To drobne nikczemności duszy, za które ciało musi zapłacić, on jest niewi

W gabinecie, jedynie by się zapoznać z nową pracą, Raimundo Silva przegląda zostawiony przez Costę oryginał, oby nie trafiła mi się teraz cała Historia Portugalii, bo nie zabrakłoby w niej następnych pokus z cyklu tak i nie, albo jeszcze jedna, może jeszcze bardziej ponętnie niedookreślona, nieskończonego być może, które nie zostawiłoby kamienia na kamieniu ani faktu na fakcie. W końcu jest to jednak tylko zwykła powieść, nie musi martwić się wprowadzeniem po niej tego, co już tam jest, wszak książki tego typu, opowiadając wydarzenia fikcyjne, zbudowane są wszystkie na fundamencie nieustającej wątpliwości, powściągliwie potwierdzanej świadomością, że nic nie jest prawdą i że trzeba udawać, iż nią jest, przynajmniej przez jakiś czas, aż nie będzie można wytrzymać niezaprzeczalnej oczywistości zmiany, wtedy powracamy do minionego czasu, bo tylko on jest prawdziwym czasem, i usiłujemy przywrócić chwilę, której nie potrafimy rozpoznać, która upłynęła, gdy przywracaliśmy i

Raimundo Silva ma higieniczny nawyk udzielania sobie samemu wolnego dnia, kiedy kończy poprawiać książkę. To jakby odprężenie, oczyszczenie, i z tego powodu wychodzi ze swego domu na świat, spaceruje po ulicach, spędza czas na wernisażach, siada na ławce w parku, zabawia dwie godziny w kinie, nagle odczuwa konieczność wejścia do muzeum, aby obejrzeć jakiś obraz, ogólnie rzecz biorąc, prowadzi życie turysty nie mającego zamiaru wyjechać zbyt prędko. Nie zawsze jednak realizuje cały program. Nie należą do rzadkości dni, kiedy wraca do domu wczesnym popołudniem, ani nie zmęczony, ani nie znudzony, tylko dlatego, że wezwał go głos wewnętrzny, któremu nie warto się sprzeciwiać, w domu czeka na niego książka, następna, bo wydawnictwo, darzące redaktora szacunkiem i estymą, jeszcze nigdy nie zostawiło go bez pracy. Mimo tylu lat tak monoto

Jednakowoż tym razem Raimundo Silva przewiduje późny powrót do domu, może nawet pójdzie do kina na seans o północy, i nie musimy być szczególnie bystrzy, aby się domyślić, iż zależy mu na tym, by nie znaleźć się w bezpośrednim zasięgu Costy, gdy zostanie odkryte nadużycie, którego jest jednocześnie autorem i wspólnikiem, bo będąc autorem, popełnił błąd, i będąc redaktorem, nie poprawił go. Zresztą jest niemal dziesiąta, w drukarni już pewnie składają pierwsze ramy, zecer powolnymi i skrupulatnymi gestami zdradzającymi profesjonalistę wprowadza poprawki na stronach i zamyka skrzynki, niebawem zaczną szybko wyskakiwać kartki papieru opowiadające fałszywą Historię oblężenia Lizbony i także niebawem może zabrzmieć dzwonek telefonu, to dziwne, że jeszcze nie zadzwonił, i z drugiej strony usłyszy krzyczącego Costę, Błąd, którego nie da się wyjaśnić, panie Silva, na szczęście w porę na niego wpadłem, niech pan tu natychmiast przyjdzie, proszę wziąć taksówkę, pan jest odpowiedzialny za tę sprawę, nie, to nie sprawa na telefon, żądam pańskiej obecności przy świadkach, Coście z nerwów głos robi się coraz cieńszy, a Raimundo Silva, nie mniej zdenerwowany albo jeszcze bardziej ponaglany przez wyobraźnię, zaczyna się szybko ubierać, podchodzi do okna zobaczyć, jaka jest pogoda, zimno, ale niebo czyste. Na drugim brzegu wysokie kominy wyrzucają w niebo kłęby dymu, najpierw wznoszące się pionowo, aż wiatr odbierze im moc i utworzy z nich chmurę wolno przesuwającą się na południe. Raimundo Silva spuszcza oczy na dachy przykrywające dawne ziemie Lizbony. Opiera się rękoma o barierkę balkonu, czuje zimne i chropowate żelazo, teraz jest spokojny, tylko patrzy, nie myśli, i w tej samej chwili jego pustą duszę wypełnia myśl o tym, jak spędzić ten wolny dzień, by zrobić coś, czego nigdy w życiu nie zrobił, nie mają racji ci, którzy utyskują na jego krótkość, jeśli nie wykorzystują tego, co zostało im dane.

Porzucił balkon, poszedł do gabinetu, poszukał w szafie tekstu pierwszego czytania Oblężenia, jeszcze go miał, tak samo jak drugi i trzeci, oryginału nie, ten został w wydawnictwie po pierwszym czytaniu, włożył wszystko do papierowego worka i w tej chwili zadzwonił telefon. Raimundo Siłva wzdrygnął się, lewa ręka, powodowana przyzwyczajeniem, jeszcze wyciągnęła się w stronę telefonu, lecz zawisła w połowie drogi i cofnęła się, ten czarny przedmiot jest bombą zegarową gotową wybuchnąć, grzechotnikiem gotowym do ataku. Powoli, jakby bał się, że kroki mogą zostać usłyszane tam, skąd dzwonią, redaktor oddala się, szepcze, To Costa, jednakże myli się i nigdy się nie dowie, kto chciał z nim rozmawiać o tej pora