Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 42

Tego też dnia, parę minut po trzeciej, rozgłośnia zamilkła. Odtwarzano płytę z koncertem c-moll Rachmaninowa i właśnie kończyła się piękna, pełna spokoju druga część, gdy niemiecka bomba uszkodziła elektrownię i głośniki w mieście przestały działać. Wieczorem próbowałem jeszcze, mimo nadal szalejącego ognia artyleryjskiego, pracować nad kompozycją mojego concertina na fortepian z orkiestrą. Byłem tym zajęty później aż do końca września, chociaż przychodziło mi to z coraz większym trudem. Po zmierzchu wychyliłem się z okna. Jasna od ognia ulica była pusta i rozbrzmiewało w niej od czasu do czasu echo eksplozji. Z lewej strony płonęła Marszałkowska, za mną Królewska i plac Grzybowski, na wprost zaś ulica Sie

Żelazną od Wielkiej powoli nadjeżdżała dorożka. Trudno było zrozumieć, jakim sposobem udało się jej tu dojechać i dlaczego zarówno koń, jak i woźnica zachowywali się tak spokojnie, jakby nic wokół nich się nie działo. Na skrzyżowaniu z ulicą Sosnową dorożkarz zatrzymał konia, zastanawiając się, którędy ma jechać dalej. Po krótkim namyśle wybrał drogę na wprost, cmoknął i koń ruszył stępa przed siebie. Zdołali przejechać chyba z dziesięć metrów, gdy rozległ się gwizd i huk. Oślepił mnie silny błysk, a gdy znów przyzwyczaiłem się do ciemności, nie było już dorożki. Roztrzaskane drewno, resztki dyszla, części tapicerki i rozszarpane ciała mężczyzny i konia leżały porozrzucane pod ścianami domów. A mógł przecież skręcić w Sosnową…

Nadeszły piekielne dni 25 i 26 września. Eksplozje stopiły się w nieprzerwane grzmienie, w które wwiercał się przypominający ryk elektrycznych wiertarek hałas nadlatujących lotem ślizgowym samolotów. Ciężkie od dymu i kurzu powietrze wciskało się w każdą szczelinę, nie pozwalając ludziom ukrytym w piwnicach bądź też w mieszkaniach położonych jak najdalej od ulicy na swobodne oddychanie.

Sam nie wiem, jak udało mi się te dwa dni przeżyć. Odłamek bomby zabił człowieka siedzącego obok mnie w sypialni naszych przyjaciół. Dwie noce i jeden dzień spędziłem wraz z dziesięcioma i

27 września, w środę, Warszawa skapitulowała. Potrzebowałem jeszcze dwóch dni, by odważyć się na wyjście do miasta. Do domu powróciłem zdruzgotany: wydawało mi się, że Warszawa przestała istnieć. Nowy Świat zwęził się do rozmiaru wąskiej ścieżki, przebiegającej pomiędzy zwałami gruzów. Na każdym rogu trzeba było omijać barykady utworzone z przewróconych tramwajów i powyrywanych płyt chodnikowych. Na ulicach piętrzyły się zwłoki w stanie rozkładu. Niedożywiona w czasie oblężenia ludność rzucała się zachła

– Marschallstrafie! Marschallstrasse!

Głębokimi, szorstkimi głosami powtarzali ciągle to samo słowo. Chłopak stał oniemiały z rozdziawionymi ustami, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa.

Żołnierze stracili cierpliwość. Jeden z nich zaklął pod nosem, po czym machnął z pogardą ręką, dodał gazu i odjechali.

To byli pierwsi Niemcy.

Parę dni później na murach Warszawy pojawiły się dwujęzyczne obwieszczenia niemieckiego komendanta, w których obiecywał polskiej ludności pracę, a także opiekę niemieckiego państwa. Specjalny akapit poświęcony był w nich Żydom, którym gwarantowano zachowanie wszelkich praw, nietykalność majątku, a także pełne bezpieczeństwo.

3 Ukłony ojca

Wracaliśmy na Śliską, nie mając nadziei, że zastaniemy nasze mieszkanie nienaruszone. Jednak poza paroma szybami niczego w nim nie brakowało. Drzwi były zamknięte na klucz, tak jak je pozostawiliśmy, wychodząc, a w środku wszystkie drobiazgi leżały na swoim miejscu. Także i

Niestety, pierwsze informacje przyniesione przez ludzi, którzy zdołali uruchomić swoje aparaty radiowe za pomocą akumulatorów, nie potwierdziły optymizmu ojca. Nie było dobrze: Francuzi nie próbowali przełamać linii Zygfryda, Anglicy nie podjęli prób bombardowania Hamburga, nie wspominając nawet o jakichkolwiek planach inwazji na Niemcy. W Warszawie tymczasem zaczęły się pierwsze łapanki. Początkowo były robione nieudolnie, jakby wstydzono się tej nowej metody męczenia ludzi. Poza tym przeprowadzającym je brakowało jeszcze doświadczenia. Małe prywatne samochody jeździły ulicami, zatrzymywały się nieoczekiwanie w pobliżu przechodzących chodnikiem Żydów, przez otwierające się drzwi wychylała się ręka, której zgięty palec wskazujący przywoływał ich gestem: „Komm, komm!” Powracający z takich łapanek opowiadali o pierwszych przypadkach pobić: nie były wtedy jeszcze zbyt groźne – ograniczały się raczej do ciosów wymierzonych w twarz bądź też paru kopnięć. Zdarzenia te odczuwane były szczególnie dotkliwie przez tych, którzy uważali je za coś znieważającego i jeszcze nie zrozumieli, że nie miały one, oceniając je w wymiarze moralnym, i