Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 42

Głównodowodzący generał zaapelował do społeczeństwa o wzięcie udziału w akcji kopania wokół miasta rowów obro

Kopaliśmy na peryferiach miasta, wzdłuż jednego z pagórków na Woli. Za nami rozciągała się ładna dzielnica willowa, przed nami zaś miejski zagajnik. Praca ta sprawiałaby mi nawet przyjemność, gdyby i tu nie prześladowały nas bomby. Nie spadały wprawdzie zbyt blisko, ale czułem się nieswojo, słysząc ich gwizd i mając świadomość, że któraś z nich mogłaby w nas trafić.

Obok mnie pracował pierwszego dnia stary Żyd w kaftanie i jarmułce. Kopał w biblijnym zapamiętaniu, rzucał się na szpadel jak na śmiertelnego wroga; z pianą na ustach, szarą ze zmęczenia, pokrytą potem twarzą, wstrząsany drgawkami przykurczonych mięśni, zgrzytający zębami – splot czarnego kaftana z brodą. Przerastająca jego siły, zawzięcie wykonywana praca nie przynosiła żadnych widocznych rezultatów. Łopata zagłębiała się ledwie czubkiem w twardą ziemię, a wydłubane tym sposobem grudki zsuwały się na powrót do rowu, zanim udawało mu się je przerzucić poza jego brzeg. Co chwilę opierał się o krawędź okopu i kaszlał, charcząc. Śmiertelnie blady, popijał miętową herbatę, którą stare, nie mogące już fizycznie pracować, a chcące na coś jeszcze się przydać kobiety przynosiły, aby orzeźwić nią pracujących.

– Panu jest stanowczo za ciężko – powiedziałem do niego w czasie jednej z przerw. – Powinien pan przestać, jeśli nie starcza panu sił.

Było mi go żal i próbowałem go namówić, by zrezygnował. Najwyraźniej praca tego typu przerastała jego możliwości.

– Przecież nikt pana do tego nie zmusza…

Spojrzał na mnie, ciężko oddychając, wzniósł spojrzenie wysoko ku niebu, na którego błękicie unosiły się jeszcze obłoczki rozrywających się pocisków, a w jego spojrzeniu dało się zauważyć wyraz uszczęśliwienia, jakby na firmamencie ukazał się w tej chwili Jehowa w całej swojej wspaniałości.

– Mam sklep – wyszeptał.

Głęboko zaczerpnął powietrza, zaszlochał, rozpacz odmalowała się na jego twarzy i rzucił się ponownie na łopatą z szalonym wysiłkiem.

Dwa dni później zaprzestałem tej pracy. Dowiedziałem się, że Radio wznawia właśnie działalność pod kierunkiem nowego dyrektora – Edmunda Rudnickiego, byłego szefa redakcji muzycznej. Nie uciekł on jak i

Niemiecka artyleria rozpoczęła ostrzeliwanie miasta, z początku jego przedmieść, później centrum. Widywało się coraz więcej domów bez szyb, ze śladami pocisków bądź z uszkodzonymi murami. Nocami niebo było czerwone od łuny, a powietrze ciężkie od dymu. Wyczerpywała się żywność. Był to jedyny punkt, w którym bohaterski prezydent Starzyński nie miał racji: nie powinien był powstrzymywać ludzi przed robieniem zapasów. Miasto musiało teraz wyżywić nie tylko siebie, ale również zamknięte w nim wojsko -Armię „Poznań”, która nadchodząc z zachodu, zdołała się przebić do Warszawy, by wzmocnić jej obronę. Około 20 września wyprowadziliśmy się z rodziną z mieszkania przy ulicy Śliskiej do przyjaciół na Pańską. Mieszkali oni na pierwszym piętrze. Niższe piętra wydawały się o wiele mniej zagrożone i wyglądało na to, że nie będzie konieczne schodzenie do piwnic w czasie ataków. Wszyscyśmy odczuwali lęk przed schronami przeciwlotniczymi, z ich ciężkim, nie pozwalającym oddychać powietrzem i niskimi stropami sprawiającymi wrażenie, że za chwilę się zawalą, by pogrzebać wszystko pod gruzami wielopiętrowego budynku. Na naszym trzecim piętrze nie czuliśmy się też inaczej: przez pozbawione szyb okna słyszeliśmy gwizd przelatujących pocisków, a każdy z nich mógł trafić w nasze mieszkanie. Wybraliśmy więc pierwsze piętro naszych przyjaciół, mimo że schroniło się tam już wielu ludzi, panował ścisk i trzeba było spać na podłodze. Oblężenie Warszawy dobiegało w tym czasie końca.

Przedostanie się do Radia sprawiało mi coraz więcej trudności. Na ulicach wszędzie leżały ludzkie zwłoki, a całe połacie miasta stały w ogniu i dawno już nie mogło być mowy o gaszeniu pożarów, zwłaszcza że nieprzyjacielska artyleria uszkodziła miejskie wodociągi. Praca w studio połączona była z wielkim niebezpieczeństwem. Niemieckie działa celowały dokładnie we wszystkie ważne obiekty w mieście i gdy tylko spiker zapowiadał koncert, wzmagał się natychmiast ostrzał rozgłośni radiowej.

Histeryczna obawa ludności przed sabotażem osiągnęła w tym czasie swój szczytowy punkt. Każdy mógł być posądzony o szpiegostwo i zostać zastrzelony, zanim doszłoby do wyjaśnienia sytuacji. W domu, do którego się wprowadziliśmy, mieszkała na czwartym piętrze pewna niewiasta – nauczycielka muzyki. Miała pecha: nazywała się Hoffer i była nieustraszona. Jej odwagę należałoby raczej uznać za przejaw dziwactwa. Nie było takiego nalotu, który mógłby ją zmusić, by zeszła do schronu i zrezygnowała z codzie

23 września grałem po raz ostatni przed mikrofonami Polskiego Radia. Sam nie wiem, jak znalazłem się w rozgłośni. Przemykałem od bramy do bramy, kryłem się na chwilę i biegłem dalej, gdy nie słyszałem w najbliższym otoczeniu gwizdu bomb. W drzwiach spotkałem prezydenta Starzyńskiego. Był niedbale ubrany, nieogolony, a na jego twarzy odmalowywał się wyraz śmiertelnego zmęczenia. Nie sypiał od wielu dni, był duszą obrony i bohaterem miasta. Na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za los Warszawy. Był wszędzie: kontrolował pierwsze linie okopów, prowadził budowę barykad, zajmował się szpitalami, sprawiedliwym rozdziałem skromnych zapasów żywności, organizacją obrony przeciwlotniczej i straży pożarnej, a mimo to znajdował czas, by codzie

Tego dnia miałem grać Chopina. Była to, jak się później okazało, ostatnia audycja żywej muzyki na antenie Polskiego Radia. Bomby spadały co chwile, w bezpośredniej bliskości studia, okoliczne zaś domy stały w ogniu. W takim huku nie słyszałem prawie dźwięku własnego fortepianu. Po koncercie musiałem czekać dwie godziny, nim ogień artyleryjski ustał na tyle, bym mógł udać się do domu. Rodzice, siostry i brat obawiali się już, że mogło mi się coś przydarzyć i przywitali mnie, jakbym powrócił z zaświatów. Tylko nasza pomoc domowa była zdania, że cały ten niepokój był niepotrzebny. Wyjaśniała: „Przecież miał przy sobie dokumenty i odnieśliby go do domu…”