Страница 57 из 71
Pułkownik wzruszył ramionami.
– Przecież nie mówię, że na mnie. Może przypadkiem. Chociaż… kto to wie. Nie zdziwiłbym się.
Ian w niemym zdumieniu kręcił głową.
– To jest zupełnie odmie
– To prawda?
– Prawda, prawda. A przynajmniej jako taką mi rzecz opowiedziano.
– I co, ma mi może ta powiastka posłużyć za dowód na poparcie jakiejś tezy?
– Dowód? Nie. Ot, anegdota historyczna.
– Jest koniec dwudziestego wieku. Nie ma carów, nie m a bojarów.
– A czy ja mówię, że są? – Sugerujesz ciągłość.
– Mylę się? – Wyżryn podrapał się leniwie pod pachą. " To już nawet nie chodzi o to, że wnuk czyta te same książki, co dziadek, bo bestsellery dziadka to są zazwyczaj wywołujące odruch wymiotny lektury obowiązkowe wnuka, ale że ci, co piszą owe bestsellery, pseudowieszcze kolejnych generacji, sami wyrośli na wieszczach własnego pokolenia, i tak to idzie w nieskończoność, aż do wieczornych gawęd Słowian, przy ognisku, w noc kupały. I nie tylko książkami, i nie tylko na jednym poziomie; to jest bardzo skomplikowane, to cała sieć, splątany system korzeni sięgający na wieki w głąb czarnoziemu historii, socjogenetyczna pamięć narodu… Słyszałeś o genetyce, prawda? Mówili w telewizji. Dwa lata temu jakiś Francuz zbudował model, helisa Jea
– …żeby się udławił tą cholerną kaszanką – zajęczał Smith i zgięty w pół pognał z powrotem w krzaki.
•
Potem się okazało, że dobrze mu zrobiła ta biegunka, bo już niczego nie wziął do ust i w efekcie nie miał czym wymiotować.
Podniesiono klapę i zeszli do lochów. Smith w kołpaku pracującym w trybie „złodzieja światła" widział chyba najlepiej z nich wszystkich; do domku myśliwskiego nie docierała elektryczność i ciemność panowała w podziemiach, ciemność całkowita, niczym lżejsze od powietrza czarne mięso zaszlachtowanych koszmarów. Straszne rzeczy musiały się generałowi śnić, słyszeli jego jęki i bełkotliwe inwokacje do bóstw zakazanych. Co tu się mieściło przed wiekiem – składnica win? Pozostało niewiele: szczątki drewnianych konstrukcji pod ścianami, śmieci po kątach. Tysiące ton kamieni i litej skały dookoła i nad głową, przykryte ciężkim kobiercem ziemi, zapewniało chłód nawet w środku lata. Wyżryn był w grubym, wełnianym swetrze, zapewne zrobionym na drutach przez jakąś uczy
– Ty! Ty, ty! – zaczął wrzeszczeć generał Sieriozny, gdy pułkownik obudził go uderzeniem w twarz.
Generał był przywiązany do metalowego krzesła, przymocowano mu doń nogi i skrępowane za plecami ręce. Samo krzesło z kolei przyśrubowane zostało do położonej na posadzce grubej pilśniowej płyty, aby więzień nie mógł się wraz z nim przewrócić i gdzieś odczołgać.
– Ty, ty!
– Ja, ja – mruknął Wyżryn i dał znak Kostusze, który schodził ostatni, aby zamknął drzwi. Doktor zamknął je i przysiadł na progu; skórzaną torbę położył między stopami.
Pomieszczenie posiadało jeszcze dwoje drzwi prowadzących w głąb kompleksu zamkowych lochów, ale one też były zamknięte.
Wyszedł I
– Złapałeś? – spytał go Xavras.
Wyszedł I
– Umówiłem się na czwartą, na Wschodnim Wybrzeżu to jest dziesiąta wieczór, nocny szczyt oglądalności. Jeszcze dwie minuty. Patrz na znacznik.
– Okay.
Sieriozny wyszczerzył zęby.
– Wszystko im powiem – warknął. – Wszystko im powiem, wy skurwysyny, wy bandyci, cholerni terroryści…
Wyżryn podciągnął rękawy swetra za łokcie, obnażając w całości ohydne blizny pooparzeniowe, i wdział obcisłe skórzane rękawiczki, po czym – w jakimś dziwnym roztargnieniu, z cichym westchnieniem skierowanym do samego siebie – poklepał rosyjskiego generała po niewielkiej, różowej łysinie.
– Spokój, spokój – mruczał.
I wtedy Smitha naszło straszne przeczucie, zapłonęła mu na moment myśl jak prorocza wizja przyszłości. Drgnął. Xavras to spostrzegł i spojrzał mu w ciemne ślepia obiektywów; uśmiechnął się nieśmiało pod wąsem, opiekuńczym gestem kładąc prawą orękawicznioną dłoń na barku więźnia.
Smith zmienił ogniskową, odwrócił kamery, skupił swój nie swój wzrok na twarzy generała. Generał Sieriozny był doskonałym, bo przeciętnym i przez to reprezentatywnym przedstawicielem rosyjskiej generalicji: wzrostu średniego lub trochę poniżej, otyły, po sześćdziesiątce, zdradzający w kroju małych ciemnych oczu oraz układzie kości policzkowych pewną domieszkę krwi mieszkańców zauralskich stepów. Siedział tu odziany w generalską kurtę, choć bez spodni – tak właśnie zwinęli go z przysztabowych kwater w internacie ludzie Wyżryna. Plamy na popielatych gaciach generała wzięły się stąd, że po przywiązaniu go do krzesła przez prawie dobę nikt tu nie zajrzał, aby wyprowadzić go dla załatwienia naturalnych potrzeb.
– Ile?