Страница 41 из 71
Wszak to już ósmy rok wojny. Rośnie tu cale pokolenie, dla którego pokój jest stanem nienaturalnym. A nawet ci, którzy dobrze go pamiętają – oni też są i
Czytał z uwagą swoje nowe dokumenty. Nazywał się teraz Jachim Weltzma
– Jestem Żydem.
– Jesteś Żydem.
Nazywał się Jachim Weltzma
– Nie znam hebrajskiego ani jidysz.
– I bardzo dobrze. Ile masz lat? Gdzie się urodziłeś? Nie masz prawa ich znać.
– Czy ja wyglądam na Żyda?
– Tylko się nim poczuj, a zaczniesz wyglądać.
– Zanim się nauczę całej tej legendy…
– Lepiej naucz się szybko. Zrozum, mister Smith, zrozumcie, Weltzma
– Mówili, że oryginalne…
– Nie w tym rzecz.
– A w czym?
Witschko wzniósł oczy do nieba, splunął, przesunął peta na wargach.
– One robiły cię Polakiem. Do luftu taki kamuflaż. Ty nawet śmierdzisz inaczej. Każdy głupi by się zorientował po dwóch minutach. Z was taki Polak, jak ze mnie Amerykaniec.
– A Żyd to może być, co?
– A Żyd może być, boście nie na Syberii; toż na Syberię dałbym wam właśnie papiery Nadwiślanina. Ale tutaj od pięćdziesiątego piątego przez czterdzieści lat nikt Żyda na oczy nie widział, więc jesteście bezpieczni.
– Jestem bezpieczny.
– Jesteś bezpieczny. Tylko za bardzo nie szczerz tych swoich śnieżnobiałych ząbków.
Kłócili się jeszcze o szczegóły. Przecie żem nie obrzezany, sarkał Smith/Weltzma
Szli pieszo; szli nająć się do roboty na Śląsku.
– Jakiej znowu roboty? – pytał Smith.
– Byle jakiej – wzruszał ramionami Witschko.
– I to mam powiedzieć, jak spytają? Że byle jakiej?
– Aha.
Wreszcie Ian zrozumiał, że tutaj nawet kłamie się inaczej. Nie powinien próbować łgać samodzielnie: nie zna kryteriów, podług których buduje się tu wiarygodne kłamstwa. Co gorsza, samodzielnie nie powinien również mówić prawdy, bo mimo jego woli może ona zabrzmieć niczym najgłupsze kłamstwo.
Tak naprawdę, rzecz jasna, nie szli na Śląsk.
– A gdzie?
– To się zobaczy.
– Nie wiesz?
– Się dowiem – odpowiadał flegmatycznie przemytnik. – Się dowiem, jak będzie pora.
– A cóż to znaczy, do cholery?! Jaka pora? Pora na co?
– Na niego, synu, na niego. – Oznaczało to, ni mniej, ni więcej, iż póki co, także Witschko nie zna miejsca pobytu Xavrasa Wyżryna. Smitha to załamało. Zabiją mnie, a nawet nie zdążę go zobaczyć, mamrotał wściekłe przepowiednie.
Siódmego kwietnia po raz pierwszy nocowali pod dachem. Było to jakieś małe miasteczko nad wąskim dopływem Wisły; nawet nie zapamiętał nazwy, ani miasteczka, ani dopływu. Dotarli już do strefy niedawnej aktywności AWP, mijali pogorzeliska. To nie to samo, co owe helikopterowe rajdy nadgraniczne: tutaj trwała wojna totalna, a ludność cywilna stanowiła taką samą zmie
– Tu już prawie nie ma mężczyzn. – Ano, nie ma.
– Co to jest, kapliczka?
– Taa, Matki Boskiej Saperskiej. – Przemytnik wciąż jednako obcy; kiedy on żartuje, kiedy mówi serio? Nie sposób rozpoznać. Czy rzeczywiście ma raka? Potwierdził, gdy go Ian spytał, lecz ten przypuszcza, że to z przekory. Teraz woli nie pytać, to go upokarza. Idzie w nieznane. Po raz pierwszy od wielu dni nocował pod dachem, dachem niegdysiejszego Domu Partii, teraz przerobionego na schronisko dla uchodźców, bo to już był pierwszy krąg ESW, połowę tego miasteczka zeszłej jesieni zniszczono w trakcie anonimowego nalotu anonimowych samolotów z anonimowej jednostki, a to się szerzy jak zaraza, mógł wyjść na próg Domu i objąć panoramicznym spojrzeniem całość pobliskiego cmentarza, długie rzędy grobów, pojedynczych i zbiorowych: anonimowe. Rzadkie zasieki drewnianych krzyży wyznaczały granice emanacji. Na ścianie budynku ktoś nabazgrał kredą po polsku: ZAJEBAĆ WSZYSTKIE WRÓBELKI. Smith stoi, pali Witschkowego papierosa, powoli, ostrożnie i z niesmakiem; zachodzące słońce wyciera cieniem lana błoto werandy. W tej chwili po raz pierwszy odczuwa swoją tutaj obcość w sposób czysto fizyczny, bo jakimś zwierzęcym rozedrganiem instynktów, dreszcze przebiegają mu po plecach. Jestem Żydem, który się przebudził w środku katolickiej mszy. Podchodzi doń Ślązak.