Страница 38 из 59
Duma mnie rozparła, gdy przyszły wieści dokładne z Kalisza, bo i ja przecież, choć na mniejszą skalę, Prusaków poturbowałem, aż o tym głośno było wszędy. Tam w Kaliszu dzierżawca pobliskiego Opatówka, kapitan artylerii Miaskowski, przywiózł do miasta odezwę berlińską i sprawił, że dwaj dawni generałowie Kościuszki, Skórzewski i Lipski, weszli do Kalisza zbrojnie i na czele szlachty i mieszczan rozbroili pruski garnizon. Niedołężnych i inwalidów puścili wolno, urzędy zajęli, magazyny opieczętowali, jako i ja w Szamotułach uczyniłem, i korpusik zgrabny utworzyli, który dalej poznańską insurekcję rozpowszechniał.
Cały kraj Przemysławów powstawał, bujała się kolebka owa, którą Zimorowicz zapowiedział! Kamery znoszono, pludrów po lasach i po drogach bito, jako i ja uczyniłem. Ale mnie za to nagrody wielkie nie spotkały.
Przyzwał mnie do siebie Dąbrowski, podziękował i namawiać począł, bym do jednego z miast garnizonowych ruszył – a za takie miał Rogoźno, Gniezno, Leszno i Kościan – i bym tam gromadził nowobrańców, odziewał, musztrował, bym koszary szykował, dezerterów pruskich ściągał, jednym słowem, bym z pomocą starych wiarusów wojsko polskie czynił. Kiedyś ręce bym mu całował. A teraz… czemu odmówiłem, narażając się na gniew, bo spojrzał na mnie tak jakoś i pożegnał się chłodno. Czemu? Przecież nie dlatego, że obok Wybicki stał, ledwie mnie dostrzegając, za – Jaraczewski mi to potem wyklarował – za “masakrę”, którą urządziłem w landraturze szamotulskiej, przez co miasto czas jakiś musiało się obywać bez urzędu. Sam nie wiem. Ale prawdy najbliższe to było, żem się bał przemienić w koszarowego urzędasa, chłopów poganiać, kroku uczyć, psia mać! Nie dla mnie to, nie dam się z konia zsadzić! Nie w piechocie, w czworoboku stać, lecz czworoboki szarżować i rozbijać, pęd czuć, wiatru świstanie koło uszu. Nasłuchałem się cudów o Muracie, królu kawalerzystów cesarza, o jego prawej ręce Lasalle’u, z nimi bym szedł na czele naszych ko
Drugi raz sam do Dąbrowskiego poszedłem. Przyjął mnie i choć spodziewałem się słów gniewnych, do serca przytulił. Odważny w czułości, kiedy Wybickiego nie ma, pomyślałem z drwiną i miłością takąż.
– I cóż, szaławiło? Facecje pewnie czynisz, winko pijesz, Cyganichę swoją macasz, a ojczyzna bagnetów potrzebuje!
– A szabel nie potrzebuje?
– Aaaaa! Tu cię boli, smarku! Konia wenerujesz… Ano, ano, tedy ko
Czekałem więc. Dominik poznał mnie ze swoim przyjacielem Chłapowskim, na życzenie tamtego, jak mówił. Przypadł mi do gustu ten postrzeleniec, może dlatego, że mnie z lat moich szczenięcych przypominał. Godzinami potrafił przy winie ze mną siedzieć i słuchać o Genui, o Antylach, o bitwach i abordażach, męczył setkami pytań, ale tak patrzył łapczywie i prosząco zarazem, że odmówić nie mogłem, nieraz do późnej nocy bajdurzyłem ku rozeźleniu Kami.
Dominik był i
Dąbrowski na przyjęcie cesarza uformował z ko
Kami zaś, korzystając z mojej nieobecności i mego przyzwolenia, co dzień wybiegała w miasto kipiące życiem kolorowym i wracała rozpromieniona, brzęcząca, pełna dawnego wigoru, który powracał do niej, czyniąc, iż piękniała z dniem każdym bardziej. Zazdrość mnie piekła, gdy widziałem jak oczy mężczyzn wszystkich ku sobie przyciąga, lecz cóż czynić mogłem? Ani ślubną była, ani ja na męża pod kluczem niewiastę trzymającego nie nadawałem się. Bolało mnie tylko, że chociaż nocą kochała teraz goręcej niż wprzódy, coraz to bardziej obca zdawała się być, daleka i nieobecna. Nie umiałem temu zaradzić.
W dnie, gdym nie miał nic do roboty i gdy Kami nie było w domu, włóczyłem się po grodzie. Czasami zachodziłem też do kościoła farnego, o dwa kroki od domu go mając. Zmęczony wściekłą gonitwą, tu odnajdywałem spokój. Siadałem w ławie transeptu, modliłem się krótko, potem zamykałem oczy i odpoczywałem. Nigdy bym nie przypuszczał, że zamykanie się w tej klatce pełnej ciszy i pachnącego kadzidłem chłodu, przynieść może takie ukojenie, dawne wspomnienia z młodości, życie krótkie a jakież długie, twarz Torresa, oczy dziewczyny z genueńskiej ulicy, Kami z krakowskiego rynku, i
Już i całe miasto szykowało się do przyjęcia cesarza, a tłok był nieludzki i gmatwanina. Dzień w dzień wchodziły w mury nowe kolumny Davouta, a później i i
Wybicki dobrze wiedział, że Napoleon żadnej improwizacji nie znosi. Toteż fetę powitania wykoncypował na długo przed spodziewaną chwilą i to w najdrobniejszych szczegółach. Po wsiach grupy gminu, kobiet i dzieci zawczasu przygotowano, by okrzyki wznosili, kiedy przejeżdżał będzie. Proboszczom nakazano występować naprzeciw cesarza z kadzidłem i wodą święconą, w strojach kościelnych odświętnych, a gdyby do świątyni jakiej chciał wejść, pod baldachimem od drzwi do ołtarza prowadzić.
Jaraczewski dał mi przeczytać odpis programu wjazdu, opracowany własnoręcznie przez Wybickiego. Istny regulamin wojskowy:
“Od strony tej, jak się spodziewamy jego przybycia, są cztery bramy tryumfalne, przez które będzie przejeżdżał.
Od pierwszego zacząwszy arku już nieprzerwanym pasmem stać będą gminy różnego wieku i płci aż do miasta wołając: “Niech żyje Napoleon!” Nb. ten paragraf aby był uskuteczniony, przedsięwezmą się środki takie, aby każda wieś pobliższa, każde przedmieście wiedziało, przy którym arku ma stanąć.
2 Na amfiteatrach z obydwu stron nikt się mieścić nie będzie bez biletu mu danego od osoby na to przeznaczonej! Szczególniej jednak w pierwszej ławie znajdować się będą młode pa