Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 35 из 59

– Widziałeś, jak do miasta dotarli?

– Kto? Wybicki z generałem? Dominiku! Nocą się chcieli myknąć, ale obywatele, jakim cudem się dowiedzieli, nie pojmuję, przed miasto z pochodniami wystąpili, konie im wyprzęgli i powóz do Poznania wciągnęli wśród wiwatów, Magistrat przymuszono, by gród iluminował. Zapał taki, że…

– Nie o Wybickiego pytam! Czyś widział Francuzów, jak wjeżdżali?

– Jeszcze by nie! Ja miałbym nie widzieć?! Regiment strzelców ko

– U nas mieszka szef trzeciego szwadronu, pan Foulanger, grzeczny bardzo kawaler – wtrąciła nieśmiało towarzyszka Chłapowskiego. Ten widać niezbyt był uradowany godną pochwały gości

– Grzeczny, grzeczny… nie wątpię!

Dominik nie czekał dłużej. Pa

– Wybicki gdzie?

– Mieszka u Mielżyńskich, blisko, przy…

– A gdzie urzęduje?! Przecież o to pytam!

– W ratuszu.

– Przyjdź wieczorem, pogadamy! – i konia spiął.

Wybickiego nie było. Biegał po mieście, załatwiał druk odezw, odwiedzał obywateli, wyszukując zdolnych do rządzenia. Był za to Dąbrowski i na widok Dominika rozłożył ręce.

– Nareszcie! Witaj, skrybo, na czas przybywasz. Zmęczonyś pewnie. Siadaj, co tam w domu?

– W domu brat. Ukłony śle.

– Ukłony?! Dam ja mu ukłony! Popamięta! Niech mi się nie kłania, ale niech mundur nakłada. Takich jak on złotem bym płacił! Słać po niego!

– Nie trzeba, sam przybędzie, z zapasami.

– To i dobrze. Ludzie są i więcej będzie, a do gęby nie ma co im włożyć. Wszystkiego brak, furażów, mąk, kasz, nawet chleba. Komisję wojewódzką dzisiaj ustanowiliśmy, ona o żywność i o rekruta zadba, rajców ziemskich na miejsce landratów ustanowi, od amtmanów i starostów podatek odbierze, pocztę uorganizuje… jednym słowem co się tylko da. Sam z Wybickim nie podołam. Dla mnie insurekcja rzecz pierwsza. Nowe tu legie powstaną, ludzi się umunduruje i Wielkopolska buchnie płomieniem. Kolebka twoja… takeś mówił i dobrze…

Gwałtowne pukanie do drzwi.

– Wejść.

Jakiś cywil przyskoczył do generała.

– Wiadomość poufna.

– Możesz mówić, on nasz!

– Pan Miaskowski prosi, by przekazać waszej ekscelencji, że Skórzewski i Lipski na Kalisz idą. Teraz już tam pewnie gorąco!

– Co jeszcze?

– Szlachta do Poznania ciągnie. Nie wszystka, prawdę rzekłszy, bo się niektórzy trwożą…

– Czym?!

– Chłopy lasy rąbią, a młodzież i mieszczaństwo oficjalistów pruskich turbuje. Boją się domostwa ostawić i pomsty, gdyby… gdyby Prusak wrócił. I lasu bronią. Chłop zhardział, odkąd Napoleona czuje…

– Dosyć! Filozofowanie sobie ostaw. Wolnyś!

Dąbrowski zmarszczył czoło i wskazał Dominikowi biurko.

– Siadaj i pisz! “Obywatele… obywatele poznańscy! Miło mi jest doświadczać, że tchniecie duchem prawdziwych Polaków, wnoszę z tego jak najlepsze skutki dla naszej Ojczyzny. Wzywam was więc, żebyście się w jak najlepszej zachowali spokojności, żeby z was każdy pełnił obowiązki stanu swojego, rzemieślnicy niech pilnują swoich warsztatów, kupcy sklepów, niech się nikt nie waży prześladować w jakikolwiek sposób osób dawnego rządu, niech każdy posłusznym będzie komisji wojewódzkiej, która się ustanowiła. Zaręczam wam, że przez ten duch pokoju, połączony z gorliwością obywatelską, zasłużymy na najwyższe względy Najjaśniejszego cesarza Francuzów. Dan… ”, podpisz nazwisk… albo nie, daj!

Dąbrowski nakreślił zamaszyście swoje nazwisko. W tejże chwili do pokoju wskoczył Wybicki. Ręce mu się trzęsły, twarz sina, głos ledwie słyszalny, z taką trudnością go dobywał.

– Tak to jest! Do wiwatów pierwsi. “Niech żyje Napoleon!”, “Wiwat Dąbrowski!”, “Wiwat Wybicki!”, winkiem zapić, pohukać, ale do służby obywatelskiej spróbuj zapędzić. Ten “niezdatny jest”, powiada, tamten “niedoświadczony”, skromnisie psiakrew! A ilu “chorych” się porobiło! Ledwiem Krzyżanowskiego kasztelana na prezesa trybunału zdołał uprosić, Breza jeszcze, Działyński… Jest paru, co ochotnie stają… Witaj! – Dominika uścisnął. – U was już i krew się polała. Cóż tam?

– Brat Prusaków w lesie dopadł i poprzetrącał!

– Ha, ha! Wiadomo, Karśnicki! – generał cieszył się jawnie, ale go Wybicki z miejsca zmitygował.

– Brat? Dobry brat! Lata całe ani słychu, a jak trzeba, to pod ręką siedzi! Tylko po co – głos Wybickiego spoważniał – po co urzędy po miastach rozbija?! Karać za to będziemy!

– Za to, że ludzi z ciemnicy wyjął, co w niej po kilka lat gnili, bici jak zwierzęta?! Za to też?! – spytał Dominik podniesionym głosem.

Wybicki zamilkł i papiery na biurku przerzucał. Widząc, że Dominik czeka na rozkazy z piórem w ręku, sam też usiadł i bawić się począł nożykiem do przecinania listów.

– Napoleon wkrótce do miasta przybędzie. Trza zlecenie wypisać dla Kołaczkowskiego, Zaremby i Gliszczyńskiego, by się powitaniem zajęli, by apartamenta wyszukali i uorganizowali iluminacje, bal etc. Karety, dywany, meble… niech szukają! Pisz, acan!

Dominik pochylił się nad papierem.

Wieczorem odwiedził go Chłapowski u Mielżyńskich, gdzie młody Rezler stacjonował wraz z Wybickim. Długo w noc opowiadał Dominik o walce, o Borku, o Pruskim jeńcu i o chłopach. Nawet o Cygance nie zapomniał. Dezydery bez przerwy wypytywał o Janka, chciał znać każdy szczegół, kolor oczu, a jak chodzi, jak skacze na konia, jak strzela, jak niezrównanie ciska nożem. Dominik nie pojmował, czemu Chłapowski czulej niż o swojej pa

Przyjaciel wychodząc dłonie mu ścisnął i szepnął:

– Szczęśliwyś! Za twojego brata, uuuh!… pół życia bym ci dał i jeszcze byłoby mało! W czepku się rodziłeś!

Wspomnienie 3 – Konie rozpędzają się w słońce

Doczekała się Polska jednak wolności z ręki Napoleona, w co ja już nie wierzyłem. Czułem się teraz oszukany przez swoje zwątpienia.

Po wydostaniu się z niewoli amerykańskiej, w którą wpadł “L’Argonaute”, dwa lata prawie w Anglii przesiedziałem, dręczony własnym nieudacznictwem, poniewierką i tęsknotą, wspomnieniami o sprzedawanych Negrach i żalem. Za czym?

Czas, znachor wszechmocny, rany te leczył, a wieści fanfarami brzmiące krew burzyły. Nawet kanałem przedzielony czułem, jak moc cesarza Europę przewraca, nowe niesie, pcha go dalej i dalej.

Polska teraz stanęła przed nim otworem – czyż Polak może inszego coś jak wdzięczność gorącą czuć dla tego, który Rosjan pod Austerlitz, a Prusaków pod Jeną jak pluskwy marne rozdeptał? Wracać do kraju, wracać! I to, wbrew pozorom, łatwo mi nie przyszło. Tyle w człowieku walki, tyle burzy zmysły mącącej, tyle tego wszystkiego siedzi i do nikogo łba przytulić, żadnej matki, pomocy znikąd. Obcy się czułem i niepotrzebny, choć mnie serce wołało. Nie takim samym już moje serce było, umarło, zdrętwiało, nie śpiewało tych samych co dawniej melodii… Ciąć na prawo i na lewo, pięścią rozbijać węzły, co się nawarstwiają – ot polityka, ot sposób życia. To jeszcze potrafiłem. Gęba prawie bez uśmiechu, precz z czułością, serce za żołądkiem ukryte – tego mnie życie przeklęte nauczyło, takim być musiałem albo we świecie tym przepaść, gdzie wszyscy jednacy. Bodaj dzieckiem być, o nic głowy nie łamać, żreć i hasać po łąkach zielonych, w skórę od ojca brać. Minęło, nie wróci.

Przemogłem się. Do domu wróciłem, choć wiedziałem, że tam Rezler siedzi. Ciągnęło mnie, nie w mojej mocy było oprzeć się tęsknocie. Gdym na ganku stanął, myślałem, że mnie przekleństwem powita. Ale on, jakbym przed godziną z dworu na polowanie wyjechał, spytał tylko: