Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 19 из 59

– Nie płacz. Jemu już nie pomożesz, chyba modlitwą, choć i ta mu pewnikiem niepotrzebna, bo za ten czyściec ziemski święty Piotr bramę niebieską bez pytania mu otworzy.

– Skąd pater wie, że… że oni… – ustające łzy łamały jeszcze głos dziecka i zlewały się z sapaniem księżowskiego nosa w kakofonię drażniącego chlipotu.

– Skąd wiem? Nieraz mękę człowieka oglądałem. Dzieje świata, dzieje to okrucieństwa i podłości, wybacz mi, Panie, te słowa! Tegom widział, jak go na wózku wieźli. Śmierć już do niego wyciągała kikuty. I bez bicia dnia by nie przeżył. Prusak kiedy bije, do trumny człowieka posyła!

W Dominiku bunt jakiś zawrzał przeciwko temu mnichowi, tak łagodnie mówiącemu, jakieś szarpnięcie, sprzeciw.

– Przecież z wojska uciekł! Grzech to śmiertelny – wyjął to z ust kapitana Ertliego, wbrew samemu sobie, a przecież wymawiał. – Czemu to zrobił?!

Czemu?! Czemu?! Czuł, że chce zakrzyczeć prawdę, że co by pijar nie rzekł w tej chwili, słusznym będzie, bo za słowami jego jawić się będą plecy idącego przez rózgi żołnierza i nie ustąpią, będą czerwieniły cały kościół, horyzont, wszechświat.

– Czemu? Nie pojmujesz jeszcze, że jako Polak do Polaków uciekł, do swoich? To jedno może pojmiesz, synu, że do takiego wojska uciekał, w którym żołnierza bić nie wolno, choćby nie wiem co uczynił!

Dominik patrzył szeroko rozwartymi oczami, długo zapewne, bo ksiądz, ręką mu skinąwszy, odwrócił się i chciał odejść. Chłopiec chwycił go kurczowo za rękaw habitu i nic nie mówiąc w miejscu trzymał, z głową opuszczoną do dołu, żałosny, z drgającymi ramionami. Czekan pogłaskał go po włosach, ramię delikatnie oswobodził i podreptał ku zakrystii.

Gdy Dominik wrócił do szkoły i otworzył drzwi do klasy, nie zdążył się już cofnąć. Gans wciągnął go błyskawicznie do środka, pchnął w przeciwległy kąt i uśmiechając się po swojemu sięgnął po rózgi. Dominik ze wzrokiem wbitym w nauczyciela, z czołem, które zaczęły pokrywać kropelki potu, cofnął się za szereg ław, ręką opierając się o ścianę i poruszając trzęsącymi się ustami:

– Nie… nie… nie…

– Do mnie, Rezler! Estymy dla profesorów brak ci, tedy ci jej wpoić nieco należy. Chodź tutaj, już!

A gdy Dominik dalej cofał się, aż się plecami oparł o kąt komnaty, Gans skoczył ku niemu z ręką rozcapierzoną, wyciągniętą przed siebie, do chwytu przygotowaną. W ostatniej chwili Dominik uskoczył i zaczął biec ku drzwiom, lecz Gans przesadziwszy rząd ławek, uprzedził go, zamknął swym cielskiem drogę i sieknął chłopca po zasłaniających twarz rękach. Pchnięty przez “jeometrę” przewrócił się na kolana i poczuł kilka palących jak ogień razów na grzbiecie, gdy wtem drzwi do sali otwarły się i ktoś wrzasnął:

– Proszę go zostawić, panie profesorze!

Chłapowski stanął między nimi i osłonił Dominika. Gans na tak jawną zuchwałość ucznia, jakiej oczy jego nigdy nie oglądały, z wrażenia aż się cofnął o krok do tyłu i zamarł na sekundę.

– Ty… ty polskie ścierwo, ja ci… z drogi!

Zamachnął się szeroko, ale nie uderzył. W tej samej bowiem chwili Chłapowski miękkim ruchem położył dłoń na olbrzymim, szpikulcem zakończonym cyrklu, który leżał na stole, ścisnął go w dłoni, aż się oba ramiona cyrkla zwarły z trzaskiem i sprężony, pochylony do przodu czekał. Dominik leżąc, nie mógł widzieć oczu kolegi, ale musiało być w nich coś strasznego, gdyż Gans zamarł jak posąg, z ręką wzniesioną do ciosu. Stali tak obaj naprzeciw siebie, bez ruchu, gdy w otwartych drzwiach klasy zamajaczyła postać w habicie. Był to Czekan, który nie wchodząc do klasy zawołał:

– Panie Gans, proszę do mnie!

Gans, nie wypuszczając rózeg z dłoni, odwrócił się na pięcie i pomaszerował za rektorem. Z korytarza słychać było jeszcze pytanie pijara:

– Jakim prawem poprowadził pan uczniów na kaźń nieludzką bez mojej wiedzy i zgody?

Nie słyszeli, co odpowiedział Gans, lecz gdy po kilku minutach “jeometra” opuścił pokój rektora, patrzył wokół ślepiami obitego psa.

Gdy wracali wolno do konwiktu, Chłapowski wyciągnął rękę.

– Nie sroż się już i bądź mi druhem.

– Nie srożę, wdzięczny ci jestem, dzięki – i podał dłoń.

– Aleśmy jeszcze nie kwita, bom ja cię wtedy więcej razy prasnął, pamiętasz, przy piecu – zaperzył się Dezydery.

– Tedy jeśli chcesz, walnij mnie teraz ze… no, ze dwa razy i tego… no, będziemy kwita.

Dominik roześmiał się i kiwnął głową, że się nie zgadza.

– To wiesz co? – Chłapowski wyraźnie był zadowolony, że się tak skończyła jego propozycja. – To spełnię jedno twoje życzenie, kiedy i co będziesz chciał. Dobrze? No zgódź się, dobrze?

– Dobrze! – Dominik objął go ramieniem i zagwizdał z uciechy.

Trzy lata rydzyńskiej szkoły uczyniły z Dominika małego mężczyznę. Latem, na Wielkanoc i na Boże Narodzenie ojciec brał go do domu i czułość mu okazywał większą niż wówczas, gdy dworu nie opuszczał, brał ze sobą na polowania i do konia przyuczał. Dominik otrzymał w podarku gwiazdkowym zgrabną strzelbę, lekką i daleko bijącą, a wkrótce i konia własnego. Klaczka to była, trzylatka, kara, z pęcinami srebrzystymi i takimż nosem, łagodna i w cuglach chodząca bez oporu, dobra skoczka i biegunka. Teraz Dominik na łąkach i po gościńcach mógł używać, teraz dopiero zaczął tęsknić za domem. Gdyby jeszcze Janek był, gdyby tak po polach, po wsiach, galopem, razem… Dopytywał się też o brata nieusta

Ostatnia wiadomość pochodziła sprzed kilku miesięcy i wiązała się z wizytą tajemniczego gościa. Po wizycie tej ojciec musiał już coś wiedzieć, Dominik nie miał co do tego wątpliwości, ale wydobyć ze starego choć pół słowa o Janku było niemożliwością. Ojciec twierdził niezmie

Dominik przybył wówczas do dworu po raz pierwszy nie przywieziony, lecz sam i zastał w domu obcego. Niewielki człeczyna w okularach przyjechał kilka godzin przed Dominikiem i czekał na ojca, który w towarzystwie Borka wybrał się do Poznania i miał wrócić dopiero pod wieczór.

Przybysz, który podawał się za kupca wiedeńskiego, siedział w salonie popijając likier – A

Rezler wrócił późno. Dominik uściskał ojca i zdziwił się, widząc go i

– Dziesięć tysięcy? Oszalałeś, mój panie!

Padło jeszcze kilka słów, ciszej już wypowiedzianych i zatupotały kroki zdecydowane, zmierzające ku drzwiom. Dominik nie ruszał się z miejsca, w którym zostawił go ojciec po powitaniu. Drzwi rozwarły się i stanął w nich ów kupiec wiedeński. Wargi miał ściśnięte grymasem gniewu, kapelusz na głowę nasadził i nie zamykając za sobą drzwi ruszył do wyjścia. W przedsionku otarł się o wchodzącego Borka, który skłonił się nisko i podśpiewując wkroczył do salonu. A raczej wkroczyć zamierzał, bo nim drzwi zatrzasnął, Rezler wyszeptał z trudem, jakby czując w gardle silny ból: