Страница 17 из 59
Pamiętał pierwsze spotkanie z salą, w której miał pobierać nauki, a która śmiało mogła pomieścić kilkadziesiąt osób. Po prawej stronie, pod oknami, pięć długich ławek uformowanych w szereg, jedna za drugą, sąsiadowało z analogiczną piątką po stronie przeciwnej. Oba szeregi przedzielał korytarz, którego jednym biegunem była wysoka katedra profesorska, drugim zaś stercząca pod ścianą, obok szafki i tablicy, jedenasta ławka, zwana “oślą”.
Droga do niej prowadziła przez upokarzające bicie. Przysiągł sobie, że nigdy, nigdy do tego nie dopuści, nawet gdyby miał uciec ze szkoły, lub… się zabić. Nie pozwoli się bić…
Wyklarowano mu szybko, że w zależności od wyników w nauce i od sprawowania najpilniejsi uczniowie zajmowali dwie pierwsze ławki, mniej pilni następne i tak aż do ostatniej, na której zawsze siedziało kilku klasowych pariasów, zahukanych częstym karceniem i zastraszonych szyderstwami nielitościwych kolegów. Uczniowie pierwszych trzech ławek byli wolni od kary cielesnej. W przypadku swawoli lub jawnej niepilności przenoszono ich do niższej ławki i dopiero tam, jeśli nie zdołali rychło odzyskać pilności, czekały ich niechybne baty.
Gdy patrzył na “osłów” czuł litość jak dla obitych psów, bo na takich też wyglądali. Bici nieusta
Po kilku dniach system podziału klasowego przestał być dla Dominika tajemnicą. Brać uczniowska posiadała ścisłą hierarchię, wykoncypowaną na wzór urzędniczej. W każdej klasie znajdował się prezes, pisarz i tylu radców, ile ławek stało w danej sali. Do obowiązków “panów radców” należało codzie
Zanim życie szkolne nabrało dla Dominika szarego rytmu codzie
Prawie każdy nauczyciel w szkole posługiwał się rózgą. Dominik później nieraz obserwował, jak księża pijarzy, gdy padało sakramentalne “nescio reverende pater” – nie umiem, księże profesorze – wzywali do klasy kalifaktora. Ów stróż szkolny, grubas zawsze usmolony i nieogolony, w krótkim opiętym kabacie, przynosił stołek i dyscyplinę. Winowajca sam musiał ułożyć się na stołku i po otrzymaniu pięciu dyscyplin – w rzadkich wypadkach ilość razów zwiększano – wracał na miejsce, trzymając się za siedzenie. “Osły” do karcenia przywykłe twierdziły, że piętnaście razów kalifaktora mniej boli niż pięć wymierzonych przez “jeometrę”. Gans, jako jedyny z profesorów, nie wyręczał się kalifaktorem i sam bił z upodobaniem.
Teraz, gdy Skulski trzęsąc się stanął przed nim, Gans wyjął pęk rózeg zza krucyfiksu, przejechał nimi po lewej dłoni jak smyczkiem po czułym instrumencie i pokazał zęby w uśmiechu. Potem wszystko stało się tak szybko, że Dominik ledwo mógł dostrzec, uśmiech znikł z twarzy belfra w ułamku sekundy. Gans lewą dłonią poderwał Skulskiego, rzucił na krzesło i nie zważając na żałosne zawodzenie i prośby o litość, zaczął siec z rozmachem. Dominika poderwało, pięści zwarły się same, chciał krzyknąć coś, gdy już, na szczęście dla niego, Tancewicz siedzący obok chwycił go za ramię i posadził na ławie, nim Gans mógł dostrzec cokolwiek. Świst rózeg ustał raptownie, belfer otarł czoło, a Skulski posuwał się na miejsce w kucki, trąc tyłek i zawodząc: “O Jezuuu, o Jezuuuuniu!” Dominik nie wiedział jeszcze, że Skulski miał szczęście, otrzymując lanie jako pierwszy. “Jeometra” bowiem rozgrzewał się w miarę bicia i pod koniec lekcji ostatnim niepilnym przycinał już tak mocno, że ryczeli jak żywcem obdzierani ze skóry.
Znienawidził po owej lekcji szkołę z mocą, jakiej nigdy dotychczas nie potrafił wykrzesać. Nie zmieniło się to już do końca. Ale też dlatego uczył się zawzięcie, by chłosty uniknąć i czynił szybkie postępy, tak iż wkrótce otrzymał godność radcy, potem pisarza, a wreszcie nawet wiceprezesa klasy.
Dominik obok Tancewicza posiadał jeszcze kilku i
Wędrówkę swą kończył zwykle przed wejściem na rozległy cour dho