Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 72

Poszukali Peruwiańczyka, który znał kogo trzeba, kupili bilety lotnicze, wysiedli w Limie, stąd pojechali autobusem do indiańskiej wioski, a stamtąd popłynęli łodzią ku wnętrzu dżungli, gdzie był duży pleciony szałas. Zjechało się kilkunastu pragnących nirwany „gringos”. Każdy zapłacił czterysta „bucksów”, i każdy musiał przez ostatni tydzień stosować ścisłą dietę, unikając soli, cukru, tłuszczu, alkoholu tudzież ciupciania. Szaman okadził półmrok, a dwaj jego pomocnicy rozdali siedzącym wokół centralnego głazu uczestnikom plastikowe miseczki na wypadek torsji. Później każdemu dano mały kubeczek, do którego szaman lał święty wywar. Biało ubrani pomagierzy szamana wznieśli chóralny śpiew, Indianki imitowały krzyki ptaków. Joh

Pierwszą halucynacją były wzory geometryczne. Wielobarwne, trochę falujące i wibrujące niby wnętrze kalejdoskopu. Nie znikały, bez względu na to czy zamykał, czy otwierał wzrok. Wtem poczuł, że jego ciało unosi się ku czarnej przestrzeni, rozjaśnionej wzdłuż brzegów złotawą pulsacją światła. Było bardzo cicho, a jego ogarnął balsamiczny spokój. Szybował nad wierzchołkami dżungli. Przyszły jednak pierwsze mdłości i pierwsze inkarnacje. Poczuł się aligatorem, którego skóra płonie wszystkimi kolorami tęczy, a później zaczął pikować spod chmur ku drzewom. Wrócił na ziemię wijąc się wokół pnia jak wąż i ściekając z gałęzi niczym krople żywicy. Zobaczył, że znowu jest w półmrocznym wnętrzu szałasu. Wymacał miseczkę i rzygał kilka razy. Kobieta krzyczała obok. Usłyszał głos szamana: „- Fuerte, fuerte!” (bądź silny). I

– Wiesz co chrzani tamta Indianka? Że tylko tak mężczyzna może doświadczyć czym jest poród… Rozumiesz? Czym jest poród!… Warto było, prawda, stary?

Joh

– Pierwszy raz?

– Uhmm – przytaknął kolega Joh

– Czy fruwałeś?

– Fruwałem. Wydawało mi się, że frunąc zjadłem meteoryt. Wchłonąłem go, i okazało się, że tym meteorytem jestem ja sam. Połykałem siebie samego…

– Nie dziw się – mruknął staruch. – Wszyscy jesteśmy meteorytami.

Joh

Budynek weekendowy Władimira Putina zachwycił Lonię Szudrina (dowiezionego tam kremlowskim samochodem służbowym). Był piękną rezydencją, otuloną wysokimi drzewami i kępami dekoracyjnych krzewów, a sielskość „okoliczności przyrody” psuły jedynie posterunki straży prezydenckiej. Rozmawiać swobodnie dało się wszędzie wewnątrz, lecz wybrali sąsiadującą z ogródkiem, drewnianą, uroczo skrzypiącą werandę, gdyż panowała ciepła aura i las aromatyzował powietrze niby markowy spray lub kostka zapachowa ekskluzywnej firmy. Prezydent rozpoczął dialog od pytania trochę obcesowego:

– Lieonidzie Konstantinowiczu, wasze dzieło to robota wnikliwego analityka, proszę mi więc powiedzieć jaki jest największy dotychczasowy błąd mojej prezydentury? Największa wpadka Putina, tylko szczerze, Lieonidzie Konstantinowiczu.

– Szczerze?… Panie prezydencie, za Stalina mówiło się, że „cmentarze są pełne szczerych”.

– Czy ja jestem Gruzinem, Lieonidzie Konstantinowiczu?

„A czy ja jestem kretynem?”- pomyślał Szudrin i odparł:

– Błędów nie robi tylko ten, kto nie robi niczego. Ja jestem historykiem, więc na pańskie pytanie odpowiem jako dziejoznawca. Głównym pańskim błędem było uczynienie świętem narodowym rocznicy „wyzwolenia Moskwy spod władzy polskich interwentów”. Wie pan co mówią sondaże, panie prezydencie?

– Wiem, że sondaże często obnażają głupotę albo zupełną ignorancję mas – prychnął Putin. – Sondaże prowadzone wśród społeczeństw Zachodu dowiodły, że, według młodych obywateli globu, podczas drugiej wojny światowej Amerykanie i Niemcy wspólnie walczyli przeciw Rosjanom!

– Młodzież wszędzie jest dziś głupia jak gra komputerowa, panie prezydencie, ale u nas sondaże wykazały, niestety, że aż połowa całego społeczeństwa, czterdzieści osiem procent, nie ma pojęcia co obchodzimy czwartego listopada, i tylko cztery procent Rosjan wie, że w 1612 wypchnęliśmy z Kremla Polaków. Cztery procent! Zasadniczy błąd to fakt, że dzięki pańskiej inicjatywie cały świat usłyszał, iż Polacy kiedyś władali Rosją, okupując Kreml, serce Rusi! Napoleon trzymał Kreml ledwie kilka godzin, a Polacy miesiącami, bardzo długo! Chciał pan im dokuczyć, tymczasem zrobił im pan prezent, dał im pan laur.

– Nie mogę już cofnąć tego… – wymamrotał kwaśno Putin.

– W takiej sytuacji można zrobić tylko jedną rzecz, panie prezydencie. Uciec do przodu.

– Jak?

– Trzeba wszczepić wszystkim Rosjanom historyczną wiedzę o roku 1612.

– Jak? Nawet połowa nie czyta gazet i książek.

– Ale wszyscy oglądają filmy patriotyczno-historyczne, w telewizji i w kinach. Trzeba zrobić megaprodukcję historyczną za grube miliony, które wyłoży któryś z oligarchów. Najlepiej Żyd, co uciszyłoby warczenie Paryżów i Nowych Jorków dotyczące skazania Chodorkowskiego.

– Mam gdzieś cały ten ich wrogi bulgot! – uniósł się prezydent. – Chodorkowski to złodziej i skurwysyn, jak Gusiński, Bieriezowski i jeszcze paru!

– A reszta naszych oligarchów to są święci? – spytał cierpko Szudrin.

– Nie, to też skurwysyny, lecz to moje skurwysyny!

– Bardzo słuszna amerykańska filozofia, panie prezydencie, stary jankeski bon-mot. Tam zresztą również Żydzi robią patriotyczne gnioty, „made in Hollywood”. Nasz żydowski kapitał chętnie sfinansuje antypolskie dzieło o roku 1612, Żydzi nienawidzą Polaków bardziej niż hitlerowców, taka plemie

– A co można zrobić, żeby obłaskawić inteligencję, Lieonidzie Konstantinowiczu?

– Można zrobić dużo, nawet bardzo dużo, ale kosztem siły władzy, czyli spłaszczając władzę decentralizująco, w kierunku liberalno-demokratycznym, wedle postępowych reguł, sloganów i miazmatów uwielbianych przez inteligencję. A wszystko to bez żadnej gwarancji sukcesu. Fumy inteligencji, plus libertyńskie przesądy inteligencji, sprawiają, że jako zbiorowość jest równie trudno obłaskawialna co muzułmanie na Zachodzie. Proszę spojrzeć: Angole czy Italiańcy ze wszech sił obłaskawiają muzułmanów, głaszczą, pieszczą, dowartościowują, a ten hołubiony przez nich sąsiad muzułmanin ma tylko jeden problem: czy można kraść radia samochodowe w okresie Ramadanu?

Putin zrozumiał „bystro”:

– Pieszczony przez nas inteligent myśli jedynie jak zyskać poklask swych zachodnich „meczetów”: Sorbon, Oxfordów i Harvardów. Czy filozachodnia dysydenckość jest wrodzoną chorobą tej naszej warstwy, tej klasy społecznej?

– Warstwy tak, lecz poszczególne indywidua gną się u kremlowskiego tronu łatwo, proporcjonalnie wobec pokus: liczby zer towarzyszących i