Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 29 из 72

Kiedy Lucek Czepiela był młody i jeszcze młody – był intelektualnie niezbyt lotny. Mimo to robił karierę akademicką na Uniwersytecie Śląskim, ułatwioną przez członkostwo partyjne pezetpeerowskie, które każdemu baranowi dawało fory w każdym obszarze PRL-u i w każdej dziedzinie „dynamicznego rozwoju”. Uwieńczył swój „społeczny awans klasowy” pracą doktorską pt. „Walory krajobrazowe polskich ssaków” („Są takie ssaki polskie, co przyjemnie wpadają w oko, np. sarna płowa i jeleń, lecz są również takie, co wpadają w oko obrzydliwie, np. wszystkie myszowate”). Później przeniesiono go („przesunięto na nowy odcinek”) do roboty w Wydziale Kultury KW PZPR (Katowice), a kiedy skończył 46 lat, nagrodzono „placówką cudzoziemską”. Został zastępcą attache kulturalnego ambasady londyńskiej, mimo iż znał język angielski tylko trochę lepiej niż chiński, którego zupełnie nie znał. Jednak po trzech latach mówił biegłe łamaną angielszczyzną, i ogólnie zyskał pewien sznyt intelektualny tudzież kulturalny, obracał się bowiem wśród dyplomatów, a wiadomo, że „kto z kim przestaje, takim się staje”. Wieczorem, przy kielichu, rzekł Mariuszowi:

– Sądziłem, że na Heathrow zaczepią pana funkcjonariusze MI 6 lub MI 5.

– Dlaczego mieliby to robić?

– Bo „Zecer” jest głośnym opozycjonistą, lubią takich werbować. A przynajmniej przesłuchiwać. Być może spróbują jutro czy pojutrze, zaś lotnisko odpuścili, bo bali się, że będzie tam czekała z kwiatami delegacja emigrantów.

– Ja również bałem się tego – wyznał Bochenek.

– Chcieli, chcieli! – pisnął Czepiela. – Ale im powiedziałem, że dla pewnych względów politycznych nie byłoby to rozsądne, i że spotkacie się uroczyście w tym tygodniu.

– Pan im powiedział?! – zdumiał się „Zecer”. - Pan, komuch, pracownik Jaruzelskiej ambasady?!

Czepiela uśmiechnął się:

– Jestem ich wtyka. Szpiegiem na usługach emigrantów antykomunistów. Mają mnie za swojego „kreta” w placówce PRL-u, szanowny panie. Donoszę im, kablując różne rządowe sekrety, ułatwiam różne papierkowe sprawy, niby to cichcem, dywersancko, antypeerelowsko. Gram Wallenroda, he, he, Konrada Wallenroda! Takie zadanie, a zadanie jak zadanie, trzeba wykonać. Co mi nawet sprawia przyjemność.

– To spotkanko z solidarnościowcami kiedy ma być?

– Będzie kilka spotkań, nie tylko z solidaruchami. Tu jest cholernie różnorodna emigracja, nowa, stara i prastara, jeszcze niedobitki andersowców. I skłócona jak każda Polonia, amerykańska czy kanadyjska, kłębowisko żmij. Wszyscy chcieliby lać komunę, ale póki nie mogą, to wzajemnie gryzą się sami. Będzie pan musiał strasznie uważać, poruszanie się między wrogimi kółkami to prawdziwe pole minowe.

– Co jeszcze może mnie tutaj zaskoczyć?

– Dużo rzeczy, od herbaty zaczynając. Lubi pan?

– Pić herbatę? Tak, lubię bardzo.

– W Polsce się uważa, iż herbata to tradycyjny główny napój Anglików. Tymczasem oni, podobnie jak Amerykanie, Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy i właściwie cały świat, piją herbatę torebkową zmieszaną z mlekiem, lurę koloru cieczy wyżętej ze ścierki. Prawdziwą, czystą herbatę pija się dzisiaj już tylko w Polsce i w ZSRR. Polacy, kiedy tu przyjeżdżają i widzą tę „bawarkę” pitą przez Angoli, nie wierzą własnym oczom. Ale wróćmy do swarów polonijnych kółek. Coś identycznego zobaczy wkrótce kraj. Kiedy komuna legnie, triumfujące antykomuchy będą się żarły wewnętrznie gorzej niż żarły się z komuną. Już niedługo zobaczy pan, panie Mariuszu!

– Niedługo?! – wytrzeszczył oczy Bochenek.

– Niedługo, niedługo. Towarzysze w Warszawie już dogadują co trzeba.

– A co trzeba?

– Trzeba przejąć cały majątek państwowy na nasze prywatne konta, dając solidaruchom władzuchnę formalną, polityczną: gabinety, sekretarki, paprotki… Tym głupom się wydaje, że to będzie łatwizna – rządzić świętą ojczyzną! Zdekomunizowaną! Wystarczy przekreślić cały PRL, cały dorobek socjalizmu. A to bez sensu, panie Mariuszu! Gdyby powoje

– Jasna sprawa… – przytaknął zmęczony rozmówca. – Czy w tym lokalu będziemy mieszkać przez cały czas naszego pobytu w Anglii?

– Tak, tylko że teraz to będzie krótki pobyt, bo niedługo lecicie na Jamajkę – wyjaśnił mu Czepiela.

– Gdzie?! – zdumiał się „Zecer” trzeci raz, dużo silniej niż uprzednio.

– Na Jamajkę. To dawna kolonia, dzisiaj członek brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Tu, w Anglii, macie założyć patriotyczne, antykomusze czasopismo, ale do tego trzeba dużej forsy. I co powiecie emigranckim środowiskom, że przywieźliście szmal pasera „Zygi” i cinkciarza „Guldena”? Musicie znaleźć poważnego sponsora, antykomucha, panie Mariuszu. Świetnie się do tego nadaje pański krewny, kapitalista jamajski, szef spółki eksportującej wydobywane tam boksyty, mister Denis Dut, dawniej Dutczak. On już czeka na was w Montego Bay. Powie pan swoim emigracyjnym sympatykom, że leci pan do wuja Denisa po fundusze. No to cyk, chlapnijmy brudzia, panie redaktorze Bochenku!

Angielskie słowo „drug” ma dwa znaczenia: to lekarstwo lub narkotyk. Czyli „piguły” lub „prochy” vel „koks”. Klara i Joh

Ponieważ Dan Bready nie mógł zakładać sobie kondomów, gdyż gumowa szata psuła jędrność „aparaciku” pana profesora – pa

Jankowi Serenowi grzały serce kultury indiańskie, które poznał przemierzając motocyklem północne terytoria Kanady. Tamtejsi Indianie dali mu skosztować grzybów „odjazdowych”, dzięki czemu zobaczył w lusterku do golenia, że ma głowę karibu, która szybko stała się fosforyzującą głową ryby, a później głową wilka stąpającego po zielonofioletowym śniegu nogami wysokimi niby szczudła. Tak mu się to spodobało, że został fanem grzybkowych „drugów”. Żadnych kryminoge