Страница 15 из 72
Spośród rozmaitych praw rządzących człowiekiem i ludzkością, jak również światem i wszechświatem – główne wydaje się prawo przyczynowości, tyczące skutków. Mówi ono, iż żadne zjawisko nie istniałoby bez przyczyny. Jest to równie proste jak korelacje: bocian-dzieci, błędny rycerz-wiatraki, lewica-praworządność… pardon, coś pomyliłem, chodzi o korelacje: Afryka-zebra, Australia-kangur, winorośl-szampan, srebrniki-zdrada, pług-skiba, Dumas-muszkieterowie, kastracja-falset, silikon-biust, itp. W ramach tego prawa – prawa skutków nieistniejących bez przyczyn – daje się łatwo wytłumaczyć dlaczego obywatel Mariusz Bochenek („Człon” alias „Rubens” alias „Blankiet” alias „Zecer”), mężczyzna będący pupilem dam, pozostawał zatwardziałym kawalerem, mimo że pędziły lata i bliżej mu już było do pierwszej siwizny niż do „teenagerskiej” młodości. W 1985 (czyli wtedy, gdy Stiopa Kudrimow zaczynał pracę przy rakietowym transrosyjskim „fu-fu!”), „Zecer” skończył 36 lat i wciąż nie miał żony. Ów brak obrączki to był skutek. Przyczyną była tak zwana (przed wiekiem XX) kobieca „płochość”, plus bochenkowa nadwrażliwość. Gdyby się chciało opowiedzieć to metaforycznym rymem, nie trzeba byłoby tworzyć własnych rymów – starczy zacytować XVIII-wieczny rym Trembeckiego pt. „Wróbel”:
Dokładnie tak było w przypadku pierwszej (i ostatniej) wielkiej miłości Mariusza B. Kiedy kończył liceum, „upędzał się za dzierlatką”, czyli za koleżanką szkolną. Nakarmiony romansami historycznymi prywiślińskich „pokrzepiaczy serc” (Kaczkowskich, Przyborowskich, Kraszewskich, Sienkiewiczów i in.), ergo: uformowany względem słowiańskich dziewic przez same niewi
Między liceum a studiami Bochenek odbył szkolenie wojskowe (pluton łącznościowców). W łaźni koszar spostrzegł coś, o czym nie miał wcześniej pojęcia: że jego penis jest większy, duży ponadnormatywnie. Kumple wynieśli tę wiadomość za bramę garnizonu, i odtąd dziewczyny urządzały łowy na „Rasputina” („Członem” został dopiero w komunie hipisowskiej). Co mu dawało satysfakcję dubeltową: fizyczną (bo orgazmową) i psychiczną (bo odwetową). Z „czułego słowika” nic nie zostało – grał „jurnego wróbla”. A szlachetnego rycerza zastąpił cyniczny fałszerz. Pierwszym sfałszowanym przezeń dokumentem był wpis w zeszycie szkolnego rywala mówiący, iż „dyro to czerwona świnia, komunistyczny renegat, pezetpeerowski lizus”, co wskutek donosu zostało odkryte i pieszczący Kasię rywal Bochenka postradał „prawa ucznia” tudzież możliwość zrobienia kiedykolwiek dyplomu wyższej uczelni.
Płeć piękna, która ma nie tylko fenomenalną pamięć wzrokową, lecz i dotykową – zazwyczaj świetnie pamiętała o nieprzeciętnym walorze płciowym Mariusza B. Skutkiem tej przyczyny znajome „Zecera” stawiały się regularnie w Grabianach „na widzenie”, by szepnąć Mariuszowi, iż czekają. Jednak niektóre nie czekały bezczy
– Słyszałem, że często chodzisz w miasto, Jolciu… – rzekł „Zecer”.
– Nie chodzę! – burknęła Jola. – Brat mi czasem kopsnie dzianego bojka, żeby trochę szmalu wykosić, to wszystko. Robię u kosmetyczki.
– W Paryżu i w Londynie są lepsze gabinety. Chcesz wyjechać na Zachód?
– A kto nie chce?
– Każdy chce, niewielu może. Ja mogę.
– Weźmiesz mnie ze sobą?…
– Wezmę ciebie i twojego męża.
– Jakiego męża?!
– Wicia, którego poślubisz. I razem lądujecie w Paryżu. Gra?
– Może być… – uśmiechnęła się Jola radośnie.
Kiedy „Historia rosyjskiej oligarchii” dostała cichy (acz skuteczny) szlaban na druk, jej autor, Lieonid Szudrin, był pewien, że nikt spoza Instytutu nie przeczyta jego dzieła. Mocno go tedy zdumiało zaproszenie przysłane mu z Kremla (z samej Kancelarii Prezydenckiej!) wiosną roku 2005. Ów półstronicowy list, podpisany przez dyrektora Żarkinowa, szefa Sekcji Medialnej kancelarii, napomykał bowiem o rozprawie Szudrina, choć nie bez błędu: „Dzieje rosyjskich oligarchów”.
W bramie kancelarii dano Szudrinowi przepustkę. Dyrektor Żarkinow przyjął gościa gruzińskim koniakiem i herbatą, stwierdził, że niestety ma wolny tylko kwadrans, i bez wstępów przeszedł do meritum:
– Lieonidzie Konstantinowiczu, chodzi mi o głośną publikację „Protokoły Mędrców Syjonu”, demaskującą spisek żydowski zawiązany przed stu laty, podczas bazylejskiego Kongresu Syjonistycznego, dla uczynienia Żydów władcami świata. Nie sądzi pan, że dziś sytuacja robi się analogiczna, bliska tamtej?
Szudrin ledwo wstrzymał prychnięcie i wytrzeszczenie wzroku; odparł chłodno:
– Nie sądzę, panie dyrektorze.
– Czy nie widzi pan, że wszystkie decyzyjne stanowiska globu zajmuje żydostwo?
– Nie widzę.
– Nie widzi pan?! Banki to przecież Żydzi, media to Żydzi, handel to Żydzi, giełda to Żydzi, trzymają wszystkie te instrumenty wpływu, przy których władze polityczne, rządy, premierzy, prezydenci, są jedynie marionetkami. Amerykański Bank Centralny i FED – Greenspan. Bank Światowy – Wolfowitz. Król spekulacji – Soros. I tak dalej. W Rosji podobnie, proszę sprawdzić metryki naszych oligarchów…
– Sprawdzając metryki naszych mafijnych bossów zobaczymy to samo – roześmiał się Szudrin. – Rosyjski capo di tutti capi, Siemion Mogilewicz, to Żyd z Żyda, pseudo „Kidała”, czyli naciągacz.
– Zgadzam się, Lieonidzie Konstantinowiczu. Ale bandyci to sprawa dla policji, mnie interesuje fakt żydowskości naszych głównych biznesmenów, ta ich etniczna tożsamość…
– Są wśród nich też goje, rosyjscy, kaukascy, różni – przerwał dyrektorowi Szudrin, machając ręką, jakby się opędzał.
– Ilu?… Kilku?… Kilkunastu?.,. Reszta, prawie cala czołówka, to Żydzi! – uparł się funkcjonariusz administracji prezydenckiej. – Niektórzy, dość liczni, są wrogami Władimira Władimirowicza Purina…
– A niektórzy jego przyjaciółmi, jak Roman Abramowicz herbu Chelsea – wtrącił znowu gość.
– Więcej jest wrogów. Chodorkowski poszedł za kraty, Gusiński ledwo ich uniknął, a Bieriezowski już by siedział, gdyby nie zwiał do Londynu! Ci ludzie okradali Rosję, pasożytując na społeczeństwie bez litości!
– Co ja mam z tym wspólnego, panie dyrektorze, czyli co ja robię tutaj? -spytał gość.