Страница 7 из 30
Bartnicki milczał, już nie perswadując, co wzmogło optymizm hrabiego i uskrzydliło jego retorykę:
– Pan nie tylko winien zasiąść wśród moich gości przy tym stole, lecz winien pan to zrobić aktywnie, bardzo aktywnie, panie Bartnicki.
– Aktywnie?…
– I to jak aktywnie! Pan winien mocno gardłować na rzecz wymiany więźniów, bo jeśli ta propozycja nie zostanie przeforsowana, czyli przegłosowana, wówczas cała sprawa upadnie i ja nie będę musiał wyzbywać się rodowych precjozów za psi grosz!
– Ależ panie hrabio, ja…
– Niech pan to sobie dobrze rozważy, panie Bartnicki, bo od tego będzie zależało, czy w tej dalekiej mysiej dziurze, w której chce się pan przed końcem wojny zamelinować, będzie pan miał kieszeń dwa razy pełniejszą. Czekam o szóstej wieczorem!
Bartnicki jeszcze raz zdobył się na sprzeciw:
– Nie, panie hrabio! Proszę na mnie nie czekać. To znaczy – mogę przyjść z gotówką, ale nie jako uczestnik konferencji, którą pan organizuje. W niej nie wezmę udziału. Duży zysk to duża sprawa, ale życie to sprawa większa od każdych pieniędzy. Nie chcę ryzykować.
– Woli pan zaryzykować gniew kapitana Mullera?… – spytał hrabia, sięgając po argument, po który sięgać nie pragnął, lecz upór Bartnickiego nie dawał mu wyboru.
– Dlaczego gniew Mullera?… – szepnął pobladłymi wargami jubiler.
– Bo pan kapitan bardzo liczy na duży łup, i kiedy omawiałem z nim szczegóły, polecił mi pana jako bankiera, który za moje złoto dostarczy żądaną amerykańską gotówkę.
– Wymienił moje nazwisko?!
– Zupełnie poprawnie, panie Bartnycky.
– No dobrze, i co z tego? Przecież nie uchylam się od kupienia tych precjozów…
– Ale uchyla się pan od zaproszenia na kolację, nie rozumiejąc, że moja oferta jest dubeltowa. Wy, finansiści, nazywacie to chyba „transakcją wiązaną". Albo przyjdzie pan tu jako bankier i jako współuczestnik decyzyjnego gremium, albo proszę w ogóle nie przychodzić. Jeśli nie przyjdzie pan – Muller się dowie, że przez pana utracił łup. I wówczas pewnie podziękuje panu.
– To… to jest… – Bartnicki nie mógł wykrztusić epitetu.
Tarłowski go wyręczył:
– Tak, to jest szantaż. A więc o siódmej wieczorem. Do widzenia, panie Bartnicki.
Jubiler wstał, ukłonił się z szacunkiem i podreptał ku drzwiom jak nakręcony automat. Dogonił go głos gospodarza:
– Proszę nie zapomnieć – tylko setki i pięćdziesiątki! I proszę wziąć całość ze sobą. Jeżeli wszystko się uda, wówczas od ręki dam panu to, czego pan chce.
AKT III
Parę minut po osiemnastej przy wielkim stole siedziało jedenastu ludzi;
Mecenas Alojzy Krzyżanowski, wysoki, szczupły jak tyka okularnik, którego chód przypominał stąpanie żurawi i bocianów, a mowa retorykę kaznodziejską. Człowiek ten, będąc uczestnikiem wielu sądowych rozpraw wszelakiego typu – od rozwodowych i majątkowych do artystycznych i politycznych – nauczył się, że ludzie mają z prawdą tyle samo wspólnego, co gazety dwóch państw toczących zaciekłą wojnę, pełne frontowych doniesień, według których każda walcząca armia została już wybita do nogi, i to kilka razy.
Profesor Mieczysław Stańczak, filozof, zwole
Redaktor Krystian Kłos, dobiegający sześćdziesiątki, a wyglądający na młodszego o kilkanaście lat dzięki pomadom, kremom, pudrom, farbkom i gimnastyce pora
Magister Zygmunt Brus, aptekarz, farmaceuta z powołania, a z zamiłowania także kobieciarz, który jednak grzeszne życie rozpoczął bardziej po Bożemu, dopiero jako nieutulony wdowiec. Swoim konkubinom wysyłał bukiety róż ledwie mieszczące się w drzwiach, i traktował te panie delikatniej niż redaktor Kłos, bez epitetów i bokserskich rękoczynów. Miał ciągłe problemy chorobowe wskutek nadużywania cudownych lekarstw, których był znawcą i sprzedawcą. Swój fach zaślubił po dziadku i ojcu, miłośnie, tak jak wenecki doża poślubia Adriatyk, jak papież poślubia Kościół, jak oblubieniec poślubia oblubienicę w „Pieśni nad pieśniami", jak alpinista poślubia góry, nurek głębiny, a Cygan swoje skrzypce na bezkresnych drogach.
Romuald Kortoń, dyrektor kina w Rudniku, z wykształcenia teatrolog, a z przekonań politycznych i z przynależności partyjnej endek (członek Narodowej Demokracji). Kortoń dolegliwości fizycznych miał mało – chyba że jako dolegliwość liczyć płaskostopie i piegi – za to psychicznych dużo, i to codzie
Doktor Bogusław Hanusz, wice ordynator miejskiego szpitala. Człowiek ten nosząc kitel imponował sprawnością i energią, lecz ubrany „po cywilnemu", w garnitur, szlafrok lub płaszcz, robił wrażenie mamroczącego safanduły, chociaż wewnątrz zachowywał (nieco wówczas uśpiony) jasny, przenikliwy rozum tudzież zdolność (czy raczej gotowość bycia zdolnym) do głębokich analiz i do subtelnego formułowania celnych wniosków. Najchętniej francuszczyzną. Język francuski, stworzony dla bezproduktywnego filozofowania i dla nadawania obelgom form wyrafinowanych jak trujące perfumy, Hanusz kochał nie za to, lecz za prozę Balzaca, którą studiował ciągle. Szczególną satysfakcję czerpał porównując Boyowskie tłumaczenia dzieł Balzaca z oryginałami gwoli łowienia błędów. Do pałacu przybył zmęczony i zestresowany – miał tego dnia cztery operacje; jedna się nie udała.
Radca Roman Malewicz, emeryt, zwany radcą zwyczajowo, po galicyjsku. Chociaż od dawna nie sprawował żadnej urzędowej funkcji, cieszył się w Rudniku autorytetem równym autorytetowi burmistrza. Był najstarszym uczestnikiem posiedzenia; już przed wojną wyglądał tak sędziwie, że mógłby tym wspomagać wiecznie dziurawe szkolne budżety: chcąc ukazać dzieciom co to jest „zabytek przeszłości", nie trzeba byłoby organizować kosztownych wycieczek po ruinach zamków i klasztorów – starczyłoby wezwać tego człowieka o fizjonomii pełnej głębokich bruzd i wątrobianych plam. Malewicz był pradawnym rycerzem i starość nie odebrała mu tego. Należał do tych nielicznych ludzi, którzy – gdy los zetknie ich ze skurwysynem – mają odwagę zakomunikować skurwysynowi (i to już „w pierwszych stówach swojego listu") co o nim myślą.