Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 30

– Pięknie, niech wam będzie, panowie! -rozsierdził się Małe wieź. – Ale powiedzcie mi – co ma do rzeczy to wszystko? Po co cała ta gadanina o kobietach? Jeśli ów Zyga je zmusza, to wydanie go Mullerowi będzie w porządku, tak? A jeśli same do Zygi lecą, to oszczędzimy pana Zygę, co?… Ja chwilami mam wrażenie, że nie jestem w domu pana hrabiego, tylko w domu wariatów!… Nawet pan, panie doktorze!

– Co ja, co ja?! – zaperzył się Hanusz. -Nie ja rozpocząłem ten dziwaczny dyskurs! Ale gdy już była o tym mowa, wtrąciłem się, bo uważałem, że sprawa ma dla panów znaczenie. Popartem to, co wyłuszczył profesor Stańczak o naturze kobiet, bo miał słuszność – tej akurat świadomości kobiecej nie określa byt, tylko instynkt. Lombroso poświęcił tym skło

– Dzięki temu instynktowi, ale i dzięki popytowi, bo bez popytu nie istnieje podaż – uzupełnił Kłos, dodając erudycyjnie: Sto lat przed profesorem Lombroso to samo pisał wielki praktyk, świetny znawca kobiet, markiz de Sade. Drukowaliśmy na ten temat artykuły w „Gońcu". Sade pisał – jeśli dobrze pamiętam – że „kobiety mają dużo gwałtowniejsze skło

– Otóż to! – przytaknął Stańczak.

– Więc dla pana, panie profesorze, i dla pana, panie redaktorze, autorytetem jest twórca sadyzmu?! – wzburzył się ksiądz Hawryłko.

– Markiz de Sade nie był żadnym twórcą sadyzmu, niech się ksiądz nie ośmiesza! – zaprotestował dzie

– I niech ksiądz nie zabiera głosu, gdy mowa o płci pięknej, bo co ksiądz może wiedzieć w tej materii? – dodał filozof.

– Spowiadam niewiasty, dlatego wiem, że…

– Proszę nie ujawniać tajemnic spowiedzi, księżulku! To przecież zakazane spowiednikom!

– Chciałem tylko powiedzieć, że wiem, iż…

– Ksiądz nawet nie wie jak zbudowana jest kobieta, chyba że się ksiądz obejrzał podczas swoich narodzin! – przerwał księdzu ponownie Stańczak. – Ale to drobiazg w porównaniu z tym, że ksiądz nie zna kościelnych tekstów.

– Pismo Święte i ojcowie Kościoła traktują każdego jednakowo, i niewiastę, i mężczyznę!

– wygłosił Hawryłko.

– Być może jakieś święte pisma i ojcowie jakichś Kościołów tak, ale nie ojcowie tego Kościoła, do którego należy ksiądz!… „Przyczyną wszelkiego zła jest niewiasta"; „Kobieta to zwierzęca niedoskonałość"; „Kobieta to bezbożne furie chuci"… Wie ksiądz kogo zacytowałem? Biskupa Maksimusa z Turynu, świętego Tomasza z Akwinu i Tertuliana! Każdy z tych świętych ojców akceptował zdanie poganina Hezjoda, iż „Kobieta jest plagą, z jaką mężczyźni muszą Żyć, jest straszliwą pokusą o mózgu suki i o naturze złodziejskiej"…

– No proszę, marny tu chodzącą encyklopedię antykobiecości! – uśmiechnął się (znowu krzywo) Sedlak.

– To przywilej ludzi czytających, drogi poczmistrzu! Zważywszy opinie autorytetów kościelnych, które cytowałem – proponuję, panowie, dać Mullerowi za czterech samców cztery baby do rozwalenia, co wy na to?

– Ja mam i

– A czemu nie w święconej, panie magistrze? – spytał Sedlak. – Ksiądz jest na miejscu, gdyby potrzeba było egzorcyzmów.

– Mnie chodzi o to – wyjaśnił Brus – że ten człowiek robi sobie kpiny z życia ludzkiego.

– Nie z życia ludzkiego, tylko z tego sabatu, łaskawco – wzruszył ramionami Stańczak.

– Nie byłoby sabatu, gdyby pan, profesorze, zachowywał trochę więcej powagi kiedy roztrząsa się sprawy nie nadające się do kpin – rzekł Krzyżanowski.

– A jak mam tę powagę zachowywać, gdy obywatela Zygę przezywa się tu handlarzem żywym towarem? Czy my, dyskutując kogo dać Mullerowi pod nóż, robimy coś i

– No to mamy jasność – profesor jest przeciwny układom między panem hrabią a Mullerem, i nawet przeciwny całej tej dyskusji – stwierdził Hanusz.

– Ależ skąd! Nie jestem i nigdy nie będę przeciwny układom między hrabiami a gestapowcami, bo jak już mówiłem – mam w dupie kogo Szwaby rozwalą, a kto się ostanie dzięki kaprysowi losu. I tej dyskusji też nie jestem przeciwny…

– To dlaczego nazwał ją pan sabatem?! -zdenerwował się Kortoń.

– Bo to jest rodzaj sabatu… Zresztą nie ja pierwszy tutaj użyłem tej nazwy… Ale czemu miałbym być przeciwko? Lubię ansamble zabawne. Żeby było jeszcze zabawniej, proponuję: głosujmy czy wydać alfonsa! Przy okazji zobaczymy kto ma dług wdzięczności wobec niego.

– Profesorze, pan chyba chce nas zniechęcić, a nie zachęcić do głosowania!… – ocenił Mertel. – Po co nas pan straszy? Może sam ma pan dług wdzięczności wobec tego Zygi…

– Ba! Gdybym miał, to bym się pysznił teraz, że niejedną jawnogrzesznicę potraktowałem lepiej niż Chrystus!

– Nie nadużywaj w ten sposób imienia Pańskiego, bracie! – skarcił filozofa ksiądz.

– Bóg mi wybaczy, proszę księdza, to jego zawód. Pod warunkiem, że w ogóle usłyszał, bo skąd pewność, iż jest między nami?

– Pan Bóg jest wszędzie?

– W Treblince również?

– To demagogia!

– Fakt. A więc jest wszędzie?

– Wszędzie!

– Rozumiem. Jest wszędzie, bo jest z definicji wszechobecny. Szkoda tylko, proszę księdza, że z istoty swej jest również milczący. To sprawia, że jako współuczestnik wszystkich retorycznych zebrań nie jest pełnowartościowym partnerem, bo co to za dyskutant, który unika dialogu?

– Pan Bóg przemawia inaczej…

– Bezgłośnie?

– Głosem i

– Rozumiem – głosem wybranych. Choćby głosem księdza…

– Mam nadzieję, że tak, bracie! Jestem przeciwny dawaniu Mullerowi ofiar, jakichkolwiek ofiar!

– I to jest „vox Dei "l

– Z pewnością taka jest wola Boża w tej sprawie!

– A gdzie była Jego wola we wrześniu trzydziestego dziewiątego?

– Bóg ingeruje inaczej…

– Tak jak w Katyniu i w Palmirach?

– Na miłosierdzie Boskie, przestań, człowieku, bluźnić wciąż!

– Oni też liczyli na miłosierdzie Boskie, wielebny!… Ci zamknięci w lochu Mullera liczą chyba bardziej na wykupienie lub na odbicie przez partyzantów. My wszelako już wiemy, że akcji zbrojnej nie będzie, bo inaczej panowie Mertel i Kortoń nie gardłowaliby tak mocno przy tym stole za panami Trygierem i Ostrowskim. Vulgo: wszystko teraz w naszym ręku. Co prawda tylko względem kilku bliźnich – czterech do dalszej egzystencji i czterech do bezzwłocznej eliminacji – lecz wszystko zależy od nas. Błogie uczucie wszechmocy! Jak to miło wyręczać Pana Boga, co, panowie?

Zasiał ciszę pełną lęku i niepewności. Nikt nie chciał się odezwać, więc Stańczak uznał, że pole zostawili jemu.

– Drodzy dżentelmeni, alternatywa jest nader prosta – albo głosujemy i mieniamy się z Mullerem, jak tego pragną pan hrabia, pan mecenas i grono bojowców, albo się wypinamy na Mullera, jak tego chcą pan magister, pan poczmistrz, pan radca i pan klecha. Nie znam tylko stanowiska pana redaktora. Gdy idzie o pana jubilera, to jestem pewien, że mimo swej małomówności głosowałby za wymianą…

Spojrzał pytająco na Bartnickiego.

– Jak będzie głosowanie, to się pan przekona, profesorze, czy pan zgadł – odparł chłodno jubiler.

– Wracajmy do naszych baranów. Mamy więc dwie opcje. Jeśli wybierzemy drugą opcję, vulgo:

odmowę – to trzeba będzie szybko przystąpić do zbiorowych modłów, z nadzieją, że Pan Bóg pofatyguje się osobiście, by przywrócić w Rudniku sprawiedliwość. Mam rację, proszę księdza?

– Módl się, bracie, aby Pan wygnał szatana z twej duszy i z twego umysłu!

– Dlaczego ksiądz sądzi, że taki inkub mieszka we mnie?

– Bo słyszę, co gadasz! Od samego początku głupie gadasz rzeczy i diabelskie, bracie mój!

– Przecież wyraziłem wiarę w Boską wszechmoc, wszyscy tu obecni są świadkami!

– Prawie wszyscy tu obecni strofowali cię już, człowieku, za to, coś paplał! Wyraziłeś wiarę?… O nie – kpiłeś z Boskiej wszechmocy!… Tyś chyba oszalał lub oddałeś się cały diabłu!