Страница 23 из 48
Zrewidowano sypialnię i przyległe pomieszczenia. Regenta nie znaleziono. Przeszukano schowki, szafki, tajne przejścia – ani śladu.
– A może on naprawdę stał się niewidzialny? – podsunął Szatny.
– To naukowo wykluczone, zwłaszcza za pomocą Antymałmazji – stwierdził Sekretarz.
– Milcz, głupi gryzipiórku – zgromił go Ochroniarz. – Ja wiem od mojej ciotki, że cuda się zdarzają…
– Tak, tak – podtrzymał tezę Golibroda. – Być może, siła wiary stała się u niego tak potężna, że zmieniła przeświadczenie o niewidzialności w niewidzialność realną.
– Raczej jest to sugestia. Możemy być zahipnotyzowani i nie dostrzegać Najjaśniejszego Pana, który stoi między nami i śmieje się w kułak.
Zrobiono test. Wszystkie komnaty posypano mąką. Daremnie, nigdzie nie pojawiło się odbicie niewidzialnej stopy.
A przecież Regent gdzieś musiał być. W starych murach czuło się po prostu jego obecność. Strach spętał wolę i myśli członków Tajnej Rady. Kilku z nich nie wytrzymało nerwowo i salwowało się ucieczką.
Wykorzystała to Jawna Rada, która nagle przypomniała sobie o prerogatywach Senatu i zabrała się za rządzenie. Doradców (tych, co jeszcze zostali) rozgoniono na cztery wiatry. Cały kraj przeszukano wszerz i wzdłuż, dokładniej niż wsypę z pierzem. I nic. Nie pomogły psy, prywatni detektywi i wyznaczone nagrody.
Sytuacja stawała się groźna. Nie można było ogłosić bezkrólewia, bo na to mógł tylko czekać przyczajony w kokonie niewidzialności Raul. Niektórzy mówili, że cały czas krąży wśród senatorów i dostojników i notuje ich zachowania, aby we właściwym momencie ujawnić się i rozpocząć wielką czystkę.
I kiedy wszelkie nadzieje na pozytywne wyjaśnienie upadły, wpłynęła utrzymana w ostrym tonie nota dyplomatyczna z oście
Zastępstwo
„W poszukiwaniu rzadkich okazów motyli, takich jak papuziacz blady, krętek tęczownik czy niepylak polkolor, przybyłem do Nordlandii, której wyżyny obfitowały wręcz w endemiczne gatunki flory i fauny…” – Tak rozpoczyna swą opowieść Harald Haraldson, jeden z mniej znanych kolegów wielkiego Li
„Samą Amirandę poznałem byłem we wcześniejszych eksploracjach, uwieńczonych odkryciem odmiany skarabeusza (scarabeus haraldi) i całej rodziny karaluchów ogromnych rozmiarów, które – oswojone i przyjacielskie – w niejednej regentsburskiej rodzinie zastępowały psa lub kota.
Do czarownej i gości
– Nie odpłynie pan już tego roku, nie odpłynie, panie Haraldzie.
Poderwałem się nie bacząc na nieskromność obnażenia.
– Jak to, mam bilet powrotny na „Królową Krystynę"…
– „Królowa Krystyna" wyszła w morze w poniedziałek.
– A galeon pocztowy?
– Poszedł do remontu…
Pytałem jeszcze o statki rybackie czy woje
– A południe wyspy, przecież za górami zaczyna się Erbania?
– Od pięciu lat znajduje się w stanie wojny z Amirandą. Musi pan u nas przezimować.
– Musi pan! – powtórzyła spuściwszy skromnie oczy Magdalena.
– To tragedia! – wybuchnąłem. – Ja nie mam czasu, przecież zima dla entomologa to martwy sezon!
– Możesz się pan zająć klasyfikacją pcheł, prusaków czy i
– A gdybym wynajął jakąś łódź?
Złudzenia ustąpiły szybko. Nie znalazłem ochotnika, który zaryzykowałby wypłynięcie na wzburzone wody. Być może, część mieszkańców Nordlandii pochodziła od Wikingów, ale najwyraźniej akurat nie ta zajmowała się aktualnie żeglarstwem. Zresztą, moje środki finansowe nie były wielkie. Kimże ja w ogóle byłem? Skromnym naukowcem o ograniczonych dochodach…
Tymczasem nastały mgły, słoty i przygruntowe przymrozki. Mój flirt z Magdaleną przeszedł wszelkie stadia. Od pierwszej adoracji poprzez gwałtowną fascynację aż po pierwociny obopólnego znużenia. Zresztą im skromniejsze były me prezenty, tym karczmarce mniej odpowiadał seks po skandynawsku. Również sympatia gospodarza, który latem traktował mnie jak syna, a jesienią jak szwagra, słabła wprost proporcjonalnie do kurczenia się mego trzosa.
Do listopada odkryłem i sklasyfikowałem wszelkie gatunki insektów występujących w oberży, z początkiem grudnia zaś wydałem ostatniego talara… Nie miałem już nawet na podróż powrotną.
Pobiegłem wówczas do banku, którego właściciel wiele razy podczas partyjek tryktraka zapewniał mnie o swej dozgo
– Kredytu nie udziela się – powiedział mi suchy jak kabanos wspólnik.
– Zgodzę się nawet na lichwiarski procent! – zawołałem. – Muszę przecież z czegoś żyć.
– Od tego są lombardy.
W lombardach spotkałem się z uprzejmą odmową. Gablotki z motylkami – to tylko posiadałem – nie wzbudziły niczyjego zainteresowania. Przyodziewek mocno mi się zużył, a pierścień przegrałem już wcześniej.
Wróciwszy do zajazdu, zastałem moje rzeczy wystawione na korytarz. Magdalena królowała za szynkwasem, oschła i niedostępna.
– Nie możecie mi tego zrobić, nie możecie mnie wyrzucić! – wołałem usiłując całować jej ręce, ale schowała je pod barem.
– A właściwie, dlaczego nie? – odparła.
– Po tym wszystkim, co nas łączyło, po nocach szaleństwa i świtach upojenia…?
– Nie wiem, co pan ma na myśli, ale jestem zajęta…
Za mymi plecami wyrósł gospodarz. Jego twarz nie wyrażała niczego.
– Takie jest życie, panie Haraldzie – rzekł. – Raz jesteśmy na wozie, a raz pod… Przez wzgląd na sympatię nie wspominam o odsetkach od długu… Ba, nie upominam się nawet o sam dług. Zadowolę się pańską lunetą i książkami.
– Ale jeśli mnie wyrzucicie, ja nie będę miał dokąd pójść, tam na dworze mróz, zadymka…
– Istnieje zawsze jeszcze jedno wyjście…
– A mianowicie?!
– Praca!
Tak przyszło mi zmienić status cudzoziemca dewizowego na podrzędnego gastarbeitera. Tylko że absolutnie nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. W prowincjonalnej dziurze nie było stanowisk dla entomologów ani nawet ornitologów. W miejscowej szkole nie wyrażano zainteresowania moją ofertą pracy nauczycielskiej. Jako luteranin, i to reprezentujący wiedzę epoki Oświecenia, które tu miało dotrzeć w najlepszym wypadku za półtora stulecia, byłem nie do przyjęcia. Gdybym był rzemieślnikiem, znalazłoby się, być może, coś niecoś, ale z mymi rękami nawykłymi jedynie do łapania motylków nie nadawałem się nawet na parobka. Owszem, jakiś miejscowy wielmoża gotów był mnie zatrudnić jako stangreta, ze względu na wzrost i jasne włosy, ale koncepcja upadła, gdy wyszło na jaw, że boję się koni.