Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 82

Spojrzał znów na ostatnią, nędzną kanapkę i zawstydził się, że nie potrafi wykrzesać z siebie więcej entuzjazmu. Świątobliwy Augustus pożarłby ją bez wahania i samą siłą woli zmusił do pozostania w żołądku, chociaż pieczone mięso z sosem niechybnie zaszkodziłoby starcowi, który od wielu lat cierpiał na wątrobę. Silwanus westchnął ponownie. Wtedy przypomniała mu się krótka rozmowa, którą odbył tego ranka z Jego Jasnością Herminiusem Revonem. Wspomnienie to nie należało do przyjemnych i jeszcze bardziej pogłębiło przygnębienie i konsternację akolity.

Niespodziewanie, jak miał to często w zwyczaju, Herminius otworzył drzwi swego gabinetu i szybkim krokiem przeszedł przez kancelarię. Jego bystrym oczom nie uszedł widok Silwanusa siedzącego z nieszczęśliwą miną przy biurku oraz kanapek, wtedy jeszcze trzech, które leżały przed nim w zatłuszczonym papierze.

– Mógłbyś przestać się tak obżerać, Silwanusie – powiedział szorstko. – Jesteś znacznie za gruby jak na swój wiek.

Silwanus, który zawsze odczuwał zmieszanie zmuszony rozmawiać z Jego Jasnością, zaczerwienił się i zerwał z krzesła.

– Ależ, Wasza Jasność, ośmielę się zauważyć, że… jeśli… eee… hmmm… będę tył w odpowiednio szybkim tempie, to… rzecz jasna… przez ten czas zużyję o wiele więcej ubrań, niż… gdybym… eeee, jadł normalnie. Poprzednie zrobią się za małe, więc… eee, więc będę musiał kupić nowe! – wybąkał nieskładnie.

Wąska, sucha twarz Herminiusa pozostała niewzruszona, ale w jego czarnych oczach zalśnił płomyk gniewu.

– Jakbym słyszał Augustusa! – mruknął z irytacją. Nie patrząc na sekretarza, energicznym krokiem skierował się ku drzwiom. Trzymając już w ręce klamkę, odwrócił się i powiedział surowo:

– W każdym razie pamiętaj, że zabraniam ci robić z siebie podobne monstrum. Jeśli nie przestaniesz tyć, mogę nie mieć dłużej ochoty oglądać cię siedzącego za tym biurkiem. Wybieraj, co wolisz, Silwanusie: stracić miejsce czy kilka kilogramów wagi?

Wyszedł, nie czekając na odpowiedź.

Silwanus wyczerpany opadł na krzesło. Do głowy przyszła mu brzydka myśl, której w żaden sposób nie potrafił się pozbyć. Według niego byłoby dobrze, gdyby Jego Jasność, choć niewątpliwie godny największego szacunku, uczony i szalenie inteligentny, okazał się chociaż w połowie tak świątobliwy jak Augustus.

Herminius Revon krążył w swoim gabinecie zirytowany i przygnębiony. Niewiele rzeczy do tego stopnia potrafiło wyprowadzić go z równowagi co nieuzasadniony fanatyzm. A zdawał sobie sprawę, że podobne nastroje bardzo się ostatnio nasiliły wśród wiernych we Wszystkich Światach. Dochodziły go różne niepokojące sygnały z bliższych i dalszych kolonii. Ktoś miał ponoć jakieś widzenie, i

Podszedł do zastępującego całą ścianę okna i spojrzał na dziedziniec, po którym spacerowało sporo pielgrzymów, mimo że Święto Wielkich Dni miało się odbyć dopiero w następnym tygodniu.

Plac był ogromny. Z prawej strony zamykał go potężny masyw Głównej Świątyni Targowej, największego z budynków sakralnych, jakie kiedykolwiek powstały we Wszystkich Światach. Jej wyniosłe, kruche kopuły lśniły oślepiającą bielą.

Revon przymknął oczy i spróbował ogarnąć umysłem liczbę wiernych przygotowujących się właśnie do dorocznej pielgrzymki do którejś z Handlowych Świątyń w obrębie Układu Wszystkich Światów. Tylko nieliczni, istna drobina w porównaniu z całością, przybędą do Głównej Świątyni Targowej, ale i tak w mieście powstanie nieziemski ścisk. Wyznawcy będą koczować pod gołym niebem, gdyż większość miejsc noclegowych zajęto już wiele miesięcy przedtem. Zazwyczaj takie podsumowania poprawiały mu humor, jednak dzisiaj czuł tylko straszliwy ciężar odpowiedzialności za całą tę ciżbę. Oparł czoło o szybę. Chłód tafli przywołał go do rzeczywistości. Spojrzał na plac poniżej i zobaczył ubranego w charakterystyczne zielone szaty mnicha Zakonu Roznosicieli, który szybkim krokiem kierował się w stronę Głównej Świątyni. Przed sobą dźwigał z wyraźnym trudem ogromne pudło. Wydawał się jednak pogodny, a nawet szczęśliwy. Widocznie nie minął się ze swoim powołaniem. Roznosiciele wędrowali niezmordowanie po domach, oferując różne drobne towary. Byli fachowi, natarczywi, życzliwi. Osiągali całkiem niezłe obroty. W niektórych odległych koloniach stanowili jedyne źródło religijnej pociechy i informacji o świecie. Ich małe ścigacze docierały do najdalszych zakątków Układu. Hierarchowie i

Na obrzeżach placu ustawiono już przenośne kramy najważniejszych Zakonów i montowano cztery lśniące matową czernią ekrany, na których będą nieusta

Prawdę powiedziawszy, Revon nie znosił Święta Wielkich Dni, bałaganu, który mu towarzyszył, oraz niekończących się nudnych uroczystości, jakim rokrocznie musiał przewodzić. Do najgorszych obowiązków należał obchód wszystkich stoisk w Głównej Świątyni Targowej oraz rytualny zakup, którego był zobowiązany dokonać. Hałas, ścisk i ciężar paradnych szat czyniły tę konieczność prawdziwą udręką. Zazwyczaj najwięcej czasu spędzał przy gablotach z antykami, jednak czasami, doprowadzony do rozpaczy całą tą paradą, chwytał pierwszy lepszy produkt i nawet na niego nie spojrzawszy, odnosił do kasy tylko po to, aby skrócić mękę ceremonii. Z biegiem lat postępował tak coraz częściej.

Jedyną pociechę w nieszczęściu stanowiła wspaniała architektura Świątyni i niepowtarzalny klimat jej wnętrz. Poza kilkoma dniami świąt Główny Hierarcha nie miał zbyt wielu okazji odwiedzać najwspanialszego przybytku we Wszystkich Światach. Za duża liczba wyznawców przychodziła tutaj, aby dokonać Corocznego Zakupu Luksusowego lub Cyklicznego Kupna Sprzętu. Główna Świątynia Targowa uchodziła za miejsce błogosławione i cudowne. Wiele ubogich rodzin oszczędzało przez lata, żeby wreszcie móc wybrać się tam na zakupy, a później szczycić się tym z zupełną słusznością. Niektórzy odbywali nawet w tym celu karkołomne podróże przez cały znany kosmos. Wizytom w Świątyni najbardziej sprzyjał okres Świąt Wielkich Dni z ich rytualną pielgrzymką. Wtedy zjeżdżały tu rzesze łatwowiernych prostaczków z najodleglejszych kolonii, którzy z płaczem wzruszenia padali na kolana na sam widok wyniosłej białej budowli. W powszednim okresie w przybytku również nie brakowało klientów, gdyż prawdziwi bogacze oraz ci, którzy usilnie starali się za nich uchodzić, tradycyjnie załatwiali tutaj codzie