Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 82

– Wobec tego śmierć może nienawidzić swojego nosiciela, świadomie go niszczyć, krzywdzić, pastwić się nad nim… – powiedział Luke. – Pan uważa, że to śmierć kieruje naszym losem? Nic więcej?

– Oczywiście! Śmierć rozwija się wraz z żywicielem. Im inteligentniejszy, głębszy psychicznie żywiciel, tym lepiej i szybciej rozwija się śmierć. W pewnych przypadkach może znacznie go przerosnąć, osiągnąć wyższy poziom, bazując, rzecz jasna, na jego osobowości. A wtedy, prędzej czy później, zacznie szukać sposobu ucieczki na wolność. Wie pan, czemu większość artystów, ludzi obdarzonych talentem, jest taka zagubiona, niedostosowana? Skąd brak akceptacji i miłości, ucieczki w alkohol i narkotyki? Ich śmierci są po prostu lepsze od nich. Męczą się jak w więzieniu. Pańska na przykład jest bardzo wysokich lotów. I mocno już zmęczona. O wiele pana przewyższa, panie Carven.

Luke'a przenikało zimno. Był całkiem bezwolny. Nie mógł wstać i wyjść. Musiał tu siedzieć skuty magnetycznym wzrokiem tego przedziwnego wariata i słuchać, co tamten ma do powiedzenia o śmierci. Nawet nie miał pewności, czy nie rozmawia z samym sobą. Zdobył się na heroiczny wysiłek.

– Ta rozmowa staje się coraz bardziej…

– Interesująca? – intruz przerwał mu w pół słowa. – Ma pan rację. Z każdą minutą napięcie rośnie. Wie pan, że charakter człowieka zależy od charakteru zamieszkującej go śmierci?

– Śmierć jako dusza – powiedział Luke. – Agonia przez całe życie. To by się nawet zgadzało.

Spokojnie, myślał, to tylko prochy. Nabrałem się za dużo, wypiłem za dużo i teraz wariuję. Zamknął oczy w nadziei, że gdy je otworzy, nieznajomy zniknie. Ale nie zniknął. Uśmiechał się jakoś zjadliwie.

– Już niedługo przekona się pan, że to, co mówię, jest prawdą. Myślał pan kiedyś, czemu umierają niemowlęta i małe dzieci? To proste. Najczęściej noszą niedopasowane śmierci. Albo zwyczajnie wredne, które wykorzystują ich słabość. Ale zdarza się też, że w przypadku dzieci nieprzeciętnych, obdarzonych ogromnie bogatym wnętrzem i wyobraźnią, znacznie wrażliwszych od i

Luke czuł się coraz gorzej. Głęboko pod mostkiem obudził się promieniujący ból, jakby upiorna ręka w jego wnętrzu zaczęła szarpać go pazurami. Skulił się i przycisnął obie dłonie do piersi. Głos nieznajomego dochodził do niego odległy i brzękliwy. Słyszał słowa, ale ich nie rozumiał.

– Tak się składa, że jestem sąsiadem pańskiego synka. To świetny dzieciak. Nad wiek rozwinięty. Wyrósłby pewnie na wspaniałego człowieka. Znamy się od dawna. Wiem wiele o Da

Nieznajomy wymownie zerknął na zegarek. Luke patrzył na niego nieprzytomnie. Na pierwszą wzmiankę o synu drgnął, a potem zamarł, próbując łowić poprzez mgłę wizerunek twarzy mówiącego. Mimo wysiłku czuł, że odpływa.

– No cóż, zrobiło się późno. Było mi bardzo miło poznać pana osobiście. Podziwiam pana od dawna. No i Da

Luke z trudem łapał oddech. Wydawało mu się, że rozpada się na poszczególne atomy, że ktoś łamie mu wszystkie kości i jednocześnie wbija w głowę rozpalone druty.

Drobna, wilgotna dłoń zacisnęła się na jego ramieniu.

– I proszę na siebie uważać, panie Carven. Bardzo źle pan wygląda.

Luke powoli osuwał się w ciemność.

Udało mu się wrócić do domu tylko dlatego, że barman zamówił dla niego taksówkę. Na dworze poczuł się lepiej, ból przestał być taki rwący. Wysiadł przed frontem kamienicy, w której mieszkał; starej, dość zaniedbanej, z mnóstwem zabawnych ozdób na fasadzie, pyzatych puttów i koszy z kwiatami. Na schodach znowu poczuł się fatalnie. Miał dreszcze, mdłości i zawroty głowy. Chciał tylko położyć się i odpocząć. Da

Wszedł do mieszkania i zapalił światło, które natychmiast wrzasnęło mu prosto w twarz, tak gwałtownie, że aż przymrużył powieki.

Duża biała koperta, której na pewno nie było tam, gdy wychodził, stała na biurku, oparta o puszkę po piwie. Na jej widok zawyło w nim przerażenie. Na miękkich nogach podszedł do biurka. Sięgnął po kopertę i chwilę obracał ją w drżących palcach. Nerwowo rozdzierał papier. Coś ciemnego i żywego obiło się o jego rękę i z bzyczeniem pacnęło o blat.

– Chryste, co to jest? – jęknął Luke.

To była mucha. Lśniąca zielonkawo, tłusta mucha, która niemrawo pełzała wśród papierów zaścielających biurko. Luke patrzył na nią, a tymczasem jego serce pękało i kamieniało. Palcami twardymi jak stal wyciągnął z koperty kartkę. Jego oczy zarejestrowały cztery słowa: „Niech pan włączy telewizor". I to wszystko. Poza tym papier był czysty.

Maszyna jego ciała zareagowała na polecenie. Dłoń odnalazła na biurku pilota i nacisnęła guzik. Na ekranie poruszali się w pośpiechu jacyś ludzie, jeździły auta, widać było dym i płomienie. Głos spikerki mówił: „…katastrofa miała miejsce podczas startu. Nie ma szans, żeby ktokolwiek z 276 pasażerów lub członków załogi zdołał ocaleć… W tej chwili akcja gaszenia wraku trwa…".

Siedząca na rogu blatu mucha przestała właśnie czyścić sobie przednimi łapkami głowę tak energicznie, jakby pragnęła ją urwać. Nastroszyła skrzydełka i z głośnym bzyczeniem poderwała się do absurdalnego, właściwego wszystkim muchom tańca wokół lampy na suficie.

Schizma

To opowiadanie zrodziło się z żartu. Jechałam autobusem z moim przyjacielem Robertem i przez okno zobaczyliśmy wielki, nowy wtedy szyld „Megastor". Jakoś tak przyszło nam do głowy, że czytane z polskim akcentem słowo brzmi niczym imię średniowiecznego świętego. Potem to skojarzenie doprowadziło do powstania Wielkiej Świątyni Handlowej i całego opowiadania, które, w konkluzji, nie jest jednak humoreską.

Akolita Silwanus z rozpaczą spojrzał na trzecią kanapkę. Sos wyciekający spomiędzy dwóch grubych plastrów mięsa kapał na serwetkę. Silwanus poczuł podchodzącą do gardła falę obrzydzenia. Jeśli spróbuje ją zjeść, z pewnością zwymiotuje. W ten sposób zmarnuje cały wysiłek, jaki włożył w zjedzenie dwóch poprzednich i obfitego śniadania. Westchnął ciężko. Ciekawe, czy świątobliwy Augustus też przeżywał podobne dylematy? Z całą żarliwością swoich dwudziestu jeden lat Silwanus uważał, że Augustus powinien niezwłocznie zostać Uświetniony. Ponieważ akolita pełnił funkcję sekretarza Jego Jasności Herminiusa Revona, wiedział, że wniosek taki już wpłynął do kancelarii. Jednakże Jego Jasność, jak dotąd, niczego w tym względzie nie zrobił. Silwanus nie potrafił tego zrozumieć. Pełne wyrzeczeń życie i złożona z niego ofiara jako ukoronowanie cnotliwych wysiłków nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości co do Świetności Augustusa. Codzie