Страница 75 из 76
Alvaro Diogo, który również wyraził zdziwienie z powodu trwającej już trzy dni nieobecności Baltazara, przy kolacji opowiedział szczegółowo o tym, kto już przyjechał, a kto jeszcze nie, królowa wraz z księżniczką Maria
Tej nocy spała w domu. Po przebudzeniu zapomniała zjeść codzie
Nastał wreszcie ów sławetny, pamiętny po wsze czasy dzień dwudziestego drugiego października roku pańskiego tysiąc siedemset trzydziestego, w którym król Jan V kończy czterdzieści jeden lat i bierze udział w poświęceniu najcudowniejszej budowli, jaką kiedykolwiek wzniesiono w Portugalii, wprawdzie jeszcze nie wykończonej, ale poznać pana po cholewach. Trudno wprost opisać tyle wspaniałości, Alvaro Diogo nie wszystko zobaczył, a Ines Antoninie wszystko się poplątało, Blimunda poszła z nimi, bo tak wypadało, ale sama nie bardzo wiedziała, co się wokół dzieje. Wyszli z domu o czwartej rano, żeby zająć dobre miejsce na placu, o piątej, przy blasku pochodni uformowało się wojsko, później zaczęło świtać, piękny dzień, proszę państwa, Pan Bóg dba o swoje sprawy, teraz już widać wspaniały tron patriarchy ustawiony na lewo od portyku, z dwoma krzesłami po bokach i karmazynowym aksamitnym baldachimem zdobnym złotem, ziemia usłana jest dywanami, coś wspaniałego, na podręcznym stole kropielnica z kropidłem oraz i
Zaraz wracam, powiedziała Blimunda do szwagierki. Zeszła do opustoszałej osady. Niektórzy mieszkańcy tak się spieszyli, że pozostawiali otwarte furtki i drzwi. Nie dymiło się z żadnego komina. Blimunda weszła do komórki, wzięła derkę i sakwę, potem z domu zabrała trochę jedzenia, drewnianą miskę, łyżkę oraz parę ubrań swoich i Baltazara. Włożyła wszystko do sakwy i wyszła. Zapadał zmierzch, ale teraz nie bała się już nocnych ciemności, żadne bowiem nie dorównywały tym, jakie panowały w jej duszy.
Blimunda szukała Baltazara przez dziewięć lat. Poznała kurz i błoto wszystkich dróg, stąpała po ostrych kamieniach, miękkim piasku i trzeszczącej pod nogami twardej grudzie, z dwóch zamieci śnieżnych wyszła żywa tylko dlatego, że jeszcze nie chciała umierać. Słońce tak ją spaliło, że wyglądała niczym gałąź wyciągnięta z ogniska na chwilę przed całkowitym zwęgleniem, jej poorana zmarszczkami twarz przypominała popękany owoc, toteż gdy szła przez pola, można ją było wziąć za stracha na wróble, w osadach brano ją za zjawę, a w zapadłych wioskach i odludnych folwarkach budziła prawdziwy lęk. Wszędzie pytała, czy ktoś przypadkiem nie widział mężczyzny o takim a takim wyglądzie, bez lewej ręki, postawnego niczym gwardzista królewski i ze szpakowatą brodą, którą być może zgolił, ale w każdym razie jest to twarz, której się nie zapomina, przynajmniej ja nie zapomniałam, może iść traktem lub polną ścieżką, jak wszyscy ludzie, ale równie dobrze może spaść z góry na ptaku z żelaza i wikliny, z czarnym żaglem, żółtymi bursztynowymi gałkami i dwiema matowymi metalowymi kulami zawierającymi największą tajemnicę świata, lecz nawet jeśli z tego ptaka i z mężczyzny zostały tylko szczątki, zaprowadźcie mnie tam, ja je rozpoznam, wystarczy mi dotknąć ręką, nie potrzebuję nawet patrzeć. Traktowali ją jak wariatkę, ale gdy zatrzymywała się gdzieś na dłużej, wszystko i