Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 76

Przez cały dzień Baltazara nawiedzały wątpliwości, czy rzeczywiście cała ta rozmowa miała miejsce, czy może był to tylko sen, albo po prostu Blimundzie to się przyśniło. Patrzył na wielkie zwierzęta, jeszcze nie poćwiartowane, wiszące na hakach, wytężał wzrok i nie widział nic ponad obdarte ze skóry, sine, nieprzezroczyste mięso, a kiedy rozłożone na ladzie kawałki i porcje rzucano na wagę, uświadomił sobie, że dar Blimundy jest bardziej karą niż nagrodą, wnętrze bowiem tych zwierząt rzeczywiście nie cieszyło oczu, podobnie jak nie cieszyłby widok wnętrza tych, którzy przychodzą po mięso, ani tych, którzy je sprzedają, krają czy też noszą, tak jak to robi Baltazar. Zresztą na wojnie widział to samo, co tu, bo żeby sprawdzić, co jest w środku, zawsze konieczny jest topór lub pocisk armatni, siekiera lub klinga szabli, nóż lub kula, które rozrywają delikatną skórę, co jest znacznie boleśniejsze od utraty dziewictwa, obnażają kości i kiszki, lecz tą krwią nie warto się żegnać, nie zwiastuje bowiem życia, ale śmierć. Wszystkie te myśli są chaotyczne, same by to przyznały, gdyby je uporządkować i oczyścić z uboczności, nawet nie warto pytać, O czym myślisz, Baltazarze, ponieważ odpowiedziałby z pełnym przekonaniem, O niczym, a jednak myślał o tym wszystkim i jeszcze o i

Ani jedno, ani drugie nie spało tej nocy. Rozwidniło się, a oni dalej leżeli, Baltazar wstał tylko na chwilę, żeby zjeść trochę zimnych skwarków i wypić kubek wina, potem znów się położył, Blimunda zaś leżała spokojnie z zamkniętymi oczami przedłużając post, aby wyostrzyły się lancety jej oczu, aby były jak najcieńsze sztylety, bo kiedy wreszcie ujrzy światło słoneczne, ma widzieć, a nie zwyczajnie patrzeć, jak to robią ci, którzy choć mają oczy, są jednak w pewnym sensie ślepi. Minął ranek, przyszła pora obiadu i Blimunda wreszcie wstała, powieki ma spuszczone, Baltazar zjadł drugi posiłek, ona zaś, by widzieć, musi być na czczo, jemu i tak na nic by to się zdało, wychodzą z domu, dzień jest tak pogodny, że aż nie pasuje do sytuacji, Blimunda idzie przodem, Baltazar za nią, tak aby go nie widziała, ale żeby słyszał, kiedy będzie mówić o tym, co widzi.

Ona zaś mówi, Ta kobieta, która siedzi na schodku przy drzwiach, ma w brzuchu dziecko płci męskiej, ale chłopiec ma szyję dwukrotnie owiniętą pępowiną, może równie dobrze przeżyć, jak i umrzeć, tego nie wiem, a ta ziemia, po której idziemy, z wierzchu jest pokryta czerwoną gliną, pod nią jest biały piasek, dalej czarny piasek, później żwir, a na samym dnie jest granitowy kamień, w którym jest duże zagłębienie wypełnione wodą, a w nim szkielet ryby większej ode mnie, ten staruszek, który przeszedł, podobnie jak ja ma pusty żołądek, ale w przeciwieństwie do mnie traci wzrok, a znów ten młody mężczyzna, który na mnie spojrzał, ma członek zżarty przez chorobę weneryczną, ropiejący, zawinięty w szmaty, a mimo wszystko uśmiecha się, to męska próżność kazała mu spojrzeć na mnie i uśmiechnąć się, obyś tylko ty, Baltazarze, nie ulegał podobnej próżności i obyś zawsze zbliżał się do mnie czysty, a tam znów idzie zako

Teraz i my sami otwórzmy szeroko oczy, bo nadszedł czas, żeby popatrzeć na infanta Franciszka, który z wychodzącego prosto na Tag pałacowego okna mierzy z fuzji do marynarzy znajdujących się na rejach statków tylko po to, by udowodnić, jak dobrze celuje, i gdy trafia, krwawiący ludzie spadają na pokład, częstokroć już martwi, gdy zaś chybia, to i tak łamią sobie kości, infant klaszcze więc z niepohamowanej uciechy, a służba tymczasem ponownie ładuje broń, może nawet któryś ze służących ma brata wśród tych marynarzy, ale z tej odległości zew krwi jest niesłyszalny, kolejny strzał, kolejny krzyk i upadek, bosman jednak nie ośmiela się kazać zejść marynarzom, by nie rozgniewać jego wysokości, a poza tym, bez względu na straty w ludziach, manewr musi być wykonany, ale mówiąc, że się nie ośmiela, zachowujemy się jak naiwny obserwator patrzący na wszystko z oddali, bo z pewnością nawet nie zaświta mu w głowie choćby taka oto zwykła ludzka myśl, Ten skurwysyn strzela do moich marynarzy, a morze unosi ich ciała w nowe podróże odkrywcze do odkrytych już Indii lub Brazylii, toteż zamiast tego rozkazuje szorować pokład, trudno doprawdy coś tu jeszcze dodać, powtarzanie w kółko tego samego staje się w końcu nudne, jeśli bowiem marynarz ma zostać trafiony kulą francuskiego korsarza poza zalewem Tagu, to lepiej, żeby został trafiony tutaj, bo ra