Страница 7 из 82
Tylko do Brionii matka nigdy nie zabierała jej ze sobą, nawet w targowy dzień, kiedy z całej okolicy ściągały wieśniaczki z koszami fig, oliwek, sera i cebuli, a w przystani było gęsto od rybackich łodzi. Dlatego Sirocco długo nie poznała żadnej z nałożnic, które zastąpiły jej matkę w komnatach maga, ani nie widziała pałacu, strzeżonego przez kamie
W sali posłuchań mag uniósł jej brodę.
– Jest moja – powiedział Alhardo. Miał oczy błękitne jak zatoka w letnie popołudnie. Takie same, jak Sirocco. Znamię magów. – I urodzi synów.
– Gwiazdy są tego pewne – oznajmił uroczyście staruszek w fioletowej szacie i birecie obszytym futerkiem kreta. Pałacowy astrolog, jak miała się później dowiedzieć.
– Lepiej, żeby tak było – rzekł cierpko książę i na tym zakończono posłuchanie.
Później nie wzywał jej często z pustelni przy miejskim murze. Sirocco również nie tęskniła za ojcem, choć, jak jej skrupulatnie wytłumaczono, Alhardo był jednym z najpotężniejszych magów Półwyspu i od dziewięćdziesięciu czterech lat władał z Brionii północnym wybrzeżem, aż po Passo dei Lupi na krańcu świata. Przełęcz stanowiła krawędź ludzkiego poznania. Za nią rozciągała się jedynie dzika połać Monti Serpillini, gdzie nie mieszkał nikt prócz streg i demonów, zbiegłych z pracowni magów, lecz wciąż niezdolnych wyzwolić się spod czterech elementów, z którymi je zmieszano. Tam też lęgło się ich potomstwo, dzikie, potworne rasy bezgłowych Ambarytów, Sciapodów o stopie tak olbrzymiej, że nakrywają się nią do snu i Cynocefalitów o głowach psów, którzy nocami zamieniają się w wilkołaki i zbiegają przez Passo dei Lupi ku ludzkim wioskom.
I stamtąd zszedł Duilio di Monti Serpillini, by ubiegłej nocy zabić ojca Sirocco.
Maleńki, rdzawy timbrador zaśpiewał krótką złamaną turę fletów i Sirocco ocknęła się z zamyślenia. Otwarła na roścież oba okna i zaczęła odryglowywać woliery, uwalniać po kolei niepozorne lizardy, kosy, krogulce, kobuzy, zielone aleksandretty, czyżyki, gile, sójki, dzwońce, zięby, czeczotki, rajskie ptaki o złoto-zielonych lotkach, a także wiele, wiele i
Na kopułach świątyń i klasztorów kładł się różowawy blask słońca, nie pozostało jej, więc wiele czasu. W stercie ksiąg, zwojów i luźnych kart odszukała mapy nieba, wykreślone przez Alharda i sły
Okręciła mapy nawoskowanym płótnem i wrzuciła je do sakwy, pomiędzy kilka zeschłych zeszłorocznych jabłek, owsiane placki, bukłak z winem matki i ulubiony flet z jaworowego drewna. Później owinęła się siwym wełnianym płaszczem i wybiegła z pałacu. Kiedy wędrowała pustymi ulicami miasta, kerubowie tańczyli nad jej głową.
Płaskorzeźby Monastero delle Zodiaco rozmyły się i spłynęły na ziemię po ucieczce demonów, pozostawiwszy surową fasadę z szarego granitu. Kołatki też nie było, Sirocco musiała, więc gołą dłonią zastukać w furtę. Nie otwarto jej. Pomiędzy ciężkimi żelaznymi sztabami przeziernika zobaczyła jedynie obrys szpiczastego kaptura.
– Nie dostaniesz azylu – dobiegł ją starczy głos Pietra delia Luna, przeora eremu i doradcy jej ojca. – Nic nieczystego nie ma wstępu w te mury.
– Chcę konia. Chcę najszybszego z waszych wierzchowców.
– Zamierzasz uciec przed Duiliem? – Pietro zaniósł się skrzekliwym śmiechem. – Nikt nigdy nie zdołał uciec przed czarodziejem, głupia.
– Ale mogę spróbować.
Wyjechała z Brionii na białym dzianecie i z timbradorem na ramieniu. Miasto wciąż trwało w bezruchu. Milczały dzwony świątyń i klasztorów. Chłodnego powietrza nie mąciła woń świeżego chleba, rozgrzanej oliwy czy fasoli. Nad dachami nie unosiło się ani pasemko dymu. Za zaryglowanymi wrotami mieszczanie trwożliwie oczekiwali nadejścia Duilia i jedynie drobinki kurzu wirowały w świetle poranka nad gościńcem.
Sirocco nigdy nie wyjeżdżała dalej niż na letnie pastwiska i nie wiedziała, dokąd skierować konia. Demony nadciągały jednak od strony Valle delle Lacrime, popędziła, więc nadmorskim traktem na wschód, ku pozostałym pięciu miastom Costa dei Gabbiani.
Za jej plecami przypory świątyni Alharda zadygotały, a cegły jęły zsuwać się z żebrowania, kiedy najwspanialszy z serafów Brionii rozprostował skrzydła, dotychczas stulone w strzelisty kształt katedry. Demon wydał przenikliwy okrzyk triumfu i uleciał w górę. Sklepienie rozpękło się przed nim jak skorupka jajka.
Żadne z pięciu miast Costa dei Gabbiani nie otworzyło przed Sirocco bram i zrozumiała, że na całym Półwyspie nie znajdzie maga, chętnego udzielić schronienia córce Alharda i stoczyć walkę z Duiliem di Monti Serpillini. Powędrowała, więc dalej pasterskimi ścieżkami, które niczym nagrzane słońcem białe węże wiły się pomiędzy wapie
Aż pewnej letniej nocy płowe górskie wilki rozszarpały jej wierzchowca. Padał deszcz. Ukryta w gałęziach akacji, Sirocco długo słuchała krzyków konia. Rankiem powędrowała dalej. Zanim zeszła w dół, ku wybrzeżu, kolczaste zarośla poszarpały jej płaszcz, a ciernie pokaleczyły stopy. O zmierzchu na brzegu zatoki znalazła rybacką łódź, wciągniętą wysoko i zarytą pomiędzy drobne białe kamienie. Kiedy mozolnie spychała ją na wodę, usłyszała za plecami lekki szmer.
Rybak miał wytartą skórzaną opończę i ogorzałą twarz, która pod nasuniętym na twarz kapturem wydawała się niemal czarna.
– Zostawiłabym zapłatę. – Na otwartej dłoni wyciągnęła ku niemu cztery błyszczące monety.