Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 65 из 82

Wyposażenie alkowy wydało mu się ubogie, nieomal klasztorne. Jedna z nóg łoża odpadła i zastąpiono ją naprędce ociosanym kawałkiem drewna. Kapa, którą je zaścielono, niegdyś zapewne błękitno-purpurowa, zetlała i straciła barwę. Tynk ze ścian osypywał się, odsłaniając gołe kamienie. Na pulpicie leżał płat pergaminu, a w otwartej skrzyni pod oknem fra Gioele dostrzegł kilka ksiąg oprawnych w tłoczoną skórę. Poza nimi nic jednak nie znamionowało bogactwa. Przeciwnie. Na sznurze, przeciągniętym od okie

Mnich podszedł jeszcze bliżej, z rosnącym zakłopotaniem przyjmując kolejne oznaki ubóstwa. Wcześniej nie przeszło mu przez myśl, że mistrzowi Benilde doskwierał tak dotkliwy niedostatek. Alchemik nie zwykł się skarżyć i podczas ich niedzielnych spotkań zawsze wyskrobał kilka monet na dzban porzeczkowego wina. O i

– Mistrzu? – odezwał się łagodniej, kładąc dłoń na ramieniu alchemika. – Ocknijcie się wreszcie.

I zaraz cofnął się z przestrachem, wyczuwszy pod palcami zimne, tężejące już ciało.

Mistrz Benilde nie żył.

Ogień wygasł, lecz węgle żarzyły się wciąż słabo w kominie. Fra Gioele siedział nieruchomo na podnóżku, trzymając między złożonymi dłońmi zimną rękę alchemika. W komnacie robiło się coraz chłodniej, oddech ulatywał z ust białym obłoczkiem, grabiały wargi szepczące modlitwy. Było niezmiernie cicho. Słyszał tylko miarowe kapanie kropli do miski na schodach.

Nie mógł zdecydować, co zrobić.

Nie lękał się, że zostanie oskarżony o niepowodzenie misji: alchemik umarł i nikt nie zawinił. Coś jednak mówiło mu, że szachinszach nie uzna śmierci maga za wystarczający powód, by odstąpić od oblężenia. A kiedy mieszkańcy Askalonu się tego domyślą, zechcą odciąć mistrzowi Benilde głowę i podarować ją władcy Arimaspi, aby mógł obnosić ją przed sobą, jak głowy ośmiu czarnoksiężników, którzy poprzednio odważyli się stanąć na jego drodze.

Dniało. Niedługo klasztorny dzwon wezwie mnichów na pora

Lecz w chwilę później przed oczami stanął mu i

Westchnął ciężko. Właściwie śmierć czarnoksiężnika nie zmieniała zbyt wiele, trudno było, bowiem uwierzyć, aby mistrz Benilde znał zaklęcia zdolne go ocalić podczas pojedynku z szachinszachem. Przez lata opat wyrobił sobie własne zdanie na temat magicznych zdolności alchemika, którego uważał za miernego w swym kunszcie i w gruncie rzeczy niegroźnego. Fra Gioele był niemal pewien, że wbrew wszelkim przechwałkom i zapewnieniom – obliczonym w większej części na zirytowanie mnicha – mag od dawna nie usiłował przywoływać żadnych demonów, a magiczne monstra, odziedziczone po poprzednikach, traktował jak nieco sprawniejszą odmianę sprzętów domowych. Może, dlatego pomimo wszelkich kłótni połączyła ich głęboka zażyłość dwóch starców, którzy pogodnie przeżywali ostatnie lata i nie oczekiwali zbyt wiele ani od losu, ani od współziomków. Obaj też dobrze wiedzieli, że w Askalonie, obróconym w ruinę przez niepomnych na nic hierofantów, nie potrzebowano prawdziwej magii, tylko odrobiny spokoju. I miasto ofiarowało go hojnie wśród rozleniwiającej ciszy słonecznych, jesie

Mnich zdał sobie nagle sprawę, że nigdy nie zapytał alchemika o jego rodzi

W oddali uderzył dzwon, ale nie ten sam, który co rano wzywał mnichów do kaplicy. Wraz z pierwszymi promieniami słońca Arimaspi rozpoczynali modły i nawet we wnętrzu wieży alchemika mnich słyszał przeciągłe głosy ich kapłanów.

Sam również zmówił krótką modlitwę. Potem zdjął opończę, która przez noc przeschła już po deszczu, i owinął nią zimne ciało alchemika. Miał nadzieję, że mistrz Benilde, gdziekolwiek się znalazł, nie będzie mu miał za złe tego, co zamierzał uczynić. Ściągnął zako

Było pusto. Nie spotkał żywej duszy nawet na rynku przed Palazzo Forti, choć zwykle o tej porze przekupnie rozłożyli już kramy i pokrzepiali się cienkim winem przed nadejściem pierwszych kupujących. Czasami miał wrażenie, że w zaułku mignęła mu czyjaś sylwetka i skryła się pospiesznie w mrocznej bramie. Nie zdziwił się tym nadmiernie. Przy Porta dei Grifoni stało czterech strażników, wytypowanych naprędce spośród miejskiej milicji, która miała w nocy strzec murów na wypadek niespodzianego ataku Arimaspi. W poobijanych morionach i pancerzach, które, niedopasowane, grzechotały przy każdym ruchu, wyglądali dziwnie żałośnie. Pozdrowił ich lekkim skinieniem głowy, bo nie chciał zdradzić się głosem, lecz tylko odwrócili się i szybko zaczęli zdejmować z wrót żelazne sztaby. Dopiero, kiedy mnich wszedł do bramy, ktoś zawołał za nim lękliwie:

– Niech wam Najwyższy błogosławi!

Fra Gioele nie obejrzał się. Zrobił jeszcze kilka kroków i z mrocznego wnętrza bramy wyszedł na most. Wstawało słońce, znacząc na pomarańczowo brzuchy chmur, a na łące przed miastem było całkiem jasno.

– Nie spodziewałem się, że przyjdziesz, czarnoksiężniku – powiedział szachinszach.

Władca Arimaspi siedział w siodle wyprostowany jak struna. Jego twarz zasłaniał czerwony zawój, a rumak czekał pod nim nieruchomo, niczym rzeźba odlana z białego metalu. Obok, na skraju błonia, stali w dwóch rzędach heroldzi, trzymając w dłoniach włócznie, do których za włosy przyczepiono poczerniałe głowy pokonanych magów. W opuchłych twarzach trudno było rozpoznać ludzkie rysy, ale mnich wzdrygnął się na podobne barbarzyństwo.