Страница 31 из 82
Miał nadzieję, że nastąpi to niebawem, bo i tak nie miał z niej żadnej pociechy. Pytana, mamrotała coś w odpowiedzi bezzębnymi ustami, śliniąc się i postękując jak niemowlę. Skryba nie rozumiał ani słowa. Nie starał się zresztą rozumieć, bo zawczasu wiedział, jak należy napisać, aby jego dzieło stało się pokrzepieniem dla braci w tych ciemnych czasach, dopóki ostatni z czarodziejów nie zniknie z Półwyspu i nie spłonie ostatnia magiczna księga. Luana, ta żywa, nie była mu do niczego potrzebna. Nie mógł jednak tego wyznać, nie w Brionii, która była kolebką i świadkiem jej cudów.
Pochodził z nadmorskiego klasztoru, z południowego krańca Costa dei Gabbiani. Rodziców zabrało morze, a krewni, ubodzy jak klasztorne myszy, postanowili go oddać na wychowanie szarym braciom. Nie było w tym złej woli – w czasach, które nastały po zagładzie Principi dell'Arazzo, klasztory padały ofiarą rozszalałych demonów znacznie rzadziej niż rybackie wioski.
Wspólnota była maleńka, niechętna obcym i dobrze ukryta pomiędzy wapie
Na Costa dei Gabbiani było kilkadziesiąt takich klasztorów i właśnie one stały się zarzewiem zmiany, która przez ostatni wiek przeobraziła oblicze Półwyspu.
Jeszcze nie, pomyślał mnich, obracając się ku staruszce. Jeszcze nie dosyć uczyniono. Czarnoksiężnicy wciąż siedzą w swoich wieżach i panują nad miastami, a pomimo wszelkich przysiąg żaden z nich nie ukorzył się prawdziwie przed Panem. Zgorszenie jest podstępne, wciąż rzeźbi nowe ścieżki w twardej skale wiary. Są południowe opactwa, gdzie mnisi starej reguły nadal wyliczają szlaki pośród gwiazd i przepisują kodeksy pełne zaklęć. Jest klasztor świętego Sirona, gdzie udzielono schronienia synowi czarnoksiężnika, aby sączył powolny jad w nasze modlitwy. Jest wreszcie to miejsce, centralny punkt dawnych legend i zakazanej magii.
Potrzeba nam wiele czasu, aby zniszczyć to wszystko.
W nocy ogromna cytadela Brionii była dziwnym miejscem, pełnym szeptów i drżących cieni. Odgłosy niosły się po opustoszałych korytarzach, budząc zmie
Nocą po cytadeli przechadzały się demony i żaden z gości Rocca di Brionia nie odważył się wychylić nosa poza drzwi gości
Niekiedy zaś wśród tych wszystkich skrzypów i szelestów rozlegał się płacz dziecka.
Izba. była ciasna, nie więcej niż cztery kroki wzdłuż każdej ściany. Dwa boki zamknięto kratami – jedna z nich wychodziła na korytarz, druga zaś na krużganek jednego z wielu wewnętrznych dziedzińców. Obie też zostały zatrzaśnięte na głucho; Rocco przekręcił klucz, po czym odszedł, pogwizdując pod nosem ulubioną pieśń. Kiedy jego kroki przycichły w oddali, salamandra w jedynej latarence, którą pozostawiono na korytarzu, wypuściła z nozdrzy kłębek dymu i zwinęła się do snu. Golem z piaskowca zastygł na straży pod kratą, czujnie nasłuchując odgłosów ze środka. Płacz mu nie przeszkadzał, w przeciwieństwie do inkantacji wypowiadanej wciąż od nowa, lecz nieodmie
Chłopiec skulił się przy murze. Dygotał, na próżno usiłując powstrzymać łkanie. Dawno już przestał błagać golema, aby go wypuścił. Monstrum miało wprawdzie dość siły, aby roztrzaskać kratę, ale nie słuchało nikogo, prócz swego stwórcy. Nie bez przyczyny ojciec spomiędzy wszystkich potworów naznaczył właśnie owo bezmyślne, niestrudzone stworzenie, odporne zarówno na błagania, jak i groźby. Golem nie potrafił nawet pojąć, że uczyniono go wyłącznie po to, aby służył za strażnika synowi władcy, a jeśli chłopiec poprawnie wypowie zaklęcie, znikną cel i przyczyna istnienia potwora. Rocco był ostrożny i nigdy nie wystawiał swoich stworzeń na pokusę. Monstrum rozsypie się w pył, a uwolniony demon odleci wysoko ponad gwiazdy i nikt nie będzie próbował go zatrzymać. Niektóre prawa są niezmie
Złośliwi szeptali, że owa zapobiegliwość jest najwyraźniejszym znakiem upadku Brionii, bo w czasach dawnej potęgi żaden demon nie zaatakowałby bezkarnie księcia-maga. Było w tym trochę prawdy. Od śmierci Severa przeminęło sześć pokoleń. Jego potomkowie rozplenili się bujnie i skoligacili z i
Nie przewidział wszakże, iż Diamante, jego własny syn, okaże się głupcem, niezdolnym opanować najprostszego z zaklęć.
Słoma zaszeleściła i chłopiec skulił się gwałtownie. Czasami ojciec odwiedzał go znienacka w środku nocy. Stawał pod kratą i niespostrzeżony, przysłuchiwał się nieudolnym inkantacjom syna, póki wściekłość nie opanowała go na nowo – wtedy smagał chłopca aż do krwi albo okładał go pięściami. Tym razem jednak z resztek sie