Страница 99 из 146
Podniósł przelotnie wzrok i ujrzał na skraju jaru skrzydłonia przyczajonego w kępie drzew. Nie zastanawiał się, jak ich Szarka z Morwą odnalazły, skinął im tylko posępnie głową i zawiesił nad ogniem czajnik. Odkąd odbili z Traganki, Twardokęsek widział dość, by nie pytać i nie myśleć zbyt wiele. Rudowłosa również nie była przesadnie rozmowna. Obracała w palcach drobny czarny kamyk, pogrążona we własnych myślach. Morwa wyciągnęła ku ogniu chude ramiona, poparzone i pokryte świeżymi zadrapaniami od malinowych kolców, jak gdyby chciała się ogrzać, choć dzień wstał pogodny i ciepły. Ten czy ów z żebraków zagadnął ją sprośnie, od pierwszego spojrzenia odgadnąwszy jej profesję, lecz bez nijakiego skutku. Zbójcy wydawało się, że chwilami dostrzega w jej obliczu rozgoryczenie i złość.
Wreszcie przybiegła do nich wiedźma, radosna i roześmiana niby psiak, zupełnie jakby w jej pamięci całkiem zatarł się ślad po wypadkach wczorajszej nocy. Sypnęła na war garść wyproszonego u żebraków krwawie
– Niewiele tego – mruknęła. – Ale sakwa z jadłem mi w zamieszaniu przepadła, przyjdzie więc zadowolić się tym, co jest.
Morwa podniosła głowę. Skołtunione włosy opadły jej do tyłu, odsłaniając postarzałą nagle, porytą zmarszczkami twarz.
– Co z was za ludzie? – odezwała się urywanym głosem. – Kto ona jest? – wymierzyła w Szarkę brudny palec o czarnym, ułamanym paznokciu. – Człek nam drogę na trakcie zastąpił, to łeb mu rozszczepiła, bez zwłoki żadnej, bez żalu. Jeszcze drgać nie przestał, a kubrak na nim przetrząsnęła. Co z was za ludzie, pytam? – powtórzyła, wpatrując się tym razem w zbójcę.
– Szkoda, że golec był – wtrąciła Szarka – bez sakiewki nawet. Tyle że strawy miał trochę i kabat z niego zdarłam, bo nasze okopcone, a obwieś wydał mi się twego wzrostu, Twardokęsek. A ty – zwróciła się ku dziwce i jej spojrzenie stwardniało – zastanów się, czy aby z czystej przychylności człek ów z kiścieniem dwie samotne niewiasty na trakcie witał.
– Tylko pożoga wokół was i śmierć, nic więcej! – zaskowyczała w odpowiedzi Morwa.
Twardokęsek uczynił za jej plecami wymowny znak. Nie dziwiło go, że ladacznicy pomieszało się we łbie od wczorajszej rzezi. Wszak i jego strach zdejmował na samo wspomnienie, a był przecież lepiej obeznany z obyczajami Szarki i naturą wiedźmy.
Cebula chrupnęła w zębach jasnowłosej niewiastki. Dziwka przymrużyła oczy i spojrzała na nią z zapiekłą nienawiścią.
– A żebyś zdechła, niecnoto – wycedziła. – Żeby cię więcej święta ziemia nie nosiła. Jam, durna, myślała, żeś tylko kołowata, że na umyśle słabujesz, a ty jesteś przeklętnica parszywa, plugastwo ludziom i bogom obmierzłe. I pewnie samaś szczuraków sprowadziła, bo ci się juchy zachciało czerwonej.
Wiedźma aż się cofnęła, przerażona, a i Twardokęsek się wzdrygnął nieznacznie, taka zajadłość biła ze słów ladacznicy.
Twarz Szarki stężała. Gwałtownie odstawiła naczynie z krwawie
– Milczże, głupia – wysyczała do Morwy – bo dłużej twego skomlenia nie zdzierżę. Lepiej cię było, niedojdo, zostawić w ogniu na zatracenie, przynajmniej byś mi nie krakała jak wrona. Ale teraz zejdź mi z oczu, żebym nie dokończyła tego, co zaczęli szczuracy. A sama wiesz, że nie zadrży mi ręka.
Dziwka wydała z siebie jakiś stłumiony dźwięk, ni to szloch, ni protest. Zaraz wszakże cofnęła się z lękiem pomiędzy krze, zalegające na skrajach jaru, i okręciła resztkami lawendowego kubraczka. Dygotała. Z opuchniętych warg ściekała jej strużka śliny.
Jeden z żebraków krzyknął coś nagląco i zamachał ku wiedźmie. Szarka dała jej znak, żeby biegła do nowych znajomków.
– Nie wiem, czy to roztropne – zaczął z namysłem Twardokęsek, kiedy jasnowłosa oddaliła się na tyle, że nie mogła ułowić ich słów.
– Za dużo ona – wskazał brodą na Morwę – wie. Niech jutro wyjdzie na jaw, co szczuracy pobroili, a na każdym rogu powroźnicy będą wiedźm wypatrywać. Tymczasem myśmy tu obcy, przy tym szczęśliwie z gór zeszliśmy, choć wielu i
Szarka przysunęła się do ognia.
– Może i lepiej. Ale Morwa była nam życzliwa, a to rzadka rzecz, więc chciałabym jej odpłacić w tej samej monecie, póki mnie jeszcze stać. Jeśli nawet po pijanemu coś wygada, kto nas w ogromnym mieście odnajdzie? Jestem zmęczona – przyznała nieoczekiwanie.
– Ta noc przypomniała mi coś, o czym pragnę zapomnieć. Jadziołek przydreptał do nich niezgrabnym, rozkołysanym krokiem i skrzecząc z cicha, otarł się o cholewę wysokiego buta Szarki. Dziewczyna okręciła dłoń szmatką, by podrapać go po podgardlu. Raptem wydała się Twardokęskowi markotna i zniechęcona. Przyszedł mu na myśl klasztor Cion Cerena i słowa jasnowłosej niewiastki.
Nerwowo potarł opuchniętą skórę na brodzie.
– Naprawdę zwali cię niegdyś Szarka?
– Sharkah – poprawiła bezwiednie. – Tyle że to bardziej przekleństwo niźli imię. Widzisz, zbójco, rodziliśmy się razem z bratem. Ja wyszłam pierwsza, on się udusił. Czemu, jak łatwo wnosić, mało się radowano.
Zbójca nie zdziwił się. W Górach Żmijowych takoż nie świętowano narodzin dziewczynek i w co bardziej odludnych okolicach zdarzało się, że je matki wynosiły na pustkowie, by sczezły w maleńkości, nie narażając rodziców na kosztowne wiano.
Szarka tymczasem oparła brodę na kolanie i zapatrzyła się w wątłe płomyki, pełgające po gałęziach.
– Moi rodzice bardzo się miłowali – odezwała się po chwili. – Pewnie dlatego, że kraj wojna pustoszyła i czegoś się w tym zamęcie pragnęli uchwycić, więc chwycili się siebie. Właściwie byli zaledwie dwójką smarkaczy, tak samo jak i
Zbójca pokiwał głową. Góry Żmijowe takoż miały swe waśnie. Zaślubiny, które zamiast być początkiem pojednania, zamieniały się w krwawe rzezie. Znaczne rody do ostatniego człeka gorzały nocką we własnych domach, pod które podłożono ogień, zaparłszy wprzód drzwi i okna. Znał też kotlinki w lesie, gdzie podczas polowania nie tylko pokorne łanie dawały szyje pod nożem. Tak, pomiędzy Kopie
– I na cóż im wreszcie przyszło?
Szarka przymrużyła oczy.
– Kiedy jatki rozpoczęły się na dobre, najemnicy Dumenerga wywieźli matkę ze stołpu. I wtedy nas urodziła, oboje. Przed czasem i gdzieś w rowie. Z niebem jasno oświetlonym od płonącego zamku, bo w zamęcie rebelianci ogień zażegli. Rodziła pod tą łuną, buntownikom zemstę obiecując. I tam nadała mi imię.
– A wasz ojciec? – zapytał z nagłą łapczywością, świadom, że i w Szarce zeszła noc obudziła jakąś dziwną słabość i jeśli się dziś nie odważy, to być może już nigdy nie zdoła usłyszeć końca jej historii.