Страница 98 из 146
Zarzyczka przecząco pokręciła głową.
– I
Jej służka głośno wciągnęła powietrze i natychmiast nakryła usta dłonią, jak gdyby chciała powstrzymać nieostrożne słowa, zanim się wyrwą na swobodę. Jednakże życzenie żalnickiej księżniczki zdumiało i Marchię. Owszem, spośród wszystkich nieśmiertelnych mocy Krain Wewnętrznego Morza patron Spichrzy, Nur Nemrut ukryty w wyniosłej zwierciadlanej wieży pośrodku miasta, uchodził za najskuteczniejszego w sprawach wieszczych majaków, dusznych koszmarów i wszelkiego zła, jakie może poprzez sen nawiedzić śmiertelnika. Ale nawet zausznica Jasenki, choć nieuczona, wiedziała przecież, że Zird Zekrun pod straszliwymi klątwami zakazał czcić pozostałych bogów i wzywać ich w potrzebie na ratunek. Chodziły pogłoski, jakoby pan ciemnego Pomortu potrafił dostrzec przeniewierstwo, choćby na drugim krańcu świata. Podobno jeśli któryś z jego wyznawców uległ w obcej ziemi złudzeniu bezpieczeństwa i oddał się w opiekę i
– Pójdziesz do świątyni – nie zważając na ich oszołomienie, Zarzyczka dobyła spod lawendowej szaty skórzaną sakiewkę – i położysz grosiwo na ołtarzu, prosząc Śniącego o łaskę dla mnie.
Wcisnęła kiesę struchlałej Pomorzance. Niska kobieta ważyła ją przez chwilę w dłoni.
– Teraz? Toć noc późna.
– Bramy cytadeli zaparte i przed świtem ich nie otworzą – przyszła jej w sukurs Marchia. – Raczcie poczekać do rana, pani. Wtedy…
Księżniczka obróciła na nią chłodne spojrzenie brązowych oczu i wyprostowała się nieznacznie. Sięgała Marchii zaledwie do ramienia, ale z jej postawy biła jakaś szczególna pańska wyniosłość i nieprzystępność, której brakowało Jasence. Służąca urwała w pół zdania i zaczerwieniła się z lekka. Czuła się skarcona jak dziecko – tym dotkliwiej, że bez słów.
– Taka bystra dziewczyna, jak ty – zwróciła się do niej księżniczka – na pewno mimo straży umie wymknąć się do miasta. Służba ma swoje sposoby, czyż nie? W każdej twierdzy są furtki, którymi się wywozi nieczystości, i ukryte drzwiczki w murze, aby panowie po cichu sprowadzali sobie nierządnice. Czyżbyś dotąd nie zdążyła poznać takich przejść?
Zarzyczka mówiła na pozór łaskawie, lecz Marchia zlękła się nagle cierpkiej ironii, przebijającej z tej wypowiedzi. A może, pomyślała ze strachem, ona bardzo dobrze wie, po co mnie do niej posłano? W tej chwili nie miało to jednak żadnego znaczenia, tak jak i dalsze opieranie się księżniczce.
– Znam je – odparła, siląc się na spokój. – Zaraz przeprowadzę waszą służkę.
– A także jutro i pojutrze, jeśli będzie trzeba – uzupełniła Zarzyczka. – Bacz, aby powróciła bezpiecznie i aby nikt się nie dowiedział, a wynagrodzę cię sowicie.
Marchia pochyliła się w czołobitnym ukłonie i nie rozprostowała grzbietu, póki księżniczka nie opuściła komnaty. Wówczas jednak, wciąż kryjąc twarz w cieniu, pozwoliła sobie na szybki, drapieżny uśmieszek. Tajemnica żalnickiej księżniczki stanowiła towar, za który bez trudu wydobędzie z Jasenki tyle srebra, by starczyło na zajazd, a może i dobry szmat ziemi.
Niebo szybko stało się fiołkowe od pora
Rozległe błonia wokół Spichrzy migotały od ognisk pątników, przybyłych ze wszystkich stron na Żary. A że do święta zostały tylko dwie nocki, obozowano radośnie, pijąc wino i głośno wydzierając się pod murami.
Twardokęsek smętnie tarł resztki opalonej brody. Nie mógł spać. Nieusta
Wreszcie pozbierał się jakoś, dźwignął z ziemi i powlókł za sobą wiedźmę. Dziwna rzecz, ale o świcie cała magia opadła z niej bez śladu, jakby uszła wraz z nocnym mrokiem. Znów wydawała się jedynie nędznie odzianą, kościstą niewiastką, tyle że osmaloną i brudniejszą od chłopek, co z koszami pełnymi towaru ciągnęły na przedświąteczny targ. Oporządzili się trochę, zmyli z twarzy sadzę. Twardokęsek przystrzygł obojgu opalone włosy i powlekli się gościńcem ku bielejącym w dali murom Spichrzy. Wiedźma zgubiła trzewiki i pochlipywała, że ciężko iść po kamieniach, póki zbójca, znudzony babskim biadoleniem, nie wziął jej na plecy.
Szczęśliwie była chuda i drobna, bo przepędziła Twardokęska niemalże po całych błoniach: tu jej się nie podobało i tam źle było, stąd za daleko od skały, stamtąd gościńca nie widać. Na koniec przylgnęli w porośniętej krzami wyrwie i rozpalili maleńki ogienek. Płowowłosa niewiastką wnet wypatrzyła obozującą niedaleko grupę żebraków i ku zaskoczeniu zbójcy zagadnęła ich żywo, chichocząc przy tym jak głupia. Ani się Twardokęsek spostrzegł, jak weszła z nimi w taką komitywę, że wypożyczyli jej pogięty blaszany czajnik. Bez słowa sprzeciwu zaczerpnął wody ze strumyka, który ciurlikał leniwie w kępie drzew nieopodal, potem zaś przez chwilę przyglądał się z oddali, jak wiedźma zadzierzga coraz bliższą znajomość z jałmużnikami, wypytując ich o świeże wieści z miasta, w szczególności zaś obyczaje straży i najtańsze gospody. Choć jej niebieskie oczy rozwierały się w bezbrzeżnym zdumieniu, a w twarzy widniała niczym niezmącona naiwność, zbójca musiał przyznać, że poczyna sobie nader zręcznie. Umiała się przygodnym towarzyszom przypochlebić i zaskarbić sobie ich zaufanie, choć po prawdzie niewiele mogła im zaoferować – garść ploteczek, zasłyszanych w opactwie Cion Cerena, i chude, kościste ciało, któremu daleko było do kunsztu spichrzańskich ladacznic.
Radziła sobie jednak naprawdę nieźle i Twardokęsek przypatrywał się temu z niejakim uznaniem, póki nie dojrzał, jak zza pazuchy wyłazi jej pręgowaty, rudy kociak. Aż mu targnęło wnapiem. Zwierzak tymczasem wzbudzał powszechną wesołość, ścigając unoszące się w powietrzu drobiny dmuchawców i wyskakując czterema łapami do góry w nieudanej próbie pochwycenia muchy. Nagrodzony kilkoma skrawkami słoniny, z zapałem jął buszować pomiędzy żebraczymi sakwami.
Zbójca poczuł przelotną pokusę, aby przestrzec nieświadomych niczego jałmużników, kogo przyszło im gościć, lecz pohamował się szybko. Nie przepadał za proszalnymi dziadami, z których większość to byli niegorsi od niego hultaje, skło