Страница 94 из 147
– Co bym miał nie pomnieć? – Pan prychnął niecierpliwie. – Zeszłego lata dziewkę młodą pojął. I gracko się uwinął, bo dwóch niedzieli nie będzie, jak nas na chrzciny prosił, zbereźnik stary!
– Gadał, że mu żona młoda a synowskie narodziny trzy tuziny lat z ramion zdjęły.
Podstarości przymrużył oczy. Spoglądał ponad ramieniem gospodarza na zamorskie frukty, rozstawione na stole, i znać było, że go coraz większa oskoma bierze. Gospodarz nie kwapił się jednak z poczęstunkiem, więc Chabina przełknął ślinę, mlasnął językiem i mówił dalej:
– Z czterema pacholikami na okazowanie pociągnął, wcale się Pomorców nie sromał. Jestem, gadał, szlachcic z dziada pradziada prawy i miecz zdolen udźwignąć. Zatem winienem kniaziowskiego rozkazu słuchać.
– Przecie on jest artretyk! – nie zdzierżył podkomorzy. – Z łoża już nie złazi. Żonka go siemieniem poi i kaszką jęczmie
– Do siwuchy zębów nie trza. – Podstarości znacząco postukał pustym kubkiem w stół i gospodarz szybko napełnił naczynie. – W pochodzie gorzałkę żłopał jak smok. Nawet na konia siadał. Niezadługo, bo się krewniacy zlękli, by mu coś w grzbiecie od wysiłku nie pękło. Stary się po trochu krygował, że mu zabawy bronią. Ale jak go na wóz z ladacznicami pokładli, rad był wielce. Aż się dziwowały, skąd w opleśnielcu starym podobna krzepkość. Młodzi też w głowę zachodzili, mości podkomorzy, bo stary płótno kazał z furgonu zwinąć i w biały dzień, bez nijakiej sromoty…
– Starczy. – Podkomorzy skrzywił się niechętnie. – Wiem, co się o ojcu Bogorii na odpustach gada.
– No – podstarości odchrząknął z zakłopotaniem – w Czymborskiej Debrzy wygramolił się stary z wozu. Dziwki mu wstążki krasne na puklerzu zamotały, że niby pod ich godłem w rycerską potrzebę rusza. A gdy go pachołkowie wreszcie na szkapinę wsadzili, to całe kurestwo powyłaziło na łozinę, co gęsto skraj jaru porasta. Darły się do niego pa
– Słusznie – mruknął podkomorzy. – Ja bym tę całą hałastrę na cztery wiatry rozpędzić kazał, a prowodyrów do wieży wsadził. Reszcie na przestrogę.
– To dopiero początek był. – Chabina puścił mimo uszu pogróżki. – Stary wjechał na błonie, choć łeb mu się od starości trząsł jako kurzęciu. Jak się dziwki doń mizdrzyć i rzękotać zaczęły, szarszuna dobył i chyba próbował parat nim złożyć. Tyle że mieczysko było iście katowskie, dwuręczne, pradawne i pewnikiem gdzie ze strycha dobyte. Ledwie do pasa je dźwignął. Potem go żeleźce precz przeważyło.
– A szelma! – Podkomorzy zarechotał mimowolnie. – Dobrze, że grunt od wiose
– Kark sobie skręcił – wyjaśnił sucho podstarości. – Nie dychał, kiedy go pachołkowie z ziemi podnosili.
– Ile dni temu? – Podkomorzy znów poderwał się ze stołka i począł z wielką irytacją chodzić po izbie.
– Ze cztery będzie – Chabina porachował szybko na palcach. – Bo nas trzy dzionki ta pomorcka zaraza wedle Czymbora przytrzymała.
– Bogorię musiała dojść wieść o ojcowym skonaniu. Pewnie krąży pod pomorckimi strażnicami jako pies wściekły.
– A skądże mnie wiedzieć – podstarości popatrzał chytrze – co się we łbie Bogorii roi, któren jest zdrajca i zbój podły, hę? Przecie nie podejrzewacie chyba, że się z nim cichaczem schodzę i zmawiam?
– No, nie krygujcież się, mości Chabino! – żachnął się podkomorzy. – Trzy dni żłopaliście ze szlachtą gorzałkę w Czymborskiej Debrzy. Musiało się wam niejedno o uszy obić. Tedy mówcie, czym się okazywanie skończyło. Jako przyjaciel was proszę.
– Pomorcy kazali znieść trupa z pola. – Podstarości pogładził się po brodzie, mile ujęty ostatnim zdaniem. – Pilno im bardzo było. Nawet modlitw żadnych odprawować nie pozwolili. My się też nie dopraszali, rozumiejąc, że nie chciałby stary, aby nad nim pomorckie hymny klecha zawodził. Tyle że duch w narodzie podupadł niezmiernie…
– I była, zgaduję, sposobność dobra, aby go na nowo umacniać i krzepić? Spichrzańską siwuchą.
– Dopiero popod wieczór, bo Pomorce lustracyjej przerwać nie pozwoliły. Wszystkich owa niesprawiedliwość po równo rozjątrzyła, chudopachołków i posesjonatów. Choć tych ostatnich niewielu do Czymborskiej Debrzy przybyło. Kto jeno mógł, ten się od okazowania wykpił. Aż Pomorce kpili, że ani chybi na panów pomorek spadł okrutny. – Zarechotał cokolwiek zgryźliwie, gdyż nie bardzo wierzył w puchlinę, która srodze trapiła pana podstarościego akuratnie w czas szlacheckiego zjazdu. – Strach, czy duszność na Wilcze Jary nie przyszła albo morowe powietrze znad bagien.
– Jak to z wiosną. – Podstarości udał, że nie pojmuje przytyku, i ostrym spojrzeniem przywołał Chabinę do porządku. – Zwyczajna rzecz.
– W godzin kilka przyjrzeli się Pomorce naszym ochotnikom dostatecznie – podjął skwapliwie szlachetka. – A stawiła się w Debrzy menażeria takowa, że podobnej i w spichrzańskim zamtuzie nie znajdziecie. – Rozcapierzył palce i jął liczyć z namaszczeniem: – Chromych dobre półtora tuzina i ślepców paru albo jednookich. Dwóch karłów plugawych, garbaty, jąkała i jednouchy. I nawet jeden idiota. Pachołkowie go na żelaznym łańcuchu przywiedli, bo jak miał fantazję, ludziom się wilczym obyczajem do gardła rzucał i kąsał okrutnie. Tego dopiero w samej Czymborskiej Debrzy z postronka spuszczono. Słudzy miecz mu przypasali i kubrak paradny na grzbiet włożyli. Wcale przytomnie spoglądał, jak mu włosy przygładzili i przyodziali chędogo. I może przeszłaby rzecz cała bez rozgłosu, ale kiep jakiś gorzałki mu zadał dla uciechy. A chłopak się okazał do pijaństwa niewprawny…
– I spać się popod wozem ułożył, za nic panom szlachcie koncept zepsuwszy? – odgadł zgryźliwie gospodarz.
Chabina potrząsnął głową.
– Najpierw oczy mu w słup stanęły i cały zesztywniał jako dyl, tylko mu grdyka po szyi chodziła w tę i we w tę. Ale spokojny był i radował się jako dziecię, bo mu chorągiew w ręce starsi włożyli. Powiadali, że bezpieczniej, aby żelaza w rękach nie miał, jakby go szał ogarnął. Ale srodze się omylili.
– Czemuż niby? – zdziwił się gospodarz.
– Dajcie dokończyć! – zeźlił się Chabina. – Głupek bardzo pięknie jar przejechał. Aż się ludzieńkowie dziwowali, skąd u niego postawa tak godna i wejrzenie pańskie. Ale potem, kiedy pomorckiemu dowódcy w gębę z bliska zajrzał… – Zacmokał wargami. – Popatrzcież, mości podkomorzy, jak się natura szlachetna potrafi odezwać, chociażby w szaleńcu. Aniśmy się bowiem obejrzeli, jak konia spiął i prosto na pomorckiego komendanta runął, chorągwi przeciw niemu kiejby kopii nastawiwszy. A była przy niej żerdka dobrze naostrzona.
– Nie mówcież! – Podkomorzy sapnął z ekscytacji. – Nikt mu drogi nie zabiegł?
– Frejbiterzy ze zdumienia jakby w ziemię wrośli. Wariat był już prawie na szczycie pagórka, skąd się pan komendant paradzie przypatrywał. Wtedy jeden ciura, widać od i
– Zwyczajna rzecz między furyjatami. – Gospodarz wzruszył ramionami. – W jednej chwili przychodzą od szału do wesołości. Przy tym w gniewie siła w nich takowa wstępuje, że mógł Pomorca na miejscu zadźgać. Zdrada prawdziwa żelazo podobnemu szaleńcowi w garść wetknąć.
– Coś tam o zdradzie gadali – przyznał pogodnie podstarości. – Osobliwiej kapłan Zird Zekruna, co się z Pomorcami przywlókł. Chciał biedaka końmi włóczyć i ćwiartować. Gadał, że trzeba przykład dać i