Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 69 из 147

Tak właśnie będzie na końcu, pomyślała. Będę tkwiła na brzegu Wewnętrznego Morza, nieruchoma, zamknięta w kamieniu, słysząc jedynie śpiew morza i krzyki mew. Będę opłakiwać zmarłych, lecz mój lament stłumi szary granit, który co świt pokrywa się świeżą rosą. Nikt go nie usłyszy.

Wzdrygnęła się.

– Nie uczyniłam nic przeciwko bogom, kapłanko. Nawet przeciwko Zird Zekrunowi, jeśli o to pytasz.

– To prawda. Ale przez jedną krótką chwilę szłaś przez Krainy Wewnętrznego Morza z Sharkah, Sierpem Bogini, i fala przepowiedni zagarnęła cię jak swoją. Bóg, który przewiódł mnie suchą stopą przez całą otchłań oceanu, kazał, bym spytała cię o wizerunek A

Selveiin zamrugała, jakby ostry okruch utkwił jej pod powieką. Pamiętała szkic nakreślony ostrą kreską na karcie jednej z ksiąg Thornveiin. W zimowe niebo wpisano postać zabójczyni bogów z sierpem i pękami gwiazd na głowie, na czubkach palców i smudze włosów.

Jak Szarka w wieży Nur Nemruta, pomyślała przelotnie księżniczka, z zakrzywionym mieczem nad głową i odłamkami zwierciadeł, które rozpryskiwały się światłem za jej plecami.

A później kolejno zaczęły się jej przypominać alchemiczne symbole wpisane szybkimi, nerwowymi ruchami w obrysy konstelacji. Jedenaście znaków dla jedenastu bogów zaklętych w metalu. Symbole rozpalały się w jej pamięci jak ogniste smugi. Jedenaście kolejnych transmutacji i biała kobieta na niebie, której imię brzmi A

Jak mogłam być równie ślepa? – zdziwiła się tępo. Jeżeli zwrócisz przeciwko bogu jego własną moc, przypomniała sobie słowa Wężymorda, musi ugiąć się lub umrzeć. Nie ma i

– Jedenaście znaków – powtórzyła szeptem. – Jedenaście, ni mniej, ni więcej.

I ich imiona zapisane ręką Thornveiin w kształtach konstelacji, dodała w myślach. Harfa Org Ondrelssena od Lodów o strunach jasnych od gwiazd. Miecz Bad Bidmone, który nosi na plecach mój brat, z Gwiazdą Zara

– Czyżbyś wreszcie zaczynała rozumieć, księżniczko? – Twarz kapłanki była blada jak chusta, a po policzkach znów płynęły łzy.

Księżniczka ocknęła się.

– Czy już nie czas…?

– Ono i tak się urodzi. – Głos Sinoborzanki drżał od tłumionego cierpienia. – Bogowie potrafią zadbać o swoje długi, a to dziecko ofiarowano Mel Mianetowi od Fali za jeden ze znaków, których będziesz potrzebowała. Zatrzymał je tylko w mym łonie, dopóki nie dokończę dzieła.

– Nawet gdybym postanowiła zabawić się w boga – księżniczka potrząsnęła głową – potrzebowałabym znacznie więcej. Ale jak miałabym odnaleźć pośrodku wiecznych śniegów kohortę Org Ondrelssena i odebrać harfę jednemu z widmowych królów, kapłanko?

Lecz nagle znała odpowiedź. Znała ją, choć pytanie nie zdążyło wybrzmieć pod niskimi łukami sklepienia. Moce zbiegają się do siebie niczym kuleczki żywego srebra na kamie

– Dostaniesz ją – powiedziała stłumionym głosem kapłanka. Jej tęczówki były szare jak Wewnętrzne Morze w czas jesie

Selveiin nie odrywała spojrzenia od wąskiego prześwitu nieba w szparze opony.

– Nie zrobię tego – odezwała się cicho. – Odgadłam, czym jest harfa Szarki. Ale nie mogę odebrać im znaków. Ani jej, ani Koźlarzowi. Nie teraz. Równie dobrze mogłabym poderżnąć im gardła. Albo gorzej jeszcze. Oddać ich Zird Zekrunowi.

– Oni już nie żyją – rzekła płaskim głosem kapłanka. – Jej śmierć przyobiecano córce doży, gdyż taką cenę naznaczyła za Fletnię Wichrów, a on… Królowie umierają, księżniczko. Sinoborze jest pełne kurhanów, w których złożono kości dawnych bohaterów, lecz nikt już nie pamięta ich imion. A twój brat kroczy niebezpieczną ścieżką i Sorgo nie zdoła go chronić bez końca. Może nawet już teraz…

– O czym ty mówisz? – odwróciła się, czując krew napływającą gwałtownie na policzki.

– Wark zabrał ze sobą wiedźmi war, który wnet wybuchnie płomieniem pośrodku Wewnętrznego Morza. Nikt nie zdoła już tego powstrzymać.

Coś w jej głosie sprawiło, że w komnacie pomroczniało nagle. Selveiin odsunęła kotarę. Zmierzchało. Rybacy wyciągali na brzeg łodzie ciężkie od połowu, a ich kobiety, w spódnicach z niebarwionego samodziału, po dwie, po trzy schodziły od chat po nadmorskich skałkach z wielkimi pustymi koszami na głowach. Troje bosonogich dzieci w przykusych koszulinach ukradło kilka chudych śledzi i umykało przed wygrażającym im pięścią rybakiem; łuski ryb w ich rękach połyskiwały srebrzyście, a słońce wisiało już bardzo nisko nad krawędzią morza i czerwone odblaski rozpryskiwały się szczodrze na falach.

Jedna z kobiet zaczęła nucić z cicha, głosy i

Selveiin zamrugała. Coś kłuło ją pod powiekami. Ziarenko piasku. Powoli odwróciła się ku kapłance.

– Opowiedz mi – poprosiła łagodnie.

– Będzie uczta. I będzie kielich wysadzany rubinami wielkimi jak gołębie jaja. A także trucizna na dnie kielicha. Podstępny jad, który z wolna wysysa siły i pokona ich oboje. Szarkę i Koźlarza.

– Trucizna? – powtórzyła martwo Selveiin. – Jaka trucizna zdoła pokonać moc Sorgo?

– Pamiętasz legendy o źródle Ilv, o jasnej wodzie, która odwraca przekleństwo i niweczy nieśmiertelne moce? – Kapłanka oblizała spieczone wargi. – Zeszłej jesieni Lelka posłała sługi ścieżką wywieszczoną w majaczeniach wołw. Na Wyspach Hackich zaczerpnęli wody, ale źródło zostało skalane śmiercią żmijów i mocą Zird Zekruna. Potem podarowałyśmy ją Warkowi. Nie chcesz wiedzieć, jak.

Selveiin przymknęła oczy. Przypomniała się jej twarz Koźlarza w owej krótkiej chwili w ogrodach księcia Evorintha, kiedy stali naprzeciw siebie w milczeniu, nie śmiejąc postąpić ni kroku naprzód. Nie jesteśmy dziećmi, które chowają się pod parasolami łopianowych liści, powiedziała wówczas. I nic nie można poradzić.

– Więc wydajecie ich Zird Zekrunowi – powiedziała wreszcie. – Na długą bolesną śmierć albo coś zgoła gorszego. Oboje.

– Taka była istota umowy zawartej z córką skalmierskiego doży, księżniczko.

Nie sądzę, pomyślała z nagłą złością. Krew Iskry nie podda się, jakiekolwiek pakty ułożono w podziemnych komnatach treglańskiego przybytku.

Znów wyjrzała przez okno. U podnóża falochronu kobiety patroszyły ryby na wieczerzę. Siedziały w kucki na płaskich kamieniach, a woda u ich stóp była czerwona od krwi. Stado morskich ptaków, białych mew, rybitw i wydrzyków walczyło o wnętrzności, przywodząc księżniczce na myśl Ptaszniczkę i chmarę gołębi wirującą wokół jej palców.

Chrapliwe, urywane krzyki ptactwa wibrowały w uszach niczym lament płaczek.

Zasunęła kotarę i przywołała położne, trzy staruszki o twarzach pomarszczonych jak korzenie. Na czołach miały piętna łapaczy niewolników, wypalone żelazem. Księżniczka wiedziała, że pochodzą z Czerwienieckich Grodów, a wiele lat temu sprzedano je na służbę żalnickiemu kniaziowi. Nie pamiętała, czy widziała je wcześniej. Cytadela była obszerna i nie brakowało w niej służby.

Na widok kapłanki niewolnice zaczęły mamrotać niechętnie. Selveiin odsunęła się i nalała sobie wystygłego naparu z krwawie