Страница 63 из 147
– Naprawdę? – Zawiesiła głos, jakby się zastanawiała. – Twardokęsek, pozwól, że was wreszcie należycie poznakomię. To dwunasty z bogów Krain Wewnętrznego Morza. Złodziej.
Szydło skromnie spuścił oczy i ukłonił się, szurając nogami w piachu.
Pacholik wpadł do komnaty i szarpnął Warka za ramię. Sługa był nazbyt zadyszany, by wykrztusić składne słowa, więc wyciągnął tylko palec ku oknu. Duł wicher. Warkowi wydało się, że w huku fal rozbijających się o skały Przychytrza słyszy krzyki opętanego flagellanta. Zarzucił na ramiona baranicę, odemknął okie
Wark widywał wcześniej zwajeckie okręty, jak stoją w porcie Tregli. Smukłe niczym liście ostrzewu, kołysały się se
Przez dwa, trzy dni port Tregli był pełen potężnych rudobrodych wojowników w pogiętych bechterach. Suknie karczemnych dziewek wydawały się bardziej nieskromne niż zwykle. Kapłani Fei Flisyon uwijali się żywiej w swych lichwiarskich przybytkach nad sakiewkami monet pokrytych napisami, których nikt nie umiał odczytać. Nawet skalmierscy minstrele wychodzili z komnat cytadeli i mrużąc oczy od ostrego światła, szli na nabrzeże po opowieści żeglarzy. A potem Zwajcy odpływali o brzasku, nim zaczęły bić dzwony w świątyni Kei Kaella.
Ale Wark nigdy nie oglądał zwajeckich okrętów na pełnym morzu. Nie patrzył na nie w sztormie, kiedy niebo jest czarne od chmur, a smagnięcia wiatru wyciskają łzy z oczu.
Spostrzegł błysk złota na dziobnicy, kiedy purpurowo – szafra
Tyle że to nie było złoto.
Łódź była wielka, trzydzieści wioseł na każdej burcie. Kiedy wpłynęła pomiędzy skałki u wejścia do zatoki, Wark usłyszał śpiew. Jakby śpiewało samo morze. Jasna, słodka melodia wbijała się pod skórę jak tuziny śniegowych igieł.
Kapłanka poderwała się spomiędzy koców i pojedynczym gestem rozgarnęła zasłony łoża.
– Iskra – wyszeptała. – Bogowie, nie wierzyłam, że to możliwe.
W białej, przemoczonej sukni Iskra była podobna do sztyletu. Fale burzyły się, wirowały wokół niej w rozbryzgach piany.
Wark nie spostrzegł, że wstrzymał oddech. Nie czuł łez spływających po twarzy.
Owszem, bardowie gadali o złotowłosej córce Suchywilka. Darmozjadzi grzali chude grzbiety przy ogniu w wielkiej sali treglańskiej cytadeli i wyżerali resztki z półmisków. Wark nie wierzył w ich rymowane bajdy. Zanadto przywykł do zimowych opowieści, snutych leniwie pomiędzy kolejnymi dzbanami grzanego miodu. Zwajecka kniahinka zajmowała go mniej jeszcze niźli pogłoski o dwugłowym cielęciu, które urodziło się w zatoce nieopodal Tregli, wieszcząc nieurodzaj i kapuścianą zarazę.
Wówczas jednak nie widział jeszcze, jak żegluje przez sztorm, a fale ustępują przed jej głosem.
Pomiędzy ostatnimi skałami kipiel wypchnęła łódź w górę. Iskra nie drgnęła, tylko włosy rozprysły się za jej plecami niby złota rozgwiazda. Warkowi wydawało się, że w rozbłysku błyskawicy zobaczył jej twarz. Wielkie rozszerzone oczy w kolorze wiose
Były jeszcze dwa i
Stał na brzegu, gdy wojownicy wpychali łodzie na brzeg. Potężny mąż w rogatym szłomie objął Iskrę wpół. Mokra, poplamiona słoną wodą suknia oblepiała ją szczelnie, oddech parował w zimnym pora
Grom uderzył w skałę u wejścia zatoki i przez chwilę Iskra była tylko ciemnym zarysem wpisanym w światło. Wark zamrugał powiekami.
Łódź zaryła w żwir na brzegu. Córka Suchywilka podniosła oczy i popatrzyła prosto w niego. Z bliska jej oczy były jeszcze bardziej zielone. Nigdy nie widział podobnych. Przypomniał sobie, że jeden z minstrelów nazwał je szmaragdowym ogniem. Zarechotał wówczas szyderczo i rzucił w wyjca baranią kością. Skalmierscy bardowie słynęli z przesady, a baśnie od dawna nie wędrowały po brzegach Wewnętrznego Morza.
Nic go nie przygotowało na widok Iskry o włosach utkanych z żywego złota.
Widział już Suchywilka, z rudą brodą splecioną w dwa grube warkocze, potargane teraz i zmierzwione wichrem. Gramolił się na brzeg. Obok niego dreptała niewiasta w szarej wilczurze.
Dwie i
Koźlarza rozpoznał od jednego spojrzenia. Najwyższy z przybyszów, w prostym przeszywanym kaftanie, bez znaków kniaziowskiej władzy. Oprócz Sorgo.
Przypomniało mu się, jak trzymał ów miecz w dłoniach – raz jeden, hen daleko, w czerwienieckim grodziszczu, które spłonęło dawno temu, w czas pomorckiej napaści – i oburącz nie zdołał podźwignąć z ziemi. Pamiętał też całą resztę. Nocne podchody pod pomorcki brzeg, kiedy każde pluśnięcie wody pod wiosłem wydawało się przeraźliwie donośne. Niemiłosierne godziny ćwiczeń, skalmierskie wino, sączone ukradkiem i na chybcika, żeby choć trochę zapomnieć o kościach obolałych od ciosów Czerwieńca. Pierwsza potyczka, gdy z łanu trzciny wynurzyły się nagle pomorckie misiurki. Łopot kaczek podrywających się do lotu, ręka Koźlarza, która odpycha go spod samego ostrza miecza, błotnisty smak wody w ustach, świst Sorgo. Dziewczyna, która usypia z głową na jego ramieniu i ręką przerzuconą przez pierś Koźlarza, gdzieś w chacie rybaka tuż pod Czerwienieckimi Grodami, bo spili się do nieprzytomności wieśniaczą gorzałką i nie honor im było wracać do domu. Woń ryby wędzonej w dymie, smak cierpkich jabłek z czerwienieckich sadów i czarnego chleba, który klucznica piekła na chrzanowych liściach.
Córka Suchywilka odwróciła się ku Koźlarzowi, oparła czoło na jego ramieniu. Żalnicki książę wziął ją na ręce i niósł przez wodę na sam brzeg. Jasna witka jej włosów sięgała mu aż do kolan.
Wark poczuł dziwne dławienie w gardle.
Nawet nie popatrzyli na siebie. Koźlarz nie dotknął nagą dłonią jej skóry.
Nie musiał.
Wiedźma przyciągnęła do piersi rudego kociaka. Zwierzołak mruknął niechętnie przez sen i wczepił się pazurami w jej suknię. Był gorący, rozgrzany snem i krwią, bo tuż po lądowaniu rozszarpał i pożarł jednego z ogarów Warka. Jej zaś chłód nie opuszczał od dwóch nocy, odkąd wsiadła na statek Suchywilka o purpurowo – żółtym żaglu. A może ogarnął ją jeszcze wcześniej – kiedy zwajeckie nawy wynurzały się cicho spomiędzy mgły w Urocznej Przystani. Nie pamiętała. Jednak wciąż czuła w piersi lodowate zimno, nawet teraz, za szczelnie zaciągniętymi zasłonami łoża, którego użyczył im sinoborski kniaź. Obok napojona gorącym naparem Szarka oddychała płytko i niespokojnie. A wiedźma, która nigdy wcześniej nie spała na równie wspaniałym posłaniu, dygotała pod grubą warstwą pledów. Czasem zapadała w dziwne odrętwienie. Bo spać nie mogła. Nazbyt głośno wołały do niej spoza sosnowych okie