Страница 49 из 147
Ani za rok, ani za dwa, pomyślał drwiąco pan Krzeszcz, ani za lat tuzin nie będziesz, dziewko, we dworcu rozkazywać. Kiedy przymknął oczy, prawie ją widział, jak budzi się dzisiaj w niziutkiej komnatce tuż pod krytym łupkiem dachem, gorącej latem i wyziębłej zimą, gdzie nie mieści się nic prócz wąskiego łóżka, skrzyni malowanej w kwiaty jabłoni, niskiego zydla i miedniczki.
Ochlapuje pospiesznie twarz, czerwoną i opuchniętą, bo znów przez całą noc dusiła poduszką płacz, i stara się nie dostrzegać wielkich błękitnych much na powierzchni wody. Przez chwilę siedzi nieruchomo na stołku, z bosymi stopami ułożonymi równo na sosnowych deskach, i przesuwa w palcach modlitewne paciorki.
Dziewczyna nie modli się jednak. W dziwnym pora
Służebne nic nie mówią i z uniżeniem chylą głowy. Ale wiedzą bardzo dobrze, że ta historia wydarzyła się już wiele razy i zawsze miała ten sam koniec. Czekają więc cierpliwie, aż wreszcie zobaczą tę hardą panienkę ze dwora, jak przemyka się wśród dogasających cieni pomiędzy jabłonkami, niską ścieżką na skraju lasu, żeby wybłagać od ślepawej babki odrobinę czerwonego proszku, który zabija płód, zanim żywot wydmie się i wysklepi.
Szlachcianka również milczy i nie skarży się ani słowem. Zdradzają ją czerwone, opuchnięte obwódki oczu. I ów gest, którym splata palce na brzuchu. Dłonie pamiętają, choć dziewczyna usiłuje zapomnieć i ze wszystkich sił odpycha myśli natarczywe jak żółte podwórzowe kundelki, które przybiegają do niej po resztki pańskiej wieczerzy. Sama także czepia się ochłapów.
Siedzi w czeladnej izbie, nieświadoma niechętnego zmarszczenia brwi klucznicy, gdy wrzeciono zbyt długo zamiera w jej dłoniach, nasłuchując tętentu koni na dziedzińcu. Czeka – aż wreszcie jej kochanek stanie na progu, wysoki i smukły w ciemnym obramowaniu ościeżnicy, ze śmiechem przyczajonym na dnie gardła, gotowym wybuchnąć bez powodu, tylko dla niej. Oddałaby tak wiele za jedną chwilę dawnej beztroski, żeby podszedł do niej jak kiedyś, tamtego dnia, gdy wplótł dziką różę w jej włosy. Wsunęła kwiat pomiędzy kartki matczynego modlitewnika i czasami o świcie wyjmuje go, obraca w dłoniach. Wypłowiałe płatki kruszą się w palcach, lecz dziewczynie wydaje się, że wciąż czuje nikły zapach krzewów, które rozkwitały duszno wokół dworu, kiedy panicz pierwszy raz zastukał w jej okie
Pan Krzeszcz otworzył oczy, odpędzając wizję. Przez chwilę było mu niemal żal tłustej dziewczyny, ale przełknął ślinę i bez słowa począł grzebać w kuferku. Kiedy wysupłał obrączkę wysadzaną kolorowymi szkiełkami, usłyszał jej westchnienie, płytkie i świszczące.
– Beryl, magnes i koral – rzekł, wciskając jej w dłoń błyskotkę.
– Beryl, magnes i koral – powtórzyła z namaszczeniem.
– We włosy ją pa
– Szlachcianka jestem! – Dziewczyna wyprostowała się dumnie. – Nie masz takowego prawa w Żalnikach, aby mnie mieli o wiedźmienie przed starostą badać i mękami straszyć.
– Nieledwie dwie niedziele przeszły – powiedział cicho – jak wedle Blwoci
Wydało mu się, że jej twarz pobladła pod czerstwą wiejską opalenizną. Nic jednak nie rzekła, odwróciła się tylko na pięcie. Doskonale nieświadoma wiosek i dworców, które czarny mór wyludnił i miał jeszcze wyludnić za przyczyną pana Krzeszcza, ruszyła ku domowi pomiędzy rzędami topoli. Pora
Minie pięć niedziel od odjazdu wędrownego aptekarza, zanim szlachcianka uwarzy napar z dziewa
Nikt z nich nie będzie pamiętał o aptekarzu, który późną wiosną zawitał do dworzyszcza na swoim wózku przyprzężonym do dychawicznego osła.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Zbójca Twardokęsek opadł na wo
– Ech, cudności – westchnął, obejmując swoim zachwytem po sprawiedliwości ciepły poranek, sad za dworcem krewniaków Pleskoty, zapach ziół, brzozowe listeczki nad głową oraz krągłe piersi niewiasty, która pochylała się nad zbójcą, wodząc po jego piersi źdźbłem trawy.
Osada rodowców Pleskoty była maleńka, liczyła nie więcej niż tuzin dymów, i zagubiona pośrodku lasów, z dala od wszelkich szlaków. Jednak po pamiętnych chrzcinach zbójcę podejmowano tam z wielką serdecznością. Kiedy tylko zajeżdżał na podwórze, gospodarz wybiegał mu na spotkanie z gąsiorem syconego miodu albo dzbanem przedniej dereniówki. Potem przez dni parę karmiono go i pojono z ową rozpasaną żalnicką gości
Po prawdzie nie inaczej było w wielu i