Страница 44 из 147
Za późno. Jabłko nieodmie
Wojownicy u niskiego stołu podrywali się już z ław i stołków, niezgrabnie macając po stołach w poszukiwaniu noży. Tuż obok księżniczki dwórka z fraucymeru, młodziuchna dziewczyna w skromnej sukni z szarego płótna wbiła paznokcie w twarz podstarzałego szlachcica i pierwsza pochwyciła Jabłko. Nim zdołała je ogrzać w dłoni, chuda szlachcianka o skrzywionych wąskich wargach uderzyła ją w czoło pozłocistym roztruchanem. Co było dalej, księżniczka nie zdołała już dostrzec. Wokół daru uczynił się splątany kłąb biesiadników. Poprzez ich wrzaski i szum owadów, które unosiły się ponad stołem niczym ciemna mgła, księżniczka wciąż słyszała rozbawiony śmiech bogini.
A potem owadzi szum osłabł i szarańcza Hurk Hrovke runęła w dół, pochłaniając wszystko. Wężymord pochwycił księżniczkę i przyciągnął ku sobie, zakrywając jej oblicze połą płaszcza. Jednak krzyki nie ucichły, zmieniły się tylko w rozdygotany, przeraźliwy skowyt, który stopniowo zamierał w jękach i rzężeniu.
Kiedy mąż ją wypuścił i znów mogła patrzeć, z twarzy biesiadników, z porozwieszanych na ścianach opon i półmisków pokrytych zaschłym jadłem podnosiły się ciemne kłęby pszczół, gzów i much o ciężkich, połyskujących niebieskawo odwłokach. Potrząsnęła głową. Oczy miała jak pokryte mleczną półprzezroczystą błoną. Nie mogła ich zamknąć ani odwrócić.
Bankier Macierduszka w absurdalnie kusym, lecz skrojonym wedle najnowszej mody kubraku wciąż miał po trzy złote pierścienie na każdym palcu – kołysały się na żółtawych kostkach. Z twarzy wrzaskliwej szlachcianki nie zostało nic prócz cienkich kosmyków farbowanych włosów, uczepionych czerepu na strzępkach skóry. Pochwycony tuż u drzwi trefniś w żółtych nogawicach i sztywnej kryzie szczerzył w niby – uśmiechu spróchniałe zęby kościotrupa. Jedynie kapłan Zird Zekruna zachował własne oblicze, lecz jego źrenice zasklepiła gruba warstwa woskowiny.
Rój szarańczy bogini wirował przed nimi jak ciemna kolumna. Księżniczka siedziała bez jednej żywszej myśli, póki ostatnia z pszczół nie zniknęła w otworze nad paleniskiem. Jednak dopiero wówczas, kiedy jeden z ciężkich pierścieni Macierduszki spadł z brzękiem na kamie
Więc to się tak odbywa, pomyślała, wciąż czując w ustach metaliczny posmak krwi i tamtego pojedynczego słowa w mowie bogów. Więc tym było przekleństwo Thornveiin, która z woli Fei Flisyon utraciła swe imię i wszystko, czym była.
– Właśnie tak. – Poczuła na czole dotknięcie chłodnych palców Wężymorda, kiedy strząsał z jej włosów martwe owady. – Bo czasem to imię wybiera, a człowiek, człowiek i bóg po równo, może tylko przyjąć je albo umrzeć. Ty przeżyłaś.
– Ponieważ wstawiłeś się za mną u bogini.
– Ponieważ Hurk Hrovke nie potrafi się oprzeć zniszczeniu. – Potrząsnął głową. – Ponieważ staniesz się przyczyną wojny, która rozedrze trzewia Krain Wewnętrznego Morza.
Przymknęła powieki. Przed oczami miała widmowy pochód chłopskiego proroka, który kroczył ku Spichrzy pod chorągwiami martwej bogini, i przegniłą twarz trędowatej żebraczki.
– Nie chciałam tego – odezwała się wreszcie.
– Teraz to już nie ma znaczenia. – Wężymord ujął twarz księżniczki w dłonie, a jego oczy pierwszy raz od bardzo dawna były pełne Wewnętrznego Morza. – Choćby ktoś spośród śmiertelnych postanowił dać ci wiarę, nie zdoła utrzymać w pamięci twego ludzkiego imienia. Nim przejdzie jedenaście dni, szarańcza Hurk Hrovke rozszerzy się po obu stronach morza, aż po najdalsze południowe wyspy. Taka jest natura klątwy. I choćbyś bez końca powtarzała tamto ludzkie miano, wycieknie z ich umysłów, skoro tylko obudzą się następnego ranka ze snu. Nikt więcej nie nazwie cię dawnym imieniem. Ani w zbójeckich zamkach wysoko na stokach Gór Żmijowych, ani w chruścianych szałasach spichrzańskich żebraków.
– Dlaczego? – spytała przytłumionym głosem. – Nigdy nie uczyniłam nic przeciwko Hurk Hrovke, nie znieważyłam żadnego z bogów. Dlaczego?
– Bo Hurk Hrovke dostrzegła w tobie coś, co przeoczyli pozostali z bogów, z samym Zird Zekrunem na czele. Zeszłej jesieni obiecałaś mi, że znajdziesz sposób.
– By przeprowadzić nas na drugą stronę pomiędzy szeregami widziadeł? – Zaśmiała się gorzko. – Naprawdę wierzysz, że potrafię?
– Nie – odparł po chwili. – Nie przeprowadzisz tam nas obojga. Lecz jest sposób ukryty w przepowiedni Śniącego i wiedzy żalnickich alchemiczek. I kiedy wreszcie go odnajdziesz, Hurk Hrovke dostanie sprawiedliwą nagrodę, jak jej obiecano. Nie zdołasz tego powstrzymać. Ale spraw, by to wszystko – potoczył dłonią po upiornych biesiadnikach – nie poszło na darmo.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Zbójca nie spostrzegł nawet, jak przeszła zima. Do lipnickiego obozowiska zaglądał z rzadka i nie umiał w nim zagrzać miejsca, a widok żalnickiego książątka nieodmie
Sprowadził do wozaków gromadę gołoty i sołtysich synów, którzy w dawnych czasach zaciągnęli się do Leśnej Straży, a teraz z poręki Bogorii pomagali zbójcy. Znalazło się też kilka ladacznic, co zbierały po gospodach wieści, z tuzin koniuchów, służących w pomorckich stanicach, i garść żebraków, opłacanych hojnie z Koźlarzowych złociszów. Kostropatka i jego kapłani wydziwiali straszliwie na wozacką kompanię i zbójca wiedział, że radzi by ich wszystkich rozpędzić na cztery wiatry. Jednak Koźlarz nie pozwalał zbójcy czynić wstrętów. Dziwiło to zbójcę po trochu, ale nie dopytywał się. Wiedział, że i tak nie dojdzie, co się Koźlarzowi we łbie roi. Zresztą miał i
Gdzieś w czas najtęższych mrozów naznaczono na Twardokęska nagrodę, wcale zresztą poczciwą, bo na żalnickim pograniczu bez trudu kupiłby za nią ze trzy godne wioski z przypisańcami. Nie brakło więc chętnych na pomorckie srebrniki, zwłaszcza że jesie
Jednak wówczas był już zbójca na dobre pokumany z Leśną Strażą i wieść o nieszczęściu rozeszła się natychmiast. Twardokęsek miał na łeb nadziany juchtowy worek i nigdy się nie dowiedział, kto go odbił na gościńcu z pomorckiego konwoju. Leżał pod grubą derką cicho jak trusia, nasłuchując pilnie odgłosów potyczki. Potem konie odjechały i wszystko ucichło, aż zląkł się, że go samojednego zostawili w powrozach, bo wilki rozsrożyły się okrutnie i po zmierzchu niezawodnie zżarłyby go razem z butami, kubrakiem i szarszunem. Kiedy zaczął się kręcić i ciskać ze strachu, ktoś ulitował się nad jego niedolą. W juchtowym worku pokazała się dziura, a potem do środka zajrzało wąsate, rozradowane oblicze Bogorii.