Страница 28 из 147
Złociszka rozsądnie cofnęła się o krok. Mistrz tymczasem przyczepił do pasa jakiś hak, odwrócił łuk do góry nogami, nadział cięciwę za hak, wsadził nogę w żelazny pierścień przymocowany do żerdki. Popatrzał znacząco na dziewczynę, nadął się na policzkach i wyprostował nogę. Łuk był napięty, ale alchemik trzymał go dziwnie na płask. Szyp też nasadził pokraczny, krótki i toporny, jakby go mistrz sam wyrzezał kozikiem.
Złociszka wygięła pogardliwie wargi. Zwajeccy łucznicy z dawien dawna służyli w domostwie jej ojca. Kościej najmował ich do obrony konwojów. Złociszka często widywała tych małomównych, posępnych najemników w czeladnej izbie, jak przy oddzielnym stole w milczeniu osadzali groty na strzałach i splatali cięciwy. Nie sądziła, aby którykolwiek z nich choćby ujął w palce wytwór alchemika. Prędzej by mu grzbiet obili za kpinę.
Mistrz celował uważnie, z natężenia wysunął czubek języka i wodził nim w powietrzu jak jaszczurka. Wreszcie spuścił cięciwę, przymrużył oczy, oceniając efekt, i wykrzyknął z triumfem:
– Widzisz pa
– Nie – odparła zgodnie z prawdą Złociszka.
Zaczynała się coraz bardziej niecierpliwić. Ojciec miał ostatnio głowę zaprzątniętą cenami zboża, którego wielki transport zamierzał spławić do Spichrzy na przekór reszcie wiergowskich kupców. Ale nadchodziła pora wieczerzy i mógł zauważyć nieobecność córki. A byłaby to okoliczność wielce niesprzyjająca planom Złociszki, gdyż Kościej wyraźnie oznajmił, że nie życzy sobie, aby jego latorośl i jedyna dziedziczka samopas włóczyła się po mieście. Nie sądziła wprawdzie, aby miał ją wysmagać rzemieniem, co, jak słyszała, zdarzało się pa
– Bo lepiej trza popatrzeć. – Mistrz bez żadnej ceremonii ucapił ją za łokieć i pociągnął do okna. – Aż po pierzysko wlazła.
Dziewczyna przymrużyła oczy. Istotnie, strzała tkwiła w pieńku, mniej więcej w połowie wysokości.
Za jej plecami alchemik sapał i dyszał, ponownie napinając łuk.
– A widzisz, pa
Nie zdążyła nawet skinąć głową. Gospodarz uniósł łuk i niemal bez celowania wypuścił strzałę. Z pieńka posypały się drzazgi i kawałki kory.
– Celnie niesie, ścierwo! – Alchemik roześmiał się, pieszczotliwie gładząc żerdkę łuku. – A z taką mocą bije, że kocura jednego na wylot przeszła i do wierzei przybiła, ot tam, gdzie ten zaciek, tuż przy zawiasie. Powiadam pa
Złociszka z roztargnieniem skinęła głową. Oparła się o ościeżnicę i w zamyśleniu skubała palcami dolną wargę.
– Panienka się na mnie krzywi, a ja się zapytuję, jakem miał w podobnych okolicznościach przyrody pracować? Ledwie człek utrudzony głowę na poduszce złożył, już się kocie bydlę z podwórza darło. Jeszcze kolegów zwoływał z całego miasta. Aż do białego rana trwały gonitwy, łomoty, rumor i wrzaski, jakby to nie koty były, ale tuzin biesów, co się z samego Issilgorol wyrwały, aby mnie biednego dręczyć i prześladować.
Dziewczyna słuchała ze zmarszczonymi brwiami. Alchemik uznał jej milczenie za zachętę i rozwiódł się obszerniej nad kocimi prześladowcami.
– Najgorszy był ten wielki kocur, on całej reszcie przewodził i prawdziwie się na mnie uwziął. Nie dość, że nocą rejwach czynił, jeszcze do izby ukradkiem właził i szkody czynił. I żeby żarcie kradł! – dodał kwaśno. – Ale gdzie tam! Złośliwie mi biszkuncił, po stole skakał, menzury i kolby tłukł, sakwy darł, popiół z komina rozwłóczył. Jakby się uwziął. – Sapnął ze złości.
Panienka mimowolnie zachichotała, zasłaniając usta dłonią.
– Nie ma z czego szydzić! – ofuknął ją. – Raz mi do pracowni z dachu kominem wleciał. Myślałem, że to bies! Huku takiego narobił, żem mało ducha nie wyzionął z przestrachu. A inszego dnia przez drzwi się zakradł, pod stołem chytrze przytaił i do zacieru mi naszczał.
Dziewczyna śmiała się już zupełnie otwarcie.
Alchemik nawet tego nie spostrzegł.
– Z kamieniem nie szło się na bydlaka zasadzić, za szybko uciekał. Trutkę z daleka czuł i ani nie tykał. No, tom się wziął na sposób. – Znów pieszczotliwie pogładził żerdkę. – Trudność była w tym, żeby łuk zawczasu naciągnięty trzymać, bo kot jest chybki, nie czeka, aż człek cięciwę naciągnie. Alem trochę podumał i wymyśliłem sposób, zresztą niezupełnie on nowy, bo podobne łuczyska ponoć norhemnowie czynią za południowymi górami. Widzisz pa
– Ja się na tym nie wyznaję. – Złociszka wzdrygnęła się nieznacznie.
Ale alchemik już był obok i układał jej palce na żerdce.
– Najpierw trzeba napiąć. – Zawahał się i wyrwał jej łuk. – No, tego pa
Czuła na policzku jego oddech, przesycony smrodem skwaśniałego piwa. Chciała się odsunąć, ale tylko mocniej ucapił. Złociszka przez chwilę pożałowała, że piastunka została na schodach. Jednak zaraz zrozumiała, że alchemik był nazbyt zafrapowany własnym wynalazkiem, aby dybać na jej wdzięki.
– Dobrze – pochwalił, naprowadzając jej palce we właściwe miejsca. – Teraz wyceluj pa
Złociszka wrzasnęła mimowolnie i wypuściła łuk z rąk.
– No, co też pa
– A ja bym się nauczyła? – zapytała podstępnie.
– Niby czemu nie? – Gospodarz zmierzył ją spojrzeniem i wygiął z aprobatą usta. – Ślepa pa
Córka Kościeja skrzywiła się, ale alchemik nie zwracał już na nią żadnej uwagi, bez reszty pochłonięty własnym wynalazkiem.
– Zresztą sama pa
– Choćby i w zbroi? – podchwyciła.
– A nie wiem. – Alchemik poskrobał się po głowie. – Nigdym nie pomyślał, przecie to na koty. Ale skoro w pieniek strzała aż po pierzysko wchodzi…
– Trzeba było pomyśleć – pouczyła go surowo Złociszka. – Daj mi jaką sakwę.
– Po co ona panience? – zdziwił się, ale posłusznie podreptał do stołu i wygarnął spod niego juchtowy worek.
– Na tę samostrzałkę – oznajmiła pogodnie. – Chcę ją sobie obejrzeć. Spokojnie i bez pośpiechu.
– To przecie moje! – Obro