Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 147

– A jak chcesz egzorcyzmować, to z podwórca – rzucił oschle. – Bliżej nie dopuszczę. Nie chcę więcej słyszeć ani o Twardokęsku, ani o Suchywilkowej córce. Nawet słóweczka. Rozumiesz mnie?

– Tak – wymamrotał niewyraźnie kapłan, który macał po śniegu i przebierał nogami, usiłując wygramolić się z zaspy.

– To dobrze – skwitował Koźlarz i zatrzasnął drzwi.

– I znów w izbie ziąb – użalił się nad sobą karzeł. – Znów będę musiał się upić, żeby w ogóle zasnąć. Ech, przydałaby się jakaś dziewka, gorąca, piersiasta… – Popatrzał spod oka na Koźlarza. – Wam też, jaśnie książę panie. Z braku niewiasty melancholia wielka człeka ogarnia i humory się burzą, złość do głowy uderza. A wyście ostatnio gniewliwi.

– Wystarczy. – Koźlarz ze zmęczeniem potarł skronie. – Bo do psiarni przepędzę, jak Kostropatka radził.

– Już milczę – odparł pospiesznie karzeł. – Jak grób. Tyle że kapłan ma rację. Twardokęsek was zdradzi, panie. Nie on jeden, to prawda. Ale zbój zdradzi na pewno.

Koźlarz usiadł na ławie i dopił wino z dzbanka.

– Może tak się zdarzyć – powiedział po chwili. – Tylko że…

– …ona was poprosiła – dokończył Szydło. – A wy się zgodziliście i dotrzymacie słowa. Ech, niezmierna jest ludzka głupota i jak morze głęboka. Ale się nie lękajcie, ja was nie opuszczę.

Książę coś wymamrotał pod nosem. Chyba zduszone przekleństwo.

– Chcecie, to wam o niej opowiem. – Szydło umościł się wygodniej na ławie. Baranica zsunęła się na ziemię, lecz trefniś zapomniał widać na chwilę o chłodzie, bo nie podciągał jej gorączkowo. – Jeśli tylko chcecie.

Koźlarz obracał w palcach pusty kubek. Powieki miał opuszczone.

– Przecież chcecie – kusił karzeł. – Tyle czasu bez wieści przeszło, bez jednego posłańca. Nie wiedzieć, co się tam dzieje, za całym wielkim morzem. A mnie dosyć wichru posłuchać, co nad falami wieje. Wystarczy, że poprosicie.

– Ale nie poproszę. – Koźlarz odstawił naczynie.

– Tak bardzo się boicie?

– Nie. Póki mam Sorgo, nie boję się niczego. – Książę uniósł głowę. – Jednak z własnej woli nie poproszę o pomoc żadnego z was. Cena jest zbyt wysoka.

Szydło uczynił dłonią nieznaczny gest i głownie na palenisku rozbłysły jaśniejszym płomieniem.

– Trzeba tu na noc zagrzać – mruknął, a odblask ognia kładł się na jego źrenicach. – A wy się mylicie, książę. Jeszcze poprosicie. I zapłacicie cenę. Bardzo wysoką.

Wark zrazu nie chciał wierzyć, kiedy druży

Kiedy kłusował poprzez zamarznięte ulice Tregli, przypomniała mu się znienacka tamta ostatnia noc w świątyni. Firlejka stanęła w drzwiach jego izdebki, bardzo cicha i skulona w świąty

Więc opowiedział jej – o niemowlętach z rozkazu Krobaka wyniesionych w puszczę i o pięknej żonie burmistrza, którą uduszono na skraju miejskiej sadzawki, na oczach dzieci, ponieważ ośmieliła się głośno chwalić pomiotem Warka, nabrzmiewającym w jej brzuchu. Rzekł również, że tego jej oszczędzi, jeśli Firlejka postanowi być rozsądna, jak wiele i

Widział, jak marzenie w twarzy Firlejki rozwiewa się i powoli zmienia w popiół pod jego słowami. Ponieważ jednak wciąż tam stała, z oczami jak dwa szare kamyki i ustami, które drżały lekko w świetle kaganka, pociągnął ją na posłanie. Była jak szmaciana laleczka w jego rękach. Ostrożnie rozsznurował jej trzewiki, odgiął palce zaciśnięte na świąty

Ujął jej brodę i zmusił, by patrzyła prosto na niego, kiedy jej wargi zaczęły nabrzmiewać świeżą krwią. Gdyby się opierała, tamtej nocy wziąłby ją siłą. To było, jakby chciał zetrzeć z jej skóry dotyk obcego mężczyzny, którego wyśniła sobie na darmo i nierozważnie. Nie pojmował istoty tego pragnienia: wiele kobiet odwiedzało książęce posłanie z własnej woli lub dla korzyści, lecz żadna z nich nie była podobna do Firlejki. Tamtej nocy w świątyni Bad Bidmone czuł, jakby jego istnienie zależało od tego, czy uda mu się ją zmusić, aby spojrzała wprost na niego bez żadnych kłamstw, osłon i pieśni. Jakby miał stopnieć w promieniach pora

Jej oczy były nieruchomymi taflami srebra, a nocne ptaki krzyczały przenikliwie za nawoskowanym pergaminem w okie

Dopiero kiedy latem Krobaka zaszlachtowano przed bramami kąciny, Wark pojął, że Lelka stara

Podjechał do drewnianego składu, odłamał sopel lodu, zwieszający się spod okapu dachu, i zaczął go ssać, by choć na chwilę opanować gorączkę i uspokoić się, zanim po tych wszystkich miesiącach zobaczy znów kochankę. Nie wiedział, co jej powie. Ale jego złość na Firlejkę była jedynie bladym cieniem wobec nienawiści, która nim owładnęła, kiedy u wrót treglańskiej świątyni zobaczył głowę Krobaka z twarzą posiniałą od ciosów i czarnym skrzepem krwi u szyi.

Lelka, pomyślał, ze wszystkich sił starając się zapanować nad wściekłością. Znów Lelka. Nocny kruk, którego krakanie zwiastuje śmierć. Czasami wydawało mu się, że Krobak kochał ją bardziej niż któregokolwiek z synów – bo zaglądając w głąb jej szarych źrenic, widział samego siebie.

W gospodach Tregli szeptano nie bez lęku, że pachołkowie znaleźli ścierwo Lelki, roztrzaskane na skałach pod murami świątyni. Wark jednak nie dowierzał ani jednemu słowu. Po śmierci ojca posłał pachołka pod świąty