Страница 2 из 147
– Jeden albo i dwóch – wtrącił zbójca.
– Albo dwóch – potaknął szlachcic. – Byle nie więcej, bo żaden będzie łup, jak go między gromadę przyjdzie podzielić.
– A czemu między swemi pomocy nie szukacie? – spytał z nagłą podejrzliwością Twardokęsek.
– Bo moi będą jęzorami kłapać – wyznał niechętnie Bogoria. – Jeden się dziewce pochwali, drugi srebro matce zaniesie, trzeci sobie pyszny kaftan sprawi, złotogłowiem obszyty. I furda tajemnica.
– I Pomorcy będą swego dobra dochodzić. – Zbójca pokiwał głową. – Szczera prawda.
– Pomorców się nie lękam, nie pierwszy raz ich łupię. Gorzej, że całe Wilcze Jary z nagła patriotyzmem sparło. A jak się wieść rozejdzie o podobnej zdobyczy, zaraz na kark mi wlezą.
Bogoria splunął i pogroził pięścią dwóm kapłanom Bad Bidmone, którzy z wysiłkiem targali świeżo ociosane deski sosny na kaplicę. Ci, widać znając reputację zbój – szlachcica, przygarbili się od wysiłku i truchtem puścili przez majdan.
– Rozzuchwalili się tym powrotem Koźlarza ponad wszelkie pojęcie – podjął Bogoria. – Jawnie po dworach chodzą. Niby pokornie proszą o datki dla nowego kniazia, ale strach odmówić, bo ohydnie przeklną albo ogień podłożą pod stogi. Dziesięcina, mówią, potrzebna, żeby kraj z ruiny podnieść a Pomorców przegnać. Jeno że ostatnimi czasy z dziesięciny się nieomal połowina zrobiła! A tyle nie dam! – Huknął bukłakiem o ziemię. – Jak tak na złoto chytrzy, niech sami grabić idą, pijawki zatracone!
– Ale we dwóch? – Zbójca podrapał się po głowie. – Przy żołdzie straż pojedzie.
– Nie bądźcie tchórzem podszyci! – ofuknął go szlachcic. – Mam w czeladzi łuczników dwóch zacnych i wiernych jako psy. Pary z gęby nie puszczą. Pomorcy są chytrzy, będą się ciszkiem ze złotem przemykać, ledwie w kilka koni. To jak, mości zbójco? Pójdziecie ze mną czy wolicie tu gnuśnieć?
Twardokęsek mimowolnie rozejrzał się po obozowisku. Nie dostrzegł żadnej znajomej twarzy, tylko w oddali łopotał woje
– Czemu bym miał nie pójść? – burknął nieprzyjaźnie. – Nic mnie tu nie trzyma.
– Ano myślałem sobie, że nic. – Bogoria popatrzał na niego bystro.
I tak się wszystko zaczęło, w rzadkiej łozinie u brodu. Zbójca przesiedział w niej z Bogorią pół nocy, racząc się sowicie siwuchą dla pokrzepienia i rozgrzania zastałych członków. Kiedy furgonik ze złotem wytoczył się z lasu, dymiło im z czupryn niczym z kurnej chaty. Na nieszczęście przy wozie jechał tuzin zbrojnych. Zbójca poczuł zaledwie użądlenie, gdy pomorcka włócznia ukąsiła go w bok. Walczył dzielnie dalej, opędzając się od dwóch pachołków, którzy natarli na niego z krótkimi mieczami. I dopiero gdy ciepły strumyczek połaskotał go po żebrach, spostrzegł, co się stało. Ryknął niczym zraniony buhaj, pochylił łeb i na oślep poszarżował naprzód. Zresztą nie bardzo miał jak patrzeć, bo z wściekłości przed oczami stał mu czerwony opar.
Nie oprzytomniawszy z pijackiego widu, rozłupał kufer ciężkim kopie
Z następnych paru dni Twardokęsek zapamiętał jedynie mroczny alkierz na tyłach gospody w Staroźrebcu, wielkie łoże, wybornego świniaka z rusztu, piwo, donoszone przez usłużnego oberżystę, oraz półtuzin wielce przyjaznych dziewek. Gdy wreszcie wychynął z izby, rana na boku przyschła trochę. Trzos miał nieomal pusty, lecz uczyniło mu się radośniej na duszy. Bogoria był kompan zacny. Przeważnie pił i swawolił, a jeśli gadał, to z sensem – o dziewkach, zbójowaniu i gorzałce, nie zaś przepowiedniach i bogach. Okrutnie się przez to zbójcy spodobał, więc Twardokęsek się nie wzdragał nadmiernie, kiedy mu szlachcic naraił kolejny grasunek na trakcie.
Tak przeszło parę tygodni. Liście z drzew sypały się coraz obficiej i Twardokęskowi jęło się cnić za wiedźmą. Nadto ciekaw był wielce, jak tam sprawy stoją z żalnicką rebelią.
Bogoria tylko ramionami wzruszył i powiódł go na powrót przez trzęsawisko. Szli jednak niespiesznie, przepijając siwuchą i przysiadając dla wytchnienia na omszałych pieńkach. Dopiero pod wieczór stanęli pod ostrokołem obozowiska. Wartownik bez sarkania otworzył bramę, ale dziwnie twarz odwracał i nie patrzał im w oczy. Zbójcę coś tknęło niemile. Zęby zaciął i ruszył prosto do chaty Koźlarza.
Ledwie drzwi otworzył, w nozdrza buchnął mu smród zgnilizny i trupa, nieprzyćmiony ziołami, które hojnie rzucano w palenisko. Żalnicki książę siedział na zydlu u ognia, w płócie
Szarka stała poza kręgiem światła kaganka, niemal niewidoczna w ciemnym stroju wojownika norhemnów. Spoglądała w okno, jakby poprzez okopcone błony widziała odległy brzeg morza. Nie odwróciła się.
Wiedźma za to na dźwięk podkutych butów na deskach podskoczyła jak dźgnięta ożogiem w zadek. Zbójca dojrzał wreszcie oblicze ra
Kiedyś kamraci z Przełęczy Zdechłej Krowy napadli nieopatrznie na zagon frejbiterów w służbie spichrzańskiego księcia. Do obozowiska nie wrócił nikt, prócz Servenedyjki, której wykłuto oczy, i głupawego pachołka z wydartym językiem. Później zbójca dowiedział się, że właśnie tak na Pomorcie czyniono w razie sąsiedzkiej waśni. Wedle starego zwyczaju dwóm wrogom pozwalano odejść – niememu, by drogę powrotną do domu odnalazł, i ślepemu, by przyniósł ostrzeżenie.
Twardokęsek nie umiał rozpoznać twarzy człowieka, który spoczywał na posłaniu żalnickiego księcia. Ra
– Takem się bała – wykrztusiła przez łzy. – Takem się bała, że i ciebie dostaną.
Odsunął ją szorstko.
– Kto to?
– Dzieciak – odparła z niespodziewaną złością Szarka. – Ot, jeden z gromady głupców, co się nasłuchali pieśni, a potem jęli bzdurzyć o honorze i pomście za zniewagę. Pogardłowali nieco, łby zmącili gorzałką i pognali wojować. A teraz mamy trochę trupów do pogrzebania. Dobrze, że jesteś, zbójco – dodała z roztargnieniem.
– Tak myślicie? – odezwał się od progu Koźlarz.
– Myślę, że jeszcze tej nocy odpłynę na Wyspy Zwajeckie i wezmę ze sobą wiedźmę.
Szarka odwróciła się, lecz nie ku żalnickiemu księciu. Zielone oczy utkwiła w zbójcy. Aż się wzdrygnął, tak intensywne było jej spojrzenie. A potem zrozumiał, co powiedziała, i gorycz zalała mu gardło. Nie czekała na niego. I nie pomyślała nawet, aby go zabrać na Wyspy Zwajeckie, gdzie będzie kniaziowała wśród skarbów Suchywilka.
– A Pomorcy wybiorą was niczym raki z saka, jeśli na czas nie powściągniecie swoich ludzi – dokończyła.
– Przecież sami wiecie… – zaczął książę.
– Nie przedrą się – przerwała. – Żaden z tych młodziaków nie zdoła wywieść w pole pomorckich kapłanów. Wam się udało, bo mieliście Sorgo i przewodnika, że drugiego takiego nie znajdziesz na obu brzegach Wewnętrznego Morza.
Zbójca dostrzegł, że książę zmienił się na twarzy na wzmiankę o Przemęce.
– Ani myślcie, żebyście sami mieli teraz wychylić się z lipnickiego błota – ciągnęła Szarka. – Potrzebują was tutaj. Jeśli raz powierzycie obóz kapłanom, będziecie im musieli ufać do końca i we wszystkim.