Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 141 из 147

Do szpicy wozów zostało jeszcze z dwieście kroków. Widział już bardzo wyraźnie przyczajoną przy wozach czeladź z cepami i sulicami. Kupcy musieli zaiste wieźć niezmiernie ce

Mieli nawet łuczników. Z rozbawieniem spostrzegł, że szykują się do strzału. Równie dobrze mogli mierzyć w słońce. Przecie i ze zwajeckiego łuku niełatwo było przeszyć skalmierski puklerz, a broń kupieckiej straży nie wyglądała zbyt znacznie.

Łucznicy podnieśli łuki. Posiadlca roześmiał się głośno, odrzucając głowę do tyłu.

Nie zobaczył strzały. Nie poczuł ni uderzenia. Gruby wiergowski szyp przeszył jego zbroję z najzacniejszego skalmierskiego żelaza i wbił się głęboko między żebra.

Kiedy kusznicy wypuścili pierwsze szypy, Cherchel do bólu ścisnął rękojeść miecza. Obok niego wozak z rohatyną bezgłośnie powtarzał słowa modlitwy. Mały bard aż się wychylił zza wysokiej ściany wozu, żeby zobaczyć, jakie szkody poczyni wiergowski wynalazek. I gębę rozdziawił ze zdumienia.

Pyszne skalmierskie puklerze okazały się marną ochroną. Pierwszy szereg jezdnych zwalił się na ziemię. W skłębionej ciżbie mignął Cherchelowi srebrzysty szyszak dowódcy. Zaraz zniknął bez śladu, bo kolejni jezdni, nie mogąc wyhamować koni, wpadali na swych ra

– I jakże się wam podoba? – Zwajecki najemnik zaczepił hak, bez wysiłku napiął cięciwę i posłał w powietrze drugi szyp. – Patrzajcie na to!

Następna ława skosiła co najmniej tuzin nieszczęśników, którzy miotali się po pobojowisku. Ale co przytomniejsi Skalmierczycy zdołali zapanować nad rozpędzonymi wierzchowcami. Cherchel z uznaniem patrzył na dziesiętników, którzy sprawnie wydawali rozkazy przerażonym żołnierzom. Oddziałek rozdzielił się, omijając kłębowisko konających, ra

Ale kusznicy znów wystrzelili.

Cherchel dał znak. Sulicznicy nastawili ostrza.

Wekiera wyprostował się i, wrzeszcząc przeraźliwie, jął wywijać nad głową maczugą.

Bard zobaczył, że skalmierskie natarcie zwalnia i gubi impet, a karny oddział rozpada się na grupki wystraszonych zbrojnych. Niektórzy próbowali jeszcze walczyć. Trzy wozy dalej dwóch suliczników wybiegło zza ogromnej pawęży ku Skalmierczykowi na siwym wierzchowcu. Lecz bitwa została już rozstrzygnięta i najrozsądniejsi z napastników umykali chyłkiem.

Na darmo.

– Nareszcie! – Cherchel wykrzyknął najgłośniej jak potrafił i wskazał mieczem szczyt najbliższego wzgórza.

Twardokęsek był tak wściekły, że niemal nie widział na oczy. Cherchel oczywiście powinien pilnować się herszta, a nie gdzieś zwłóczyć po krzakach. Ale zbójca nie potrafił pojąć, jak to się stało, że pochłonięty kłótnią ze Złociszką zapomniał o własnych ludziach. Smarkula źle na niego działała. Zamierzał jak najszybciej odesłać ją do domu. Wojna nie była miejscem dla kobiet. Nawet Servenedyjki prędzej czy później stawały się przyczyną waśni.

Wyjechał na szczyt pagórka i stanął, zadziwiony. Po przeciwnej stronie płytkiej kotlinki jego ludzie ustawili furgony w trójkąt i oganiali się właśnie od resztek zbrojnych. Wozakom szło całkiem nieźle. Na błoniu leżało już kilka tuzinów trupa w obcej barwie. Twardokęsek spostrzegł grupki jezdnych, którzy zawracają konie i roztropnie umykają. U wylotu niecki raźno kolebały się trzy wozy taboru. Ich woźnice wywijali biczami nad końskimi grzbietami, aby skłonić zaprzęgi do większego wysiłku. Normalnie zbójca może pozwoliłby im uciec, bo Wiktoria i tak była przemożna. Nie chciał jednak, aby wieść o jego powrocie rozeszła się przedwcześnie.

– W nich! – wrzasnął. – Wybić psubratów do nogi!

Sam zamierzał zostać na szczycie wzniesienia i z oddali przyglądać się bitewnym przewagom swych ludzi. Ale kiedy kolejno zjeżdżali po łagodnym zboczu, kątem oka dojrzał błękitny kaftanik Złociszki i jasne włosy, które powiewały za nią na wietrze jak proporzec. Ze zdławionym krzykiem ruszył za nią.

Musiał przyznać, że jeździła po męsku, śmiało przeskakując nad wykrotami. Nie zawahała się ani razu. Dobrze, że napastnicy byli już w rozsypce i nikt się za bardzo nie kwapił do walki, bo dopędził smarkatą dopiero na pobojowisku. Twardokęsek nie wierzył własnym oczom, gdy w biegu zeskoczyła z konia i pochyliła się nad ra

– Co robisz? – Złapał ją za łokieć.

Zobaczył, że Złociszka trzyma w ręku mizerykordię.

– Zostaw! – syknęła, uwalniając ramię.

Za jej plecami ra

– Co robisz?

Dziewczyna zacisnęła dłonie na wystającej części szypu i z wysiłkiem wydobyła go z piersi martwego.

– Widzisz? – Uniosła ku zbójcy rozradowaną twarz. – Moje kusze! Działają!

Stał jak skamieniały, kiedy zarzuciła mu dłonie na szyję.

Bogoria obejrzał się przez ramię. Pochodnie połyskiwały nad oddziałem powstańców jak sznur świetlików i nikły za zakrętem przecinki.

– Daleko jeszcze? – sarknął Szydło. – Od tych wertepów skóra mi już na zadku oblazła.

– Niedaleczko – odparł Bogoria, który dawno temu zdecydował, że nie da się pokurczowi sprowokować do kłótni. – Rychło u bartników staniem. Tam wypoczniemy.

– Akurat. – Karzeł pociągnął nosem. – Dobrze, jeśli znajdzie się miejsce na sianie, by głowę złożyć. No, ale nie narzekam. Obiecałem Szarce, że będę was strzegł, a u mnie słowo od złota droższe.

Szlachcic nie podjął rozmowy. Zdążył się nauczyć, że pozostawiony samemu sobie Szydło nudzi się szybko i milknie.

– Wiecie, że ten zbójca – zgadnął go znów karzeł – Chąśnik go chyba wołali, dwie noce temu czmychnął?

– Od początku mi się zdawało, że to człek niepewny – mruknął mimo woli Bogoria. – I nie omyliłem się.

– Nie trwoży was nieco, że do pobratymców pognał? – spróbował znów karzeł, rad ogromnie, że mu się w końcu udało skłonić szlachcica do pogawędki. – Wie dobrze, gdzie naznaczyliście szlachcie spotkanie, a Wężymord szczerym złotem za podobną wieść zapłaci.

Bogoria długą chwilę rozmyślał w milczeniu.

– Nie, nie zdaje mi się – odparł w końcu.

– Czemu? – naciskał Szydło, coraz bardziej zadowolony z siebie. – Przecie szczery Pomorzec, a pewnie jeszcze od i

Bogoria, który sam nie był wątły, poruszył się niespokojnie na siodle. Szydło miał jęzor ostry jak brzytwa i lubił dręczyć swoje ofiary. Ale nie zbywało mu na słuszności. Chąśnik zniknął bez śladu.

– Pewnie za Twardokęskiem pognał – rzekł, aby zagłuszyć strach.

– Jeno dokąd? – odparł z powątpiewaniem karzeł. – Do Książęcych Wiergów?

Szlachcic nic nie odpowiedział. Obliczył, że zbójca powinien wrócić parę dni temu. Nie pojawił się jednak. Nie przysłał też żadnej wiadomości. Ani jednego słowa.

– E, nie wierzę, aby go odnalazł – oznajmił niziołek. – Twardokęskowi też nie spieszy się zbytnio z tą odsieczą. Co zrobicie, jeśli się okaże, że na Rogobodźcu nikt się prócz was nie pojawi? Nikt prócz was i Pomorców.