Страница 114 из 147
Lusztyk zastanawiał się później, czy właśnie wtedy, gdy ojciec upokorzył ją przed całym dworem i wielką radą dożów, uknuła ów szalony spisek, który doprowadził do śmierci jej brata. Ale i tak nie zdołała namówić ojca, aby zażądał od Suchywilka wydania jej synów, których teraz uważała za dziedziców Skalmierza. Stary doża był zbyt sprytny, by nie wyśledzić mocodawców mordu na własnym synu. Na wpół oszalały z rozpaczy, zamknął córkę w klasztorze na wyspie, a jej młodego kochanka z sekty dusicieli wypędził precz z państwa. Ale najpierw kazał połamać mu ręce.
Lusztyk z wysiłkiem skoncentrował się na słowach dziewczyny. Cokolwiek zamierzała, nie zdoła wiele zbójcom zaszkodzić. Jeszcze zanim zamknięto bramy, Chąśnik ukradkiem ruszył na północ, ku żalnickiej granicy, aby jak najszybciej zanieść zbójcy wieść o zamachu na Kościeja.
– Owszem – mówiła Złociszka. – Ale większość jest zbyt stara lub nazbyt strachliwa, aby nam przeszkodzić.
– Jesteś pewna?
Z góry jednak znał odpowiedź. Kobiety są zazwyczaj pewne swoich pragnień. Choćby tych najmniej roztropnych.
Wypędzono go ze Skalmierza zimą, po rytualnej chłoście przed siedzibą bractwa dusicieli – wciąż nosił na plecach jej ślady. Jakimś sposobem dowlókł się na żalnickie pogranicze, do klasztoru Jałmużnika. Ręce wygoiły się z czasem, choć kości trzeba było łamać jeszcze dwa razy i składać od nowa. Później doszedł do wniosku, że doża wyświadczył mu przysługę, choć nie umiał zgadnąć, czy stało się tak przypadkiem, czy stary władca istotnie umiał wykrzesać w sobie iskrę współczucia dla mordercy jedynego syna. Bo Lusztyk wiedział, że gdyby mógł, wyprawiłby się tamtej zimy do Skalmierza, aby uwolnić kochankę. Bez względu na wszystko.
Zastanawiał się czasem, czy błagała o litość, kiedy kapłani Sen Silvara od Wichrów obdarli ją z jedwabnych szat, przyodziali we włosie
Pozwolono jej zamieszkać na uboczu, w rodzi
Lusztyk nie umiał rozstrzygnąć, czy powinien ją opowiedzieć tej jasnowłosej córce lichwiarza, który został bankierem i burmistrzem jednego z najpotężniejszych miast świata. Na swój sposób była bardzo niewi
– Znam ich. – Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo. – Gdyby poszło po ich myśli, rozszarpaliby mnie jutro jak wściekłe psy. Ale skoro na murach moi ludzie stoją, będą się na brzuchu czołgać i o litość skomleć. Taką mają naturę. Ugną się przed silniejszym. Ojciec urabiał ich w palcach jak wosk.
– Póki nie spróbowali go zabić.
– I dokończą dzieła, jeśli jutrzejszego ranka rada zbierze się w ratuszu. Muszę po prostu uprzedzić cios. – Kurczowo zacisnęła palce na krawędzi pulpitu. – Zapłacę ci. Zapłacę, ile zechcesz.
Skalmierski dusiciel przyglądał się jej badawczo. Tej nocy była podobna do struny, naprężonej do granic możliwości i gotowej pęknąć. Jednak zaskakiwała go, zaskakiwała go nieusta
– Co zrobisz rano? – zapytał, aby zyskać na czasie.
Kiedy był całkiem małym chłopcem, nauczyciel w mrocznej, przysadkowatej akademii dusicieli opowiadał uczniom o minionych spiskach i zamachach, kazał im rozważać błędy popełnione przez współbraci i wyszukiwać przeoczone możliwości. Lecz tych, jeśli Złociszka naprawdę miała dożyć kolejnego wieczoru, było niedużo. Właściwie tylko jedna.
– Czy to nie oczywiste? – Odgarnęła z twarzy kosmyk włosów.
Zniecierpliwił się. Nie lubił zagadek, a krople wodnego zegara przetaczały się nieusta
– To nie zabawa, panienko – upomniał ją – ani gra w szachy. To się dzieje naprawdę. I śmierć też jest prawdziwa. Jeśli nie chcesz, nie gadaj. Ale nie tylko własną głowę ryzykujesz, więc nie licz, że pójdziemy za tobą, nie wiedząc, co knujesz.
Wtedy mu powiedziała. I kolejny raz podczas tej niesłychanie długiej nocy Lusztyk uśmiechnął się nieznacznie. Znów go zaskoczyła. Co więcej, dała mu szansę, aby zrobił coś, czego nie próbował dokonać od bardzo, bardzo dawna. Odkąd wykluczono go ze skalmierskiego bractwa i pod karą śmierci wygnano z rodzi
Rajca Kurdyban nie mógł spać tej nocy. Nie, nie trapił się dziwną bezczelnością burmistrza, choć ten podczas ostatnich tygodni rozpanoszył się tak dalece, że za nic miał sobie powagę rady i zagroził najzacniejszym rodom miasta. Więcej jeszcze, podżegał przeciwko nim pospólstwo, burząc przyrodzony porządek rzeczy i ład w mieście. Jak każdy parszywy kundel, gryzł rękę, która go wykarmiła.
Na wspomnienie bezczelności Kościeja rajca zaklął plugawo. Ból odezwał się ze zdwojoną mocą, niemal pozbawiając go tchu. Kurdyban opamiętał się szybko i rzucił pełne skruchy spojrzenie na obraz świątobliwej księżniczki, opiekunki miasta, ozdobę jego domowej kaplicy. Ale po prawdzie nie czuł się wi
Owszem, Kurdyban musiał przyznać, że z czasem Kościej dochrapał się pewnego majątku i wżenił ostatecznie we wcale zacną mieszczańską rodzinę. Ale bogowie widać brzydzili się jego zachła
Rajca skrzywił się bezwiednie. Bardzo dobrze pamiętał, jak smarkula kazała mu pół dnia czekać w świetlicy, za nic sobie mając zaszczyt, który spadł na nią z nagła i bez żadnej zasługi – propozycję poślubienia seniora jednego z czterech rodów, które stanowiły o potędze kupieckiej republiki. No, ale teraz Złociszka otrzymała nauczkę. Raz na zawsze.
Uśmiechnął się, lecz zadowolenie zaraz znikło bez śladu, zmiecione nową falą bólu. Kurdyban poruszył się niespokojnie na klęczniku. Zacisnął palce na modlitewnych paciorkach, próbując ponownie pogrążyć się w modlitwie. Całą noc żarliwie prosił świątobliwą panienkę, aby wstawiła się za nim u bogów i oddaliła od niego cierpienie. Jednak kamień wciąż tkwił tam, gdzie wcześniej, plecy i podbrzusze rajcy pulsowały bólem, a światowe myśli uparcie powracały. Nie potrafił ich odpędzić.
Problem Kościeja został bowiem wreszcie rozwiązany. Ostatecznie i w pełni zadowalająco. Oczywiście zadowalająco dla rajcy Kurdybana i jego sojuszników w radzie, zacnych wiergowskich mieszczan, którzy postanowili położyć kres awanturniczym zapędom burmistrza. Miarka przebrała się, kiedy wyszło na jaw, że Kościej niepotrzebnie drażnił Wężymorda, skumawszy się z buntownikami z Lipnickiego Półwyspu. Jakby tego było mało, lichwiarz bezwstydnie jął gromadzić wojsko pod samym bokiem Książęcych Wiergów. Pewnie sądził, że rada miejska to przeoczy, prychnął w myślach Kurdyban. Jakbyśmy byli bandą idiotów.