Страница 9 из 45
Kaminsky niepewnie spojrzał na leżący przed nim pakunek. Ostrożnie, jakby bojąc się, że w środku może być bomba, dotknął białej powierzchni.
– Wie pan… – zaczął powoli, ale nagle zmienił zamiar. Jego oczy nabrały blasku. – Dużo myślałem o pańskim przypadku – powiedział zdecydowanie. – Myliłem się. W końcu każdy może się mylić… – dramatycznie zawiesił głos. – Panu trzeba pomóc!
– Wskaże mi pan kogoś?
Ręka lekarza spoczęła na kopercie.
– Sam się tym zajmę.
Twarz Fargo nie zmieniła wyrazu.
Pomyślał, że od kilku dni nic nie może go zadziwić. Następne godziny również nie przyniosły niczego zaskakującego. Dziesiątki testów wypełnianych w nerwowym pośpiechu, tomografia, nieusta
Frank Kaminsky był dobrym fachowcem. Nawet laik, widząc jego systematyczne, wyważone ruchy, zdobywał pewność, że nic nie pominięto, nie zapomniano o żadnym drobiazgu, że każda możliwość, każda furtka została dokładnie zbadana. Kiedy jednak w zupełnych ciemnościach, prawie o północy, wracali z laboratorium do gabinetu, twarz lekarza ciągle była zasępiona. Fargo był zbyt zmęczony, żeby zadawać jakiekolwiek pytania. Ocierał chusteczką czoło, zachła
– I co, panie doktorze? – powiedział ochrypłym głosem. – Jak to wygląda?
Kaminsky powoli podniósł oczy znad papierów.
– Tak, jak wyglądać nie powi
– Nie mam żadnej szansy?
Lekarz nie odpowiedział. Wyjął z szuflady grzebień, podszedł do niego i zaczął rozczesywać mu włosy. Fargo zetknął się kiedyś z opinią, że wszyscy psychiatrzy są po części wariatami, ale nigdy jeszcze nie był skło
– Wydusi pan wreszcie coś z siebie, czy nie? – warknął. Kaminsky ponownie zajął swój fotel, obracając grzebień w palcach.
Cisza przeciągała się nieznośnie.
– Tak jak sądziłem, nie ma pan na głowie blizn – podjął nagle tonem krańcowego zniechęcenia. – To dowodzi, że nie przeprowadzono żadnej operacji na pana mózgu. Ale to niemożliwe, żeby nie pamiętał pan kompletnie niczego, zachowując się jednocześnie w sposób… – urwał, ze złością rzucając grzebień. – To znaczy… wszystko jest możliwe. Zawsze można znaleźć jakieś precedensy, ale… – plątał się coraz bardziej. – Nie wiem. Poza operacją są, co prawda, i
– Gdyby stało się to w jakichś ekstremalnych warunkach – ciągnął – to może… Nie, bzdura – pochylił się znowu nad papierami. – Ma pan ciekawy typ osobowości – zmienił nagle temat, jakby chciał się uwolnić od męczących go wątpliwości. – Nazwałbym ją „wchłaniającą”, niesłychanie łatwo przyswajającą wszystko co nowe i obce. Ale to akurat niczego nie wyjaśnia.
Fargo zastanawiał się, czy to, co powiedział lekarz, może mieć jakiś związek z jego niesamowitymi zdolnościami. Po namyśle odrzucił jednak tę możliwość.
– Pan musi coś pamiętać! – Kaminsky nagle podniósł głos. – Coś musiało w panu zostać! Cokolwiek!
– Chryste, przecież mówiłem… – zmęczenie potęgowało nastrój rozgoryczenia.
– Proszę się skupić. Może jakieś zamazane obrazy?
– Nie.
– Jakieś gesty? – Lekarz napierał coraz ostrzej. – Słowa?
– Słowa? – Fargo wzruszył ramionami. – Pamiętam słowa piosenki. Tylko parę wersów, chyba jedną zwrotkę, a może refren.
– Co? – Kaminsky spojrzał na niego w skupieniu.
– Słowa piosenki. „Więc zabierz, zabierz mnie do ogrodu rozkoszy, gdzie sekretne pocałunki na górze wiatru…” – urwał widząc, że lekarz śmieje się coraz głośniej.
– Czy coś się stało?
Kaminsky rozparł się wygodnie w trzeszczącym fotelu.
– Po prostu jesteśmy w domu.
– Ta piosenka… To coś znaczy?
– Tak. Myślę, że zastosowano wobec pana niezwykle rzadką metodę blokowania pamięci – potarł brodę. – To już wyższa szkoła jazdy. Takich cudów dokonują tylko naprawdę dobrzy specjaliści. Zapewne kazano panu powtarzać bezmyślnie te rymy, żeby choć częściowo wyłączyć świadomość i wtedy dokonano zabiegu. Stąd też z całej przeszłości pamięta pan tylko tę zwrotkę.
– Ale mówił pan, że nie mam żadnej blizny.
– To… nie była operacja w klasycznym tego słowa rozumieniu. Są też… i
Fargo odruchowo zacisnął pięści.
– Czy… czy to jest odwracalne?
Kaminsky zapalił papierosa Przedłużającą się, pełną napięcia ciszę przerwało jedno słowo: – Tak. Lekarz przysunął sobie popielniczkę.
– Niemniej, nie jest to proste – pedantycznie zebrał palcem odrobiny popiołu z lśniącego blatu biurka. – Myślę, że specjalista, który się tego podjął, zostawił sobie jakąś furtkę. Bardzo możliwe, że uwarunkowano pana na jakiś środek chemiczny, może lekarstwo… Jeżeli pan je zażyje, pamięć powróci sama.
– Myśli pan, że to możliwe? – Fargo aż się poderwał z fotela.
– Owszem. – Kaminsky powstrzymał go ruchem ręki. – Ale niech pan nie biegnie do najbliższej apteki i nie pcha do ust wszystkiego, co tylko podejdzie pod rękę. Prędzej się pan zatruje albo bezwiednie wyleczy z kamicy nerkowej, niż przypomni przeszłość – uśmiechnął się ironicznie. – Ten środek to na pewno nie aspiryna.
Lekarz pochylił się i szybko napisał coś na jednym ze spiętych zszywką arkusików.
– Skieruję pana do jednego z najlepszych specjalistów w tym kraju – na marginesie zanotował kilka uwag. – To doktor Frederic Jastrow, mieszka niedaleko stąd, na przedmieściach. Jeśli on panu nie pomoże, to… – potrząsnął głową. – Może spróbuje pan w Unii, może w Stanach…
Fargo zerknął na trzymaną w ręce kartkę, potem złożył ją pieczołowicie i schował do kieszeni.
– Na pewno spróbuję – powiedział, wstając z fotela.
– Proszę pana, już dojeżdżamy.
Fargo drgnął na tylnym siedzeniu taksówki. Nie spał ani przez chwilę. Jego bezruch nie wynikał z monotonii krajobrazu widocznego za zamkniętymi szczelnie szybami. Natłok myśli i oczekiwań związanych z mającą nastąpić wizytą szarpał nerwy i nie pozwalał skupić się na czymkolwiek i
– Poczeka pan na mnie – mruknął do kierowcy.
– Długo?
– Aż wrócę – rzucił do skrytki kilka banknotów. Czarna twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
– Jasne, będę czekał aż do końca świata albo i dłużej – sprawna dłoń dyskretnie przeliczyła szeleszczące papierki. – No, jesteśmy na miejscu.
Samochód zatrzymał się na podjeździe ogromnego domu zbudowanego w starym, kolonialnym stylu.
– Proszę bardzo – kierowca zdalnie otworzył tylne drzwi – będę czekał o tam – wskazał ręką drugą stronę ulicy. – W cieniu.
Fargo wysiadł, powoli prostując zdrętwiałe podczas jazdy mięśnie. Nie interesowało go piękno okolicy ani żadne architektoniczne subtelności. Podszedł wprost do dębowych, przytłaczających swym ogromem drzwi i nacisnął dzwonek. Mimo że dom zdawał się pusty, prawe skrzydło wrót otworzyło się prawie natychmiast. Nie było też słychać najmniejszego nawet skrzypnięcia, a uroda dziewczyny, która stanęła przed nim, mile go zaskoczyła.
– Czy zastałem doktora Jastrowa?
– A… jest pan umówiony?
Przemknęło mu przez głowę, że mógł wcześniej zadzwonić.
– Bardzo mi zależy na tej wizycie… – zawahał się. Kitel okrywający dziewczynę świadczył, że raczej nie jest córką ani „zaprzyjaźnioną” sekretarką właściciela domu. Ciągle niepewny reakcji wsunął do jej kieszeni banknot o wysokim nominale. – Byłbym bardzo zobowiązany…