Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 39 из 45

– Odnalazłem jednego z ludzi przydzielonych mi do ochrony.

– Którego?

– Kena Sienę.

Keldysh wyraźnie odetchnął.

– Ale on jest jakiś dziwny – kontynuował Fargo. – Do jasnej cholery, czy pan wie, jak on wygląda?

– Wiem. On ci pomoże, Ly

– Ale… nie wiem, czy można mu ufać…

– Można. Bardziej niż sobie samemu – odwrócił głowę i nagle zmienił temat. – Bob rzadko rozmawia z klientami – szepnął. – Bądź wyraźnie znudzony.

Fargo zabrał opróżnioną szklankę, przyjął stara

Keldysh wyszedł na chwilę do toalety, a gdy wrócił, zajął swoje stałe miejsce przy kontuarze baru.

– Wracając do Sieny. – Naczynie z piwem osłaniało usta mówiącego. – On zrobi wszystko, co mu każesz.

– Myśli pan, że ja się nadaję na faceta, który sypie wyrokami śmierci jak z rękawa?

– Nie o to chodzi. Sam zrozumiesz.

Jeden z gości podniósł rękę na znak, że chce płacić. Keldysh rzucił okiem na stojące na jego stoliku naczynia.

– Funt dwadzieścia – szepnął. – Nie pomyl się.

Nim Fargo po minucie wrócił na miejsce, siwy mężczyzna na wysokim stołku miał już poukładane w głowie wszystko, co chciał powiedzieć.

– Patrz w i

– Gdzie?

– Nie mam pojęcia. Pewne poszlaki wskazują na południe Anglii… Ten człowiek dysponuje dużymi możliwościami, nie takimi jak niegdyś Fulbright, ale jest dostatecznie zabezpieczony, by zapobiec próbie „wstrzelenia się” do jego ciała kogoś i

Fargo otarł twarz. Wzdrygnął się, zanim przypomniał sobie, dlaczego ręka jest czarna.

– Teraz niech mnie pan posłucha – powiedział cicho, ledwie otwierając usta – Jestem śmiertelnie chory i…

– Ty, chory? Nie żartuj, chłopcze.

– Do jasnej cholery, przecież nie mogę „wstrzelić się” w czyjeś ciało na całe życie. Początkowo stłumiona tamta świadomość pomiesza się z moją i… – Odruchowo machnął ręką. – Tak napisano w tym pańskim podręczniku.

– Zastanów się nad… – Twarz Keldysha przeszył nagły skurcz. – Zaraz, skąd wiedziałeś, że mnie tu znajdziesz?

– Od Clancy’ego.

– On pracuje dla nich.

– Wiem. Powiedział mi to pod lufą rewolweru.

Uspokojony Keldysh skinął głową.

– Skoro tak… Dobrze, że ten drań nie żyje.

Fargo przełknął ślinę.

– Obawiam się, że jeszcze żyje…

– Co?!

– On…

– Chryste… Jeśli on żyje, to cały ten burdel jest obstawiony. – Po raz pierwszy na jego dystyngowanej i zwykle opanowanej twarzy zagościło zdenerwowanie, z trudem walczył, by nie podnosić głosu. – Clancy był monitorowany telepatycznie. Musisz uciekać…

– Ale…

– Zjeżdżaj stąd. Natychmiast. – Keldysh rozumiał doskonale, że nie wolno krzyczeć na kogoś, kto jest amatorem w swoim fachu, żeby nie odebrać mu resztek pewności siebie. – Słuchaj, Ly

Widząc wahanie na czarnej twarzy, prawie krzyknął:

– Ratuj się wreszcie! Zjeżdżaj!

Fargo „wstrzelił się” w przechodzącego za oknem człowieka w momencie, gdy poczuł pierwsze znajome oznaki mrowienia za uszami. Zaraz potem przeniósł się do kogoś i

„Zaskoczyli mnie” – pomyślał. – „Nie chcą, żebym się zabił.” Ale nie… Przeszukał swój czysty i jasny teraz umysł. Czuł, że dzieje się tam coś dziwnego. Zagadkowy, nieprzenikalny dotąd kokon, który tkwił gdzieś na granicy świadomości, rozwinął się teraz, promieniując porażającą energią. – „Działa jak tłumik. Pomaga mi się ukryć przed telepatą…”

Roztrzęsiony, zobaczył, jak wyglądający na zwykłego przechodnia człowiek z wykrzywioną nagle z wściekłości twarzą wyszarpuje z kieszeni rewolwer. Odruchowo „wstrzelił się” w niego, przebiegł kilkanaście kroków i „przeskoczył” w nadbiegającego policjanta. Znowu kilkanaście kroków i znowu zmiana. Tym razem gnał w ciele młodego wysportowanego mężczyzny, klucząc wśród oszołomionych wypadkiem przechodniów. Kiedy oddech stał się zbyt urywany, „wstrzelił się” w kierowcę przejeżdżającej obok limuzyny. Gwałtownie nacisnął pedał gazu, słysząc jak delikatne mruczenie dużego silnika przeradza się w ryk.

– Martin! – przerażony pasażer odsunął dzielącą ich szybę. – Martin, co robisz?!

Wyjechał na środek jezdni, mijając wolniejsze pojazdy, potem nacisnął hamulec, stając dosłownie o milimetry od blokującej drogę ciężarówki. Błyskawicznie „wstrzelił się” w kierowcę autobusu posuwającego się drugim pasem. Tu również ostro dodał gazu. Szarpnął kierownicą, omal nie wywracając piętrowej maszyny w ostrym zakręcie. Prawy reflektor zgasł od uderzenia w stos drewnianych skrzynek, które rozleciały się, rozbijając szyby pobliskich wystaw. Z tyłu słyszał histeryczne piski kobiet, jakiś żołnierz dusił go, usiłując wyrwać kierownicę.

Błyskawicznie przerzucił się na odzianego w skórzany kombinezon motocyklistę. Nasilający się w wieczornym szczycie ruch zmusił go do wjechania na chodnik. Wzbudzał panikę wśród uskakujących na wszystkie strony ludzi, ale nie mógł opanować nieznanej, wyrywającej się spod niego maszyny. Przewrócił się na jakiejś kracie i leżąc na plecach, nawet nie usiłując się podnieść, „wstrzelił się” w patrzącego na niego, zawieszonego na ruchomej ławeczce czyściciela okien. Jednym uderzeniem nóg rozbił szybę i wpadł do środka pustego gabinetu w jakimś biurowcu. Czuł, że ogarnia go histeria. Zmieniał niosące go ciała co kilkanaście minut. Był robotnikiem pracującym przy wykopie, młodym człowiekiem w szybkim sportowym samochodzie, policjantem na koniu, sprzątaczką, kierowcą furgonetki… Żadne korki, mosty, zablokowane wiadukty, zbiegowiska, tunele ani budynki nie były dla niego przeszkodą.

Kiedy wrócił wreszcie na fotel ustawiony przy oknie pensjonatu, dyszał, jakby lada chwila miały mu pęknąć płuca. Był tak zmęczony, iż dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że w rzeczywistości jego ciało od wielu już godzin nie wykonało nawet najmniejszego ruchu.