Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 45

Fargo spojrzał na zegarek. Miał jeszcze dużo czasu, ruszył więc na poszukiwanie Patty.

Na wąskim korytarzu pierwszego pięta ludzie tłoczyli się jak we wnętrzu autobusu w godzinach szczytu. W rzeczywistości stało tam zaledwie kilkanaście osób, ale w porównaniu z ogarniętą już popołudniową se

Patty czekała na samym początku kolejki.

– Nareszcie – na jego widok rozłożyła ręce. – Gdyby nie ja, musiałbyś tu przyjść jutro.

– O co chodzi? – przyjrzał się kartce na drzwiach, ale ta nie wyjaśniała niczego.

– Pamiętasz, jak w zeszłym miesiącu komisja z wydziału psychiatrii robiła nam testy?

Zmarszczył brwi na wspomnienie nudnych godzin zmarnowanych na wypełnianiu zawiłych formularzy.

– To ci, co męczyli nas przez dwa dni?

– Tak. – Patty wskazała kciukiem drzwi. – Opracowali wyniki i właśnie je rozdają.

– Długo to potrwa?

– Trochę. W programie mają jeszcze – zrobiła zabawną minę – rozmowę z „pacjentem”.

– Cholera – znowu zerknął na zegarek. – Muszę wpaść do dziekanatu przed zamknięciem – odruchowo podniósł trzymaną w ręce kartkę.

Twarz dziewczyny przybrała wyraz najwyższego poświęcenia.

– Znaj moją dobroć.

– Co?

– Wejdź pierwszy – wpuściła go przed siebie. – A tak nawiasem mówiąc, masz chwilę czasu dziś wieczorem?

– Hm, zależy, jak długa ma być ta chwila…

– Nie drocz się.

– Może znajdę…

Przerwało mu głośne otwarcie drzwi, w których pojawił się student z grubą kopertą pod pachą.

– Może wchodzić następny – powiedział.

– Idź. – Patty popchnęła go lekko.

Wewnątrz adaptowanego na pokój przyjęć gabinetu siedziały tylko trzy osoby. Dwóch lekarzy, jeden za biurkiem, drugi przy drukarkach, oraz sekretarka pochylona nad klawiaturą uczelnianego terminala.

– Nazwisko?

– Ly

– Zaraz znajdziemy pańskie papiery. Chcielibyśmy najpierw… – Lekarz urwał nagle, wpatrując się w jego twarz. Drugi znieruchomiał, spojrzał na Fargo znad okularów o grubych szkłach. Sekretarka podniosła głowę.

– Czy… coś się stało?

– Ach, nie – żachnął się ten za biurkiem. – Po prostu… pańskie wyniki trochę odbiegają od przeciętnej… – widać było, że z trudem dobiera słowa. – To znaczy, są diametralnie różne…

– Czy mogę je zobaczyć? – przerwał Fargo.

– Obawiam się, że nie. Zabrała je instytucja, która zleciła badania. – Na ustach siedzącego pojawił się nieszczery uśmiech.

– Ale na pewno je panu przyślą – dodał drugi.

– Czy coś mi jest? – zaniepokoił się Fargo. – To jakaś choroba?

– Ależ skąd. Nie badaliśmy podatności na choroby psychiczne.

– Więc co? – spytał niezbyt grzecznie.

– My tylko opracowujemy testy – siedzący nad kartami lekarz zdjął okulary. – Na pewno przyślą panu wyniki, proszę się niczym nie martwić.

– Wychodząc, poproś następnego – powiedziała sekretarka.

Fargo czuł, że nie dowie się niczego więcej. Złość na ważniaków za biurkiem na moment przygłuszyła rodzący się w głębi duszy niepokój, obrzucił ich więc pogardliwym spojrzeniem i wyszedł trzaskając drzwiami.

– Co, już? – Patty zgasiła dopiero co zapalonego papierosa. – Tak szybko?

Zdołał się uspokoić na tyle, żeby odpowiedzieć niefrasobliwym tonem:

– Mojego geniuszu nie da się zmierzyć. Będą mi stawiać pomniki.

– Tak, tak! – krzyknął ktoś z kolejki. – Przed czy po tym, jak cię zamkną na tym samym oddziale co obu Einsteinów i Napoleona?

– Nie przejmuj się tak bardzo. Nie zabraknie tam miejsca i dla ciebie! – odciął się Fargo. – Muszę lecieć – powiedział do Patty. – Dziękuję za zajęcie miejsca.

Na schodach przypomniał sobie, że mógł spytać nadętych lekarzy, jaka instytucja zleciła badania. Zatrzymał się nawet, ale w końcu machnął ręką. Nie zamierzał wracać na górę. Szybko przebiegł ostatnie stopnie i otworzył ciężkie, rzeźbione drzwi będące jedyną ozdobą holu. Dziekanat o tej porze był pusty, jedynie pa

– To znowu ty? – uśmiechnęła się leniwie.

– Muszę włożyć zaświadczenie do swoich akt.

– Przecież robiłeś to dziś rano.

Rozprostował trzymaną w dłoni kartkę.

– To zupełnie i

– Ta biurokracja kiedyś nas wykończy. – Pa

– Po minucie? To ktoś od nas? Z uczelni?

– A skąd. Jakieś nieciekawe typy.

Fargo uśmiechnął się z przymusem, podchodząc do zawierającej kartotekę, ukrytej za przepierzeniem wnęki. – Mogę?

– Jasne.

Szybko odnalazł własną przegródkę. Miał już włożyć do niej nowy dokument, kiedy zamarł nagle z wyciągniętą ręką. Jego papiery leżały w zupełnie i

– Mówiła pani, że skąd byli ci ludzie, którzy tu szperali?

– Pojęcia nie mam. Dziekan kazał ich wpuścić.

Pa

– Byłabym zapomniała, jest list do ciebie – zdobyła się na miły wyraz twarzy.

– Przyszedł tutaj? Na adres uczelni?

– Doręczył go goniec. Ale mam prośbę – uśmiechnęła się. – Przeczytaj go na zewnątrz. Muszę już zamykać.

– Oczywiście, proszę pani. Dziękuję.

Pomógł jej domknąć ciężkie drzwi. Potem z niecierpliwością rozerwał cienki papier.

„Kierownictwo Tyson House Museum ma zaszczyt zaprosić Pana na uroczysty bankiet, który odbędzie się w czwartek po południu. Obowiązują stroje wieczorowe. Z poważaniem…” – Tu następował zamaszysty, ale nieczytelny podpis.

„Po południu” – wzruszył ramionami – „nawet nie raczyli podać godziny”. To była pierwsza myśl. Tyson House? Nigdy nie słyszał o takim muzeum. Czyżby to miało jakiś związek z jego obrazami? Megalomania… Jeszcze raz przebiegł oczami tekst, ale pokryta drukiem kartka nie zawierała żadnego wyjaśnienia.

Wielki staromodny gmach muzeum w niczym nie przypominał przybytku nowoczesnej sztuki. Być może, opiewający rewolucję w architekturze lat dwudziestych minionego stulecia, Reyner Banham uznałby go za krok milowy w budownictwie tamtego okresu, ale była to już zamierzchła przeszłość i Fargo nie mógł otrząsnąć się z wrażenia, że ktoś popełnił pomyłkę. Podejrzenie to przybrało na sile, kiedy wszedł do rozległego holu. Portier w liberii zerknął na zaproszenie i wskazał mu drogę, mówiąc, że część oficjalna już się zaczęła.

– Na tym świstku nie było nawet godziny. – Fargo czuł się wyjątkowo źle w pożyczonym od kolegi smokingu.

Odpowiedział mu tylko kolejny ukłon.

– Czy nikt nie zostawił dla mnie żadnej wiadomości?

– Nie, proszę pana.

Mocno zdenerwowany, ruszył schodami pokrytymi czerwonym dywanem. Przed ogromnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami nie było nikogo z obsługi. Niepewnie rozejrzał się wokół i po chwili wahania szybko wślizgnął do środka. Bezszelestnie domknął drzwi, podniósł głowę i skamieniał, opierając się plecami o rzeźbione drewno. Z wysokiej na kilka kondygnacji, przestro