Страница 98 из 108
– Kurde! Skąd wiedziałaś?
Ale prawdziwą klasę pokazała dopiero Ar
– Żołnierzu – szepnęła. – Umyjcie nareszcie nogi.
Oddział zamarł przerażony. Żaden z normalnych ludzi na wietrze i mrozie nie byłby przecież w stanie wyczuć nawet dymu z pobliskiego ogniska.
Achaja chciała podbiec po swoje pozostawione na drodze konie, ale Shha wysłała tam dwie szeregowe. Sama wysunęła jedną nogę ze strzemienia.
– Chodź, Lalko, ze mną będzie ci cieplej. – Zrobiła jej miejsce na swoim siodle.
Achaja z trudem wspięła się przed nią, przekładając nogę nad głową konia. Shha objęła ją i przytuliła się od tyłu.
– Tak się martwiłam, siostrzyczko.
– Ja też. Wiesz… Najgorzej było, jak zasypiałam. Myślałam, że się pobeczę.
– Ja się pobeczałam parę razy – wyznała Shha szeptem. – Szłam gdzieś z dala od namiotu i… ryczałam jak głupia. Głośno.
– Siostrzyczko…
– Ciiii. Już jesteśmy razem. Ciiiiii…
Achaja przetarła oczy. Na szczęście śnieg zaczął znowu padać i te obok niewiele widziały.
– Shha, siostro, przy tobie ten cały zasrany świat wydaje się…
– Ciiiiiiii… – Sierżant pocałowała major w szyję.
Nie musiały jechać daleko. Najbliższy zajazd był raptem o ćwierć dnia drogi od miejsca, gdzie pluton urządził zasadzkę. Przed zbitą z nierównych bali, dość sporą budowlą pod lasem stał wspaniały pojazd zaprzężony w szóstkę najlepszych koni, jakie kiedykolwiek widziały. Wokół ze dwudziestu rosłych służących z bronią zajmowało strategiczne pozycje.
– Uuuuuuuu… – jęknęła Ar
– Kurde. Skąd mogła wiedzieć?
– W obozie wojskowym użyłam czarów – skrzywiła się czarownica. – Od razu mnie wyczuła.
– Ona też?
– Tak. Ona też ma dar. A mnie to potrafi znaleźć z odległości piętnastu dni ko
Zsiadły z koni, szczękając zębami. Mróz znowu przybierał na sile. Achaja pchnęła ciężkie drzwi i pierwsza weszła do środka. Uuuuuuu… jęknęła w duchu, dokładnie jak przedtem jej koleżanka. Mroczne wnętrze zdawało się być rozświetlone przez złocistobiałą, olśniewającą suknię starszej już kobiety siedzącej za jednym ze stołów. Skurczony przy kuchni gospodarz wyglądał jakby sama królowa odwiedziła jego karczmę w towarzystwie dwóch liniowych dywizji. Nie śmiał nawet odetchnąć.
– Córeczko – kobieta podniosła się niespiesznie. – Co oni z tobą zrobili?
– Mamo, ja… – Ar
– Córko! Co jest z twoimi oczami? Czy to już widział jakiś medyk?
– Mama! Przestań.
– Bogowie! Co ty masz na sobie, dziecko? Co ty? Za chłopaka się przebrałaś? – Oczy starej czarownicy miotały gromy. – Te spodnie, przecież oblepiają ci pupę w sposób niezwykle wulgarny! Jak możesz się tak pokazywać przy ludziach?
Ar
– Co oni? Jucznego muła z ciebie zrobili? Jakim prawem kazali ci nosić to wszystko? – Wskazała na wyposażenie żołnierza zwiadu, które jej córka miała na sobie. – Dlaczego masz twarz posmarowaną sadzą?
Szeregowe, które w międzyczasie wchodziły do karczmy, stawały przy drzwiach, niepewne, co robić dalej. Oficerowie też nie byli lepsi. Stara czarownica potrafiła olśnić wszystkich samą swoją postawą i wyrazem twarzy.
– Ar
– Nie! – ryknęła nagle Ar
Harmeen, La
– Tylko nie próbuj tego, mamo! – krzyknęła, gotowa do rzucenia zaklęcia. – Radzę ci, nie próbuj!
Stara uśmiechnęła się, opuszczając rękę. Strzeliła palcami.
– Wszystkie sługi do mnie – szepnęła. – Brać ją i…
– Plutoooooon! – wrzasnęła La
– Mayfed i Zarrakh, kusze ładuj i do okien! – ryknęła Shha. – Chloe, Bei, miecze w dłonie i stać za jej plecami! Sharkhe, wskakuj na kuchnię! Druga drużyna blokuje schody. Trzecia od zaplecza!
Żołnierze runęły na wyznaczone pozycje. Gospodarz schował się za najbliższym stołem, chlipiąc ze strachu. Służący nie mieli żadnych szans. To był pluton zwiadu, a nie pieprzona piechota. Karczma w przeciągu dwóch oddechów zamieniła się w dobrze bronioną twierdzę.
– Mamusiu – Ar
Stara czarownica zacisnęła szczęki. Jednak towarzystwo prawdziwej księżniczki wyraźnie jej zaimponowało.
– Zschroekhrr – przedstawiła się nawet.
Bogowie! jedna myśl pojawiła się w umysłach wszystkich osób, które to słyszały, jak wymówić coś takiego? Zsch… co?
– Zschroekhrr – powtórzyła czarownica, przyzwyczajona do tego, jak ludzie reagowali na jej imię. – To po jakichś pięciu dniach ćwiczeń da się zapamiętać, a po dziesięciu nawet wymówić. – Uśmiechnęła się, o dziwo, nawet dość sympatycznie. Z drugiej strony… Niby co miała zrobić? Otaczało ją trzydziestu liniowych żołnierzy z kuszami w rękach. Podeszła do Achai.
– Pani. – Złożyła prawidłowy ukłon. – To zaszczyt dla mnie móc poznać panią.
Achaja, klnąc w duchu i czując śmieszność tego, co robi, oddała jej ukłon. Z boku musiało to wyglądać idiotycznie. Ktoś w mundurze szeregowca w pełnym rynsztunku, z plecakiem, zrolowanym kocem, kuszą na plecach, kołczanem, mieczem, nożem i sztyletami, łopatką, owinięty liną, obwieszony całą masą dodatkowego wyposażenia, robi nagle pałacowy ukłon.
Ar
– Gospodarz! – krzyknęła. – Jedzenie i wódkę!
Gospodarz jednak nie miał najmniejszego zamiaru wysunąć nosa zza stołu, za którym się schował. Za dużo zabójczych narzędzi tkwiło w rękach ludzi, którzy go otaczali.
Ar
– Ruszaj się, gnoju. Bo ci flaki wypruję.
Harmeen i La
– Już, już. Pani szeregowy. Już lecę!
Oficerowie i czarownice zajęły miejsca na najszerszej z ław. Reszta żołnierzy rozlokowała się na pozostałych. Gospodarz, prawie gubiąc buty, biegał roznosząc „pancerną” baraninę i dzbanki z gorzałką.
– Chyba nie będziesz jeść tego świństwa, córeczko? – Zschroekhrr przyłożyła do nosa perfumowaną chusteczkę.
– Głodna jestem – wyjaśniła Ar
Chwyciła największy kawałek z misy. W jej ustach nagle pojawiły się kły, które chwilę potem wbiła w twarde mięso. Wyszarpała spory kęs, budząc zdziwienie nawet wśród żołnierzy, które nie decydowały się na ryzyko utraty zębów, odcinając nożami małe kawałki.
– Bogowie! Jak to zrobiłaś? – szepnęła zszokowana Zschroekhrr. – Nie czułam żadnej magii!
Ar
– Córko! Natychmiast wracamy do domu!
– Nie! – Młoda czarownica przełknęła nareszcie. – Jestem teraz żołnierzem zwiadu, mamo.
Harmeen i La
– I będę walczyć, mamo. Bo warto! – zaperzyła się Ar