Страница 74 из 108
– Bo fajne.
Zobaczył jej niesamowity uśmiech, bezczelny, prowokujący, piękny. Popatrzył w jej głębokie oczy, w połowie przykryte nieprawdopodobnie długimi rzęsami. Zmieszał się przez moment.
– A ten kolor? – wskazał na jej prawie białe, króciutkie włosy. – Jaką farbą można coś takiego sprawić?
– Żadną. Są naturalne. – Roześmiała się w taki sposób, żeby zobaczył jej lśniące zęby w całej okazałości. – To blond – wyjaśniła. – Jestem blondynką.
– Ach – domyślił się. – Pochodzisz z kraju Chorych Ludzi?
– Mhm. Zawędrowałam aż do Dahmerii za chlebem. – Zerknęła w lewo, w górę, żeby jeszcze raz podkreślić, jakie ma piękne oczy, a potem spojrzała mu prosto w twarz. – Jestem Kasme. – Wyciągnęła rękę w jego kierunku.
Nie bardzo wiedział, co zrobić. Jakoś tak dziwnie… Naturalną rzeczą wydawało się wyciągnięcie własnej ręki i uściśnięcie jej dłoni. Zrobił to. I chyba tego właśnie oczekiwała.
Bogowie. Świat się zmieniał. Ten dzień, pierwszy przewrót w historii Troy, ta dziewczyna o blond włosach. Dymiąca tutka w jej ustach, ten wózek, w którym i
– Słuchaj, Kasme – powiedział po chwili. – Dlaczego nie nosisz żadnej broni?
Znowu to spojrzenie w lewo, w górę, żeby pokazać jak śliczne ma oczy.
– Mam broń. Nawet dwadzieścia sztuk. – Wskazała na swoich dahmeryjskich kuszników.
– Wiesz… musi minąć pewien czas, żeby ponownie naładować kuszę.
– Coś ci powiem – uśmiechnęła się znowu. Znowu bezczelnie i prowokująco. I był to śliczny uśmiech. – Skoro nie jesteś moim wrogiem i… gdyby doszło co do czego… Trzymaj się moich pleców. Trzymaj się moich pleców, Zaan, bo nie chciałabym, żebyś zginął.
Tym razem on się roześmiał. Była właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Tak jak Sirius, nie mnożyła trudności. Raczej je niwelowała. Nie widziała przed sobą każdego dnia wysokich gór niemożliwych do przebycia. Była z tych, którzy chwytają życie za pysk, kiełznają, kulbaczą, ujeżdżają. Twardo i do skutku.
Przerwało im przybycie gońca. Tak zdyszanego i spoconego, że ledwie mógł mówić.
– Panie!
Zaan chwycił go za rękę i poprowadził do Oriona.
– Mów szeptem, durniu!
Goniec ledwie mógł złapać oddech.
– Mika mówi… ktoś… wyłapuje naszych prowokatorów… wielu agentów aresztowano. Była próba ataku na… Biuro Handlowe… i…
– No, mówże wreszcie – syknął Orion.
– Siły Nauzei ochroniły Biuro, ale nie zrobią nic więcej. Armia Zachód nie wkroczy przywracać spokoju na ulicach, jeśli nie wybuchną zamieszki. Nie mamy łączności.
Zaan zakrył twarz obiema rękami.
– Mieli u nas kogoś. Szlag! Jednak mieli u nas jakiegoś człowieka!
– Czekaj – przerwał mu szeptem Wielki Książę. – Czy to znaczy, że nic nie możemy zrobić?
– Załatwili nas. Szlag! Jasny szlag! Załatwili, wiedzieli!
– No, domyślić się, co zrobimy, nie było trudno odgadnąć.
– Wielki Panie! – przerwał im nowy goniec. Zupełnie nie zdyszany, spokojny i znający pałacową etykietę. Złożył idealny ukłon. Dużo lepszy niż ten Siriusa przez chwilą. – Mistrz zako
Orion, nie on jeden zresztą, zerknął na stojącego dwadzieścia kroków dalej człowieka z czerwoną opaską mistrza na głowie. On też, choć na odległość, złożył ukłon. Wielki Książę zerknął na Zaana, ale tu, po raz pierwszy bodaj, nie otrzymał pomocy.
– Dobrze. – Orion ruszył w kierunku zako
Zaan dygotał z napięcia. Sirius przełknął ślinę. Zyrion chyba po raz pierwszy w swoim życiu zaczął się modlić. Jedynie Nauzea niczego nie rozumiała.
Wielki Książę niespiesznie przemierzył te kilkadziesiąt kroków. W ogóle czas jakby zwolnił nagle. Jakby przestał płynąć swym normalnym nurtem. Zdawało się, że wszystko wokół zamiera.
– Wielki Panie. – Mistrz wykonał jeszcze jeden ukłon.
– Czemu zawdzięczam przyjemność rozmowy z tobą?
– Przybyłem, niosąc smutną wiadomość – oświadczył mistrz zako
– Słucham.
– Sirius nie jest twoim synem, Wielki Panie. To zbiegły galernik Tyranii Symm. Oszust Zaan, który zabił naszego rycerza w Keddelwah.
Orion nie słuchał. Coś go ukłuło w brzuchu, przygięło do przodu tak, że nie mógł się wyprostować. Natłok myśli. To nie mój syn? To naprawdę nie jest mój syn? Z trudem odwrócił się, żeby zerknąć do tyłu. Kiedy Sirius i Zaan zobaczyli na jego twarzy wyraz kompletnej przegranej i wymienili się spojrzeniami… zrozumiał, że mistrz ma rację. I że oni wiedzą, co właśnie usłyszał.
Orion powstrzymał rycerza, który właśnie wyjmował jakieś papiery z dowodami na prawdziwość swoich słów. Czuł przejmujący ból w brzuchu, ból głowy, nie mógł się skupić. Oszukano go. Wystrychnięto na dudka jak małe dziecko.
– Panie – podjął rycerz. – Domyślamy się, co zamierzacie zrobić. Ale propozycja Rady jest niezwykle łaskawa. Wydaj nam Siriusa i Zaana, ukorz się przed Królem, przyznaj do knucia przeciwko Radzie, a my w zamian nie podejmiemy żadnych kroków wobec ciebie.
Orion jakby się otrząsnął. Podniósł głowę. Zaczął myśleć. Nic mu nie zrobią, poza tym, że okryje się wstydem. Historia zapamięta go jako głupiego starca, którego byle kto, jakiś tam galernik, oszukał. W kronikach będą pisać: „Szlachetny Orion dał się oszukać świąty
Wielki Książę uniósł głowę. Ból w brzuchu ustał. Już nie był skrzywdzonym ojcem. Był politykiem. Z kabury ukrytej w rękawie wyjął sztylet.
– Ależ panie – obruszył się rycerz Zakonu. – Nie sztyletem, nie ty osobiście, nie teraz. Dla tych dwóch oszustów sprowadzimy z Luan nawet samego mistrza Anai.
– Ty głupcze – powiedział Orion spokojnie.
Ujął sztylet mocniej i rozciął sobie lewe przedramię na całej długości. Kropelki krwi momentalnie zaczęły kapać na kamie
– Wielki Panie! – Rycerz runął do przodu, chcąc wyrwać księciu sztylet.
I o to chodziło. Orion dał sobie wyrwać sztylet momentalnie. Następnie chwycił rycerza i wrzasnął:
– Ratunkuuuuuu!!!! To zamach!!! Mordują Wielkiego Księcia na ulicy!!!
– Ale panie…
– Ratunku! Mordują Wielkiego Księcia Królestwa Troy!
Jego „kuzynowie”, którzy stali z tyłu, by nie słyszeć słów nie dla nich przeznaczonych, runęli do przodu jak burza. Co najmniej kilkanaście noży dosłownie rozdarło rycerza na strzępy w czasie krótszym niż wzięcie oddechu. Dwóch mężczyzn z długimi mieczami chlastało sługi w poczcie. Nie wiadomo, kto ściął gońca. „Kuzynowie” chcieli otoczyć księcia, ale ten wyrwał się i podbiegł do zszokowanych ludzi przy straganach.
– Zakon i Rada Królewska zabija Wielkiego Księcia na ulicy!!!! – wrzeszczał, brocząc krwią. – Ratunku!!! Jesteście świadkami, jak zabija się Królestwo Troy na waszych oczach!
Ludzie stali tak przerażeni, że gdyby ktoś w kompletnej ciszy, jaka nastała, choćby kichnął, to co najmniej kilka osób umarłoby ze strachu.
– Tu tworzy się historia! – ryczał Orion. – Właśnie tu, na waszych oczach! Po raz pierwszy w dziejach Rada kazała zamordować Wielkiego Księcia wprost na ulicy.
Przerażone kobiety klękały w szoku, kryjąc w dłoniach twarze.
– Tak właśnie zabija się wieczne Królestwo Troy! Jego zasady i odwieczne prawa! Tak właśnie zabija się… nas.