Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 7 из 108

– O, żesz ty – jęknął chłop. – O, żesz ty!

Dziewczyna chwyciła siekierę i zaczęła rąbać. Nie miała o tym pojęcia, ale waliła tak mocno, że wióry latały po całym podwórzu.

– Ty! Stój! Stój! Siekierę złamiesz! – krzyknął chłop. I dodał pod adresem żony: – Nic nie umie.

– Ale silna jak wół. Prawdę gadała.

– Eeeeeee…

– Dobra! Chodźże tu dziecko. – Gospodyni skinęła na nią palcem. – Tu, do chałupy.

Widać stary nie miał nic do gadania. Achaja weszła do niezbyt wielkiego, ale stosunkowo jasnego wnętrza. Wszystkie sprzęty, tkaniny, ba, cały dom przecież, musiały zostać wykonane siłami miejscowych, a pewnie samego gospodarza i jego rodziny. Dziewczyna nigdy nie była w chłopskiej chałupie.

– No – powiedziała gospodyni. – Rozdziewajże się, dziecko, bo mi się zgrzejesz.

– Nie, nie… ja…

– Gór nie znasz, mała. Zara cię niemoc weźmie.

– Nie, ja… Ja nie mam nic pod spodem. – Dotknęła swojej kurtki.

– O, żesz ty! – Gospodarz pacnął się dłonią w czoło. – Widziałaś?

– Cichaj, stary. Co, nawet koszuli nie masz? Zara ci dam coś od córci.

Zaczęła grzebać w skrzyni pod ścianą. Ale nie trwało to długo. Chyba nikt tutaj nie miał wielkiej ilości rzeczy.

– No to rozdziewaj się, dziecko, a ty stary, odwracajże się… aaaaaa… abo i nie. Staryś już, to se patrzaj. Chociaż se pikne rzeczy obaczysz. Tyle twego.

Achaja wzięła głębszy oddech i ściągnęła kurtkę. Stary patrzył, a oczy robiły mu się coraz większe. A niech tam. Przypomniała sobie występ Harmeen w karczmie. Ściągnęła spodnie. Stary o mało nie zemdlał. Włożyła szeroką koszulę do kolan i wzorzystą spódnicę, którą rzuciła jej gospodyni.

– Głodnaś? – Zakrzątnęła się przy kuchni. – Póki ciepło, będziesz spała na sianie, w stodole, potem się obaczy. A bacz na parobczaków, by który nie wychędożył w nocy, po śpicy. Pilnować musisz i… i zawiąż sobie jaką chustkę na głowie. Nie może być, żeby kobieta tak po wsi chodziła. Tfu!

– No. – Achaja, ubrana w spódnicę, nareszcie wydała się gospodarzowi prawdziwą dziewczyną. – Za robotę dwa brązowe co każde dziesięć dni dostaniesz. No i jadło, i spanie, ma się rozumieć. Ale robota to u mnie grunt!

Wieczorem reszta licznej rodziny i parobkowie wrócili z pola. Na nich Achaja, już w miejscowym stroju i w chustce na głowie, nie zrobiła tak piorunującego wrażenia. Najbliższe dni sprawiły, że dość ją polubili. Nie umiała co prawda kompletnie niczego (poza noszeniem wody ze studni), ale jej siła i upór potrafiły zjednać sobie szacunek ludzi od dziecka żyjących wyłącznie z ciężkiej pracy. Jej było wszystko jedno. Każda praca, którą jej przeznaczono, wydawała się lekka w porównaniu z tym, czego doświadczyła przy budowie cesarskiej drogi. „Ty, przynieś drewna – wołano, a zaraz potem: – Bogowie! Nie całe drzewo naraz! Zarwiesz się przecież!” Albo: „Przyprowadź krowę, bo wlazła w szkodę – a zaraz potem: – O matko! Uciekajcie! Uciekaj, kto żyw!”

Wpadka z bykiem, którego przyciągnęła za rogi pod sam płot, nauczyła ją pewnej powściągliwości. Na szczęście byk był jeszcze młody. Posiniaczył ją tylko. W polu natomiast praca była nawet nie tyle ciężka, co nużąca. Ale cokolwiek by to było, w żaden sposób nie dało się porównać z rozłupywaniem litej skały od świtu do nocy. Nie mówiąc o tym, że zawsze w środku dnia córka gospodarza przynosiła im jedzenie. Rano jedli byle co, potem w polu zupę i kaszę, a potem, wieczorem, obfitą i ciepłą kolację. Jak przy takim trybie życia można było stracić choć trochę energii? Achaja po prostu się nie męczyła, wprawiając tym w zdziwienie wszystkich, którzy pracowali razem z nią. Ale najgorsze było to, że po wykonaniu ciężkich prac w polu, kiedy parobkowie wlekli się noga za nogą do domu, Achaja potrafiła na przykład lekko podbiec na szczyt wzgórza przy drodze, tylko po to, żeby zobaczyć, dlaczego jedno drzewo ma jaśniejsze igły od wszystkich wokół. Zdumienie wzrosło jeszcze, kiedy odkryto, że noc w noc, kiedy wszyscy spali, wymykała się gdzieś i nikła. Kradnie? Phe, niby komu i co? Gospodarz, wysłany przez żonę na przeszpiegi, wrócił trochę nieprzytomny.

– I co? Co wyrabia?

– Nie uwierzysz, matka. – Wlazł do łóżka zupełnie zrezygnowany.

– No, mów.

– O, żesz! Bierze do ręki dwa grube kije i biega po… ścianie stodoły.

– Ech ty, stary. Wzrok nie ten. Toż po ścianie nie da się biegać! – sarkała stara. – A może ty gorzałecke próbował, co? Chuchnij!

– Mówiłem. Nie uwierzysz.

Co do chędożenia, gospodyni miała rację. Każdy z parobków próbował po kolei. Jeden był szczególnie nachalny i biedak musiał wykosztować się na objezdnego cyrulika, który wyrwał mu korzenie po wybitym zębie. Pozostali wykpili się mniejszymi stratami.

Tego życia nie dało się właściwie z niczym porównać. Kiedy na początku budziła się jeszcze, zagryzając zęby ze strachu, to potem… poczuła się naprawdę i

Pewnego dnia miało miejsce dziwne zdarzenie. Do wsi zawitał handlarz gołębiami. Pytał tu i tam, oferował swój towar, zupełnie tutaj niepokupny. Czegoś szukał. Najwyraźniej.

Spotkał Achaję, kiedy ta szła z pola.

– Panienko, a może gołąbka kupicie? – krzyknął. – Mam tu takie najlepsze na rosół.

– Nie. Dzięki.

– A pomoże mi panienka? – Handlarz podszedł bliżej i wyjął z kieszeni papier. – Kwit dostałem od urzędu. A ja nieczytaty i niepisaty. Nie wiem, o co chodzi.

Achaja ledwie zerknęła.

– To przecież tylko potwierdzenie opłaty myta. To nieważne. Możesz wyrzucić.

Dziękował, kłaniając się nisko.

Kiedy odeszła, opuścił wieś, nikogo już nie nagabując. Głęboko w lesie otworzył klatkę na swoim wozie i wypuścił wszystkie gołębie. Poza dwoma. Pocztowymi.

„Nieczytaty i niepisaty” człowiek bardzo sprawnie napisał dwa listy i przyczepił do nóg gołębi. Potem wypuścił i te. Wóz porzucił. Wsiadł na konia i ruszył gościńcem. Był zdumiewająco dobrym jeźdźcem jak na chłopa.

Zaan, który wracał właśnie do Troy razem z księciem Siriusem, dostał przesyłkę kurierem z punktu kontaktowego. Rozwinął malutką karteczkę.

– Aha – mruknął. – Znalazła się nasza zguba. – Uśmiechnął się i spalił karteczkę. – Bardzo dobrze. Bardzo dobrze.

Potem przyszła jesień, włosy Achai były coraz dłuższe, a potem zima… Nauczyła się jeździć na nartach, które sama sobie (no, z pewną pomocą parobków) wystrugała. Co prawda nigdy do końca nie opanowała tej sztuki, ale też nie złamała sobie przynajmniej nogi czy ręki, co paru chłopakom się przytrafiło. No, ale oni popisywali się przed nią, a ona starała się po prostu utrzymać w pionie. Nauczyła się tkać, choć z reguły, patrząc na jej dzieło, któraś z dziewcząt po pewnym czasie litowała się i mówiła: „Daj, dokończę za ciebie”. Sam gospodarz polubił ją jednak najpóźniej. Dokładnie od chwili, kiedy pokłóciła się z wójtem.

Wójt miał pecha; przyjechał w środku zimy z gmi