Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 69 из 108

– Siadać, siadać! Formować jeże! – krzyczeli oficerowie do żołnierzy piechoty. – Szmaty na twarz! Spokój! Wszyscy spokój! Nic się wam nie stanie, żołnierze!

Achaja zeskoczyła z konia wraz z resztą sztabowców batalionu. Podczas kiedy adiutanci pętali konie, zawiązywała sobie na twarzy gęsto zwiniętą zmoczoną w wodzie szmatę. Stojąca tuż obok major piechoty dostała strzałą i upadła na wznak, rozkładając ręce.

– Padnij!

Obie z Ar

– O, mamusiu! – jęczała Ar

Achaja chwyciła swoją strzałę, która przebiła wypchaną torbę i weszła w pośladek może na głębokość połowy paznokcia raptem.

– Jesteśmy w czepku urodzone – szepnęła.

– Mamo, mamo…

Robiło się coraz ciemniej. Gryzący w oczy, dziwny dym rozprzestrzeniał się coraz bardziej. Achaja usiadła za Ar

– Nic nie mów teraz! Spokojnie.

Rozpalone w międzyczasie pochodnie zaczęły nagle gasnąć.

– Zapalać magnez! – krzyknęła pułkownik.

Saperzy wyjmowały z piecyków rozżarzone żelazne pręty i wkładały je do specjalnych metalowych tulei. Żadna z magnezjowych pochodni nie chciała jakoś zapłonąć. Widoczność była coraz gorsza. Mrużąc łzawiące oczy, można było dostrzec człowieka, który znajdował się najwyżej kilka kroków dalej. Dym przypominał gęstniejącą mgłę, był chłodny, jakoś dziwnie duszący. Ale to nie było szczególnie przykre uczucie. Tak jakby coś miękkiego stanęło w gardle, albo jakby się dostało lekkiej chrypki. Kilka osób obok rozkaszlało się jednak.

– Opanujcie się! – warknęła pani pułkownik. – Nie wdychać tego świństwa!

Czyjś koń dostał strzałą i zaczął szaleć. Pozory spokoju w sztabie pękły momentalnie.

– Kurwaaaa!!! Niech ktoś go opanuje!

– Dobić!

Krąg tarcz piechociarek rozerwał się momentalnie. Zaświszczały kolejne strzały. Nie widać było już kompletnie niczego. Jeśli się wyciągnęło rękę do przodu, to własna dłoń niknęła w nieprzeniknionych ciemnościach. Każdy znalazł się w indywidualnym, kompletnie nieprzejrzystym kokonie ciemności. Z szalejącym z bólu koniem w pobliżu, ze zrywającymi się pozostałymi, wśród panikujących, duszących się ludzi. Achaja miała nadzieję, że pozostałym kompaniom powodzi się lepiej. Ar

Pułkownik piechoty pokazała jednak klasę. Usłyszały jej donośny głos:

– Żołnierze, kolby kusz oprzeć o ziemię! Podniesienie na łokieć. Uwagaaa… Strzelaj!

Świst bełtów prujących powietrze zlał się z kilkoma okrzykami trafionych. Achaja domyślała się, skąd to dziwne ustawienie kusz. Tamta nie chciała, żeby dostało się żołnierzom z i

– Czujesz coś? – syknęła.

– Tak! Boli mnie strasznie mostek.

– Czy czujesz jakichś czarowników, krowo?!

– Pieprz się! – Ar

Coś wpadło pomiędzy żołnierzy i zaczęło ich zabijać. Jednak tym razem, w przeciwieństwie do samotnej strażnicy zwiadu, rozległy się ostre gwizdki oficerów.

– Do mnie! Do mnie! Żołnierze, do mnie!

Ktoś płakał głośno. Ktoś jęczał, ktoś wył z bólu. Parę osób kaszlało ciągle, ktoś wzywał pomocy. Czyjaś noga nadepnęła Achaję, świsnął miecz, ale na szczęście obie z czarownicą leżały na ziemi. Właścicielem miecza musiał być żołnierz piechoty, a nie potwór – powtórny cios nie padł, poprawki nie było.

– Tu druga kompania! Tu druga kompania! – rozległy się krzyki w oddali. – Nie strzelać! Wycofujemy się.

Coś świsnęło nad głową Achai. Nie miała pojęcia co. Ściągnęła z ust szmatę i puściła Ar

– Tu druga kompania! Koleżanki! Nie strzelajcie!!!

Niby kto miał strzelać? Kompania sztabowa stanowiła jedno wielkie kłębowisko wpadających na siebie i przewracających się ciał. Coś mordowało żołnierzy, ale nawet ci, którzy skupili się wokół ocalałych oficerów, nie byli w stanie temu przeciwdziałać. Rzeczywista walka niezbyt przypominała symulację.

– Tutaj! Tutaj! – krzyczała pułkownik. – Wszyscy, co żyją, niech biegną w stronę drugiej kompanii!

– A gdzie to, kurwa, jest? – spytała Achaja.

– Kapitan! Czy jest tu kapitan?

– Jestem… – rozległ się czyjś zduszony głos.

Dziewczyna musiała być ra

– Masz jeszcze gwizdek?

– Mam!

– Podaj komendę do drugiego batalionu: Strzelać na mnie!!! Niech strzelają w miejsce skąd gwiżdżesz – Pułkownik kaszlnęła nagle, potem jęknęła. Musiała czymś dostać. – Wszyscy niech… strzelają w moje pozycje! – powiedziała jeszcze zduszonym głosem.

Dźwięk gwizdka nie był tak przenikliwy jak poprzednio. Dym musiał go głuszyć. Był jednak wystarczająco głośny, bo po chwili usłyszały gwizdki batalionu, który został pod lasem.

– Bogowie! Jak to: strzelać w nas? – jęknęła jakaś dziewczyna. – Przecież nie jesteśmy okopane.

– Kryć się pod tarczami! – ryknęła Achaja. – Jak któraś zgubiła tarczę, brać najbliższego trupa na plecy i biegiem do drugiej kompanii!

– Ale, kurwa, gdzie to jest?! – powtórzył ktoś jej poprzedni okrzyk.

Trzysta strzał zaświszczało w powietrzu. Większość zatrzymały gałęzie, ale i tak śmiertelny deszcz opadł na ziemię. Rozległy się okrzyki trafionych, nikt nie miał pojęcia, żołnierzy Arkach czy obcych. Usłyszały z daleka nowe gwizdki. Trzeci batalion dołączał do drugiego. Bogowie! Sześćset strzał naraz!

– Chodu! – ryczała Achaja. – Wychodzić spod ostrzału!

Ktoś wpadł na kogoś tuż obok. Usłyszała charakterystyczny cichy odgłos miecza uderzającego o pancerz. Dym rzednął na szczęście. Wytrzeszczając oczy aż do bólu, można było dostrzec słabe ogniki. To płonął las po lewej. Nie udało się zgasić czarodziejskimi sztuczkami. Przynajmniej taka satysfakcja.

– Oddział! Do drugiej kompanii. Przebijać się!

Sześćset bełtów z kuszy! Już słyszała ich zabójczy świst! Pociągnęła czarownicę i upadła na ziemię, zwijając się w kłębek. Co za upiorny świst. Coraz bliżej! Skuliła się. Znowu większość zatrzymała się na drzewach, ale… Nowy morderczy deszcz opadł na ziemię. Wyraźnie stępił atak mieszkańców lasu. Nikt nie lubi ginąć, nie widząc sprawcy swojej śmierci. Makabryczny atak został spowolniony. Nie było już krzyków mordowanych dziewczyn. Żołnierze ukrywali się za tarczami, pod ciałami koleżanek. One wiedziały skąd strzelają, atakujący nie.

– Teraz! – ryknęła Achaja. Dym rozwiewał się wyraźnie. – Do drugiej kompanii. Biegiem!

Szarpnęła za włosy Ar

– Kurwyyyyy!!!! – rozległo się z tyłu. – Teraz was widzimy.

Odwróciła się. Harmeen na czele nietkniętego plutonu zwiadu szykowała żołnierzy do strzału. Pomysł ze spłoszeniem koni musiał wypalić, poza tym były z tyłu. Trzydzieści pocisków z kusz uderzyło w atakujące cienie! Chwilę później sześćset strzał ze straszliwym świstem przecięło powietrze, większość w drzewa, ale te, które się przedostały… uderzyły w to, co znajdowało się w miejscu, które przed chwilą zajmowały resztki trzeciej kompani. Achaja potrząsnęła głową. Desperacka, zabójcza taktyka piechoty przynosiła jednak efekt. Miały chwilę oddechu, przeciwnik był zdezorientowany.