Страница 4 из 108
– I co zrobiliście?
– No jak, co? Mówię, psiamać, po moim trupie! A ona, że wykup da.
Chłopi się roześmieli, jakby powiedział coś śmiesznego.
– A ja na to, że nie będą mi pola deptać, bo dopiero com je siał. Hajda w las! Mówię…
– I co? Poszli lasem?
– No, co ty? – Chłop spojrzał zdziwiony, jakby ducha zobaczył. – Toż lasem by nie przeszli, tam stromizna taka.
– No? No i co zrobiły wojaczki?
– No ona, że wykup. A ja, co mi będzie cenę urzędową dawała? Toż siew był, a w sianokosy ile zboże będzie stało, pytam, wie ona? No, to mówię, po moim trupie, krzywdy mojej nie będzie! No! No i tak gadaliśmy i gadaliśmy… Aż wreszcie mówi, że da cenę z rynku. Nooooo… Ja mówię, i
– Kto mówi? Pani oficyjer czy wójt?
– No wójt, przeca, ten kiep durnowaty! Mówi, że piniądza nie ma, bo wojsko miast gęsiego, to tego… no, źle chodzi. Musi więcej sprytnych chłopów w okolicy papier wykupowy mu dało. A co? Co ma być? Nasza strata?
– I co? Dał piniądz?
– Co miał nie dać? – Chłop roześmiał się gardłowo. – Rzekłem, że kura czerwonego w stodole mu puszcze jak nie da. Dał!
Pozostali roześmieli się również. Zaanowi nie mieściło się w głowie, że mogło gdzieś istnieć państwo, w którym oficer musiał tłumaczyć się przed chłopem. Ba! Jeszcze rynkową cenę za zboże musiał płacić za to, że zniszczył mu zasiewy na polu. To nie mieściło się w głowie.
– No – odezwał się drugi chłop. – Ten nasz wójt to okropnie głupi.
– Ano! – zakrzyknęła reszta. – Prawdę gadacie! Racja! Racja!
– A jeszcze głupszy to ten ekunom, co spis robił, nie?
– Prawda! Oj, głupi był.
– Ale głupszego niźli nasz pan szlachcic ze dwora to nie znajdziesz już.
– Łgarstwo! – krzyknął ktoś z drugiego stołu. – Głupsza od niego nasza księżniczka!
– Nieprawda! Łgarstwo!
– Kto mi, że nieprawdę mówię?!
– Głupszy dwór królewski! – odkrzyknięto z pierwszego stołu. – A najgłupsza królowa!
– Prawda! Eeeeee… znacie się! Samiście głupi! Prawdę gada! Głupia ona!
Zaan, roztrzęsiony, nachylił się nad swoim stołem.
– Słuchajcie – szepnął. – To jakaś prowokacja! Nie może być, żeby się chłopi panów nie bali.
Sirius i Achaja, sami przestraszeni tym, co słyszeli, rozglądali się podejrzliwie.
– To prowokacja – szepnął Zaan, usiłując zakryć usta. – Chcą, żebyśmy przytaknęli i wtedy nas zakują w żelazo, powód mając. To dzicz jakaś!
– Wystarczy, że nie zaprzeczymy głośno – Sirius mówił równie cicho. – Bogowie! Psiamać. Ale po co im ta propagacja, skoro usiec już na drodze mogli?
– Pewnie powodu potrzebują. Do kronik, czy ja wiem zresztą po co? – Zaan rozejrzał się wokół. – Słuchajcie, wychodzimy?
Achaja skinęła głową. Już chciała wstać, ale przerwało jej wejście nowego gościa. Znać było szlachcica po ubraniu, ciut lepszym niż chłopskie, i po walnięciu drzwiami, tak że o mało z ościeży nie wyleciały.
– O! – Przybysz zauważył najciekawsze dla niego towarzystwo w kącie. – Panowie – Dopiero teraz dostrzegł dziewczynę. – O p… przepraszam! Państwo! – Zerwał czapkę z głowy i ukłonił się szeroko. – Zwólcie się dosiąść. Lepiej w kompaniji wieczerzać niźli samemu.
– A zapraszamy, zapraszamy. – Zaan wskazał mu miejsce na ławie. – Co prawda szliśmy już…
– Już? Toż gorzałka jeszcze w dzbanku! Strawa w misie leży!
– No tak. Ale chłopi gadają takie rzeczy…
– A kto by tam chłopów słuchał! – Szlachcic przysiadł się, chcąc ukłonić się jednocześnie Achai, ale zobaczył jej tatuaż, zmienił kierunek i z rozpędu skłonił się przed Siriusem.
– Ale – Zaan nie wiedział, czy ten również nie jest prowokatorem – ale mówili, że wasza królowa… nie śmiem powtórzyć kalumni.
– Mówili, że głupia, co? – Szlachcic zajrzał do garnka, rozejrzał się za kubkiem i z przepraszającym uśmiechem pożyczył kubek Zaana. – Toż głupia ona jak but, po prawdzie.
Nalał sobie i łyknął, ocierając usta dłonią.
– Bo widzicie, panowie przybyszowie z krain, czy skąd tam. Kraj u nas taki: chłopi głupi, szlachta głupia, dowództwo armii głupie, kapłani głupi przeraźliwie, magnaci głupi, dwór głupi, księżniczki to już nie powiem, bo gdybym rzekł, że głupie, to bym komplement powiedział, a królowa… To sami wiecie. U nas to tylko pijaństwo, łapownictwo i głupota straszliwa wszędzie. Nasz kraj pewnie będzie najgorszy ze wszystkich!
Zaan oniemiał, Sirius otworzył usta i tak już pozostał, Achaja wybałuszyła oczy.
– Głupek na głupku, powiadam – ciągnął szlachcic. – Same osły i barany.
– Hmmm… – Zaan desperacko usiłował zmienić temat – bo my z Syrinx jedziemy, od samego cesarza Luan…
– A tak, tak, słyszałem o nim – Szlachcic potarł brodę. – To też ponoć głupek pierwszej wody.
Sirius zrozumiał nagle instynktownie i roześmiał się. Achaja też zrozumiała. Coś zaszkliło się w jej oczach, kiedy słuchała dalszej części wypowiedzi.
– Ale wracając do nas, to jest jak mówię: prywata, łapownictwo, pijaństwo i głupota. Popatrzcie na chłopów. Ten kraj…
– Popatrzyłam na chłopów – przerwała mu dziewczyna. – Ten kraj to jedyny, jaki znam, gdzie jest wolność. Wolność dla wszystkich! Wolność dla każdego! – Czuła, że coś ciepłego zbiera jej się pod powiekami. – To najpiękniejszy kraj, jaki mógł się komukolwiek choćby przyśnić! Nigdzie nie ma tak, żeby wejść do jakiejś zaplutej knajpy blisko granicy i zobaczyć coś tak ślicznego, coś, co sprawia, że przybysze zaczynają się wstydzić i bać. Bać nie napaści, ale tego, co w nich samych od dawna zakorzenione. Posłuchalibyście przerażonego milczenia w Luan. Posłuchalibyście usłużnej ciszy w Troy. A tu? Ten głupi, tamten głupi. Głośno, bez strachu. Powiedzcie w zajeździe cesarskim, że władca Luan jest głupi, i spróbujcie zachować głowę na karku przez czas dłuższy niż oddech! Może się uda przez chwilę. Pod warunkiem, że się szybko schylicie. Może świszcząca klinga przynajmniej za pierwszym razem przeleci ponad wami.
Szlachcic skłonił lekko głowę przed Achają.
– Piękne słowa powiedzieliście, panienko. Rad wielcem ich wysłuchał. – Zmarszczył brwi. – Ale pozwólcie. Swojego zdania nie zmienię. – Przygryzł wargi i potarł brodę, jakby nad czymś się zastanawiał. – Nie, nie. Toż chłopi naprawdę kretyni, a rządzą nami idioci!
Wstawali właśnie, kiedy drzwi otworzyły się znowu. Tym razem stanęła w nich… Ach! Pijany Sirius o mało nie wywrócił się z wrażenia. Piękna pani żołnierz miała na sobie skórzaną spódniczkę, tak krótką, że ledwie, naprawdę, ledwie ją zakrywała. Błyszczące nagolenice sprawiały wrażenie dopiero co wypolerowanych, skórzana kurtka nabijana ćwiekami sięgała jej do pasa, do którego przytroczyła krótki miecz i nóż. Przy rękawach kurtki wisiały długie frędzle, które, jeśli poruszyła ręką, plątały się z włosami. Dziewczyna miała bowiem długie, czarne włosy zaplecione w całe mnóstwo cieniutkich warkoczyków, ale tak sprytnie, że zwisały jej jedynie po lewej stronie głowy, sięgając kształtnych bioder.
Kiedy wzrok przyzwyczaił się do mroku panującego we wnętrzu gospody, rozejrzała się i podeszła do stołu zajmowanego przez przybyszów.
– Przepraszam za despekt. Czy wśród gości jest…
– Chodzi ci o mnie, prawda? – Zaan podniósł rękę i przedstawił się uprzejmie.
Żołnierz stanęła na baczność, salutując otwartą dłonią do czoła, i krzyknęła na cały głos:
– Melduje się porucznik Harmeen! Armia Arkach, służba rozpoznania i zaopatrzenia, trzecia kompania garnizonu w Mai Lee!!!
– Aaaaaa… – Zaan nie był zbyt trzeźwy. – Może siądziesz… Tfu, przepraszam! Zechce pani spocząć?
Sirius wytrzeźwiał w znacznym stopniu. Wskazał jej zydel naprzeciw, rojąc sobie, że jeśli usiądzie na nim kobieta w tak krótkiej spódniczce, to będzie miał śliczną perspektywę. Pani oficer zawiodła go jednak. Zrobiła sprężysty krok do przodu, usiadła sztywno, z prostymi plecami, jakby kij połknęła, noga przy nodze, że klingi między uda nie dałoby się wcisnąć.