Страница 33 из 108
La
– Dzięki choć za pocieszenie. Ciężko jest w karnej kompanii?
Nikt nie zdążył odpowiedzieć, bo gońcy przyniosły nowe mundury. Całą masę. Mogły wybierać, dopasowywać, guzdrać się. Po dłuższym czasie wyglądały jak reprezentacyjna gwardia przyboczna. Nowe kurtki i spódniczki były z jakiegoś dziwnego gatunku skóry. Błyszczały i lśniły w słońcu, jakby pokryte cieniutkim lodem. Buty ktoś wyglansował tak, że można było zobaczyć odbicie własnej twarzy, jeśli tylko ktoś był w stanie podnieść nogę do głowy. Zrobiono je również z jakiegoś i
– Kurde! – Zarrakh wcierała w głowę przyniesioną przez gońców ładnie pachnącą substancję, od której nawet włosy zaczynały błyszczeć i lśnić. – Ale później, po ceremonii… Nie każą nam w tym wszystkim chodzić, prawda?
– W karnej kompani? – mruknęła La
– No – mruknęła Chloe. – W karnej to się chyba nosi stare worki.
– Gadanie – włączyła się Mayfed, nakładając jednocześnie jakąś dziwną maść na twarz. – Jak będą chcieli nas ukarać, wystarczy, że każą nam dalej nosić te buty. Przecież w nich się nie da kroku zrobić.
– Oż, kurde – Shha podejrzliwie wąchała płyn, którym miała się skropić – tak nam się kazali wyszykować, że teraz już nic, tylko pod czerwoną latarnię, pieniądze zarabiać. Dobrze, że nie dali nam kiecek z koronkami.
– Ale przepaskę z koronkami masz pod kurtką.
– Przynajmniej nie widać. Zresztą… Czy ONA będzie mi zaglądać pod kurtkę?
– Ciszej! – zgasiła ją La
Reszta dziewczyn z ich plutonu ubrała się równie szykownie, z równym także zaciskaniem zębów. Lipne „uzupełnienia” z i
– Shha! Rób zbiórkę i poustawiaj je jakoś! – krzyknęła. – Potem przegląd umundurowania, małpy! Achaja, poupychaj… te, no… „prawdziwe uzupełnienia” do namiotu i wytłumacz im, że jak która ośmieli się choćby wyjrzeć, to mnie nawet ich wnuki popamiętają!
Krzyki, bieganina i przegląd zapobiegły wybuchowi. Achaja spaliła wszystkie kartki, nie czytając. Jak tajemnica, to tajemnica! Bądźmy w końcu poważni. Teraz nawet na torturach mogła zeznać, że nie wie, co tam było napisane. Shha walnęła haust jakiejś gorzały, wyciągniętej Bogowie wiedzą skąd, i żuła coś, żeby pozbyć się zapachu z ust. Bogowie Bogami, Achaja szybko wyczaiła, gdzie ukryty jest bukłak i strzeliła dwa wielkie łyki. Piłaby pewnie dalej, ale La
Na miękkich nogach poprowadziły oddział do sztabu. Wszystkie, dosłownie wszystkie trzydzieści trzy dziewczyny z plutonu miały już otarte stopy! Ale za to wszystkie też błyszczały tak, że wróg, aby nie oślepnąć od nadmiaru światła, mógłby je atakować wyłącznie w nocy.
– Porucznik La
Pani major, skrzywiona, jakby zjadła kilka cytryn, wymamrotała:
– Już jadą… Jedni i drudzy. – Zmełła przekleństwo. – Znaczy ONA i wrogie poselstwo. Jak dożyjemy nocy, znak, że Bogowie mają nas w swojej szczególnej opiece.
Z tyłu, za ich plecami, rozległy się krzyki i tupot nóg. Resztę wojska ustawiano na placu, ale z dala, w bezpiecznej odległości. Trzydzieści trzy dziewczyny z plutonu „C” zazdrościły im tego jak niczego w życiu.
Pani pułkownik osobiście wyszła z namiotu i z miejsca zaserwowała im nowy przegląd umundurowania. Potem podeszła do La
– Dziecko, wiem, że masz tylko siedemnaście lat. Ale zrób co w ludzkiej mocy, albo i dużo więcej, żeby ratować honor dywizji.
Nie można było bardziej dobić porucznik. Stojąca obok Achaja marzyła o kolejnym łyku wódy. Nawet kałówki! Shha zamieniła się w skałę, zdaje się, że przestała nawet oddychać. Potem z namiotu wyszła księżniczka, prawdziwy, choć „nieoperacyjny” dowódca dywizji. Ta była zdecydowanie mniej przestraszona od reszty oficerów. Choć nazwać ją pewną siebie byłoby dużą przesadą. No, ale… była młoda, tak jak jej żołnierze, poza tym obyta na dworze, no i… miała raczej nieograniczony dostęp do gorzałki, co widać było po lekko zygzakowatym kroku.
– Jadą! – gruchnęło nagle skądś z boku.
– Całość: baczność – zakomenderowała szeptem pani pułkownik.
– Baczność! Baczność! Baczność!!! – Żadna z oficerów niższych rang nie mówiła już szeptem. Ryk jednak ucichł szybko. Niezbyt szeroką leśną drogą zbliżał się orszak poprzedzony kompanią najlepszej jazdy. La
– No to po nas, dziewczyny – mruknęła La
– No – potwierdziła któraś z tych niskich z tyłu, dołączonych do plutonu w ostatniej chwili. – Piszta testamenty, baby.
– Ty się zamknij, Sharkhe! – warknęła Shha. – Ty se lepiej pomyśl, ile razy zdążę dać ci w mordę, zanim mnie wezmą do karnej kompanii! Mała jesteś. Mi nie strzymasz!
– Się zobaczy! Tobie, psiamać, tyłek zmięknie, jak się dowiesz, że w tych nowych butach masz iść do ataku.
– Mordy w kubeł! – syknęła La
– Niby co chcesz od tego wojska? – mruknęła Achaja.
– Kurza twarz! To takie wojsko, gdzie mi się mój sierżant gzi z moim kapralem w jednym łóżku!
– Niby jak mogłybyśmy to robić, będąc w dwóch łóżkach? – dała się złapać Shha.
– Eeee… La
W tylnym szeregu ktoś zachichotał.
– A mnie weźmiecie, dziewczyny? – rozległo się z tyłu. – No, trochę jestem niewysoka, ale całkiem, całkiem.
– Mordy w kubeł!!! – La
Orszak zatrzymywał się właśnie przed namiotem sztabu. Gwardzistki wyrównały szereg, ale żadna z nich nie zsiadła z konia. Wozy podjechały trochę bliżej. Stanęły równocześnie, jak na komendę. Achaja poczuła, jak dziewczyny wokół biorą głębszy oddech. Jakaś porucznik z gwardyjskimi odznakami rzuciła się z podręcznymi schodkami. A potem… Ukazała się ONA. Królowa Arkach we własnej osobie. Pani pułkownik zamieniła się w słup soli, księżniczka wytrzeźwiała momentalnie, przestała się chwiać na nogach i zasalutowała dziarsko. Reszta wyższych oficerów zaczęła udawać, że ich nie ma. Po prostu kilkanaście kobiet znikło nagle z pola widzenia. Choć przecież żadnego czarownika nie było w pobliżu. Musiały więc znajdować się tam nadal… ale gdzie?