Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 54

– A ta nie wróci nigdy. Obserwował kobietę z wysoko utapirowanymi włosami, która sprawdzała czujnym spojrzeniem, czy mijający ją mężczyźni mają na palcu obrączkę. Wedle pana Szafranka ta dama jechała znaleźć w Ameryce męża. -A pani po co jedzie? – spytał Anię.

– Chciałabym zarobić na fiacika. Prezydent ze zrozumieniem pokiwał głową i wręczył Ani swoją wizytówkę tak, by nie dostrzegli tego jej dziadkowie. Kaźmierz nie mogąc znieść bezczy

– Prosił ja jak człowieka, żeby dał popracować, to nie ustąpił! – Łapówki chce – z przekonaniem stwierdził Kargul. Pawlak wydobył zegarek i sprawdził godzinę jak ktoś, kto ma szereg pilnych interesów do załatwienia. – Aj, Bożeńciu, na co nam przyszło. Tam u nas roboty huk, a ty tu na pokładzie szpertasz sia, jakby co zgubiwszy! Dla prawdziwego chłopa luksus to prosto bezlitosna kara. Nie przypuszczał, że najgorsze dopiero przed nimi. Kiedy tak któryś raz z rzędu przeczłapali wzdłuż pokładu jak para źle dobranych koni przy jednym dyszlu, wpadli na pokładzie spacerowym w najgorszą pułapkę. Życzliwie uśmiechnięty steward na ich widok rozstawił błyskawicznie dwa leżaki i nieomal siłą chciał ułożyć w nich obu pasażerów. Obok wystawiała twarz na przebijające się przez chmury słońce pasażerka o utapirowanych wysoko włosach, która w jadalni zajmowała stolik w towarzystwie Murzyna. Kargul, widząc gest kobiety, zachęcający go do zajęcia miejsca obok niej, zakolebał się i ruszył wielkimi krokami w stronę czekającego z kraciastym kocem stewarda. – Ty gdzie?! – Kaźmierz zabiegł mu drogę. – Kłaść się.

– A ty co, choreńki? Kargul ciężko opadł na leżak, a steward już otulał go kocem. Pawlak zauważył, że pasażerka kiwa na niego filuternie zgiętym paluszkiem, wskazując leżak po swojej drugiej stronie. – Ot, pomorek – westchnął Kaźmierz, opadając na leżak.

– Czy ja ojca, matkę kociubą zatłukł, żeby tak mordować sia? -Dla rodziny to robimy, Kaźmierz – przekonywał go Kargul, wyciągając swoje długachne nogi tak, że omal nie potknął się o nie czerwony na twarzy człowiek w kraciastej marynarce i czapce z pomponem.- Dla Dżona! – Ten to dopiero szczęściarz – pasażerka odprowadziła wzrokiem kraciastego mężczyznę, którego przedtem Pawlak już zdążył zarejestrować jako stałego bywalca wszystkich czy

– Wiecie, jak jego na 'Batorym' nazywają? Trzysta dwadzieścia siedem! Tak, ten numer – 327 -nosił zamiast nazwiska. Załoga MS „Batory” liczyła dokładnie 326 osób, a ten drobny, łysy Anglik był jakby trzysta dwudziestym siódmym członkiem załogi: nie schodząc na ląd, nie opuszczając pokładu w żadnym porcie, odbywał piąty już z kolei rejs; piąty raz przepływał Atlantyk, całkiem obojętny na to, w którą stronę żegluje statek, czy ma rejs z Gdyni do Montrealu; czy z wycieczką „Orbisu” płynie na wyspy Bahama; dla „327” było to całkowicie obojętne. – A on co, kołowaty czy jak? – dopytywał się Kaźmierz, z wyraźnym współczuciem patrząc na postać w kraciastej marynarce. – Szczęśliwiec – powtórzyła z nie ukrywaną zawiścią pasażerka.

– Przejechał go samochód!

– Ot, pomorek! Taż to prędzej nieszczęście! Ale ona wiedziała, co mówi, bo dla niej świat nie miał tajemnic: może dostać się pod samochód to nieszczęście, ale dałby Bóg każdemu takie nieszczęście, po którym można żyć prawdziwie szczęśliwym życiem! Otóż traf zdarzył, że ten samochód, którym '327' został skutecznie przejechany, to był 'Cadillac'! – Jakież to szczęście, kiedy człowieka tym cadillakiem przejadą? Mnie raz koło od furmanki przez nogę przejechawszy i ja już miał dość! – Ale ten cadillac należał do pewnej milionerki i ten '327' dostał takie odszkodowanie, że głowa boli! – pasażerka wyraźnie cierpiała nad tym, że los nie był dla niej łaskaw i nie pozwolił jej znaleźć się pod kołami odpowiedniej limuzyny.

– Od tej pory on nie ma żadnych kłopotów ani problemów, tylko jak wytrzeźwieć, żeby się znowu upić. To jest dopiero życie! – Nu, kłopot serdeczny. Dla mnie takie życie to prosto bezlitosna zgryzota -wyznał Pawlak, szczerze przejęty ciężką dolą człowieka w kraciastej marynarce.

– Ja by wolał kamienie tłuc, jak tak po świecie kołdybać sia! – A przecież pan też płynie – zauważyła przytomnie pasażerka. – Żeby naszej rodzinie trochę polskości przypomnieć – wdał się do rozmowy Kargul, by nie pozwolić Kaźmierzowi na palnięcie jakiegoś głupstwa. Pasażerka ożywiła się: otóż ona też jedzie w tym celu! Sprawdziło się to, o co ją posądzał prezydent rzeźników: jechała w wyniku ogłoszenia, jakie umieściła w chicagowskiej prasie polonijnej: Tatuś potrzebny do dwóch dziewczynek 3 i 5 lat, które ofiarują mu miłość i szczęście na zawsze! Ich mamusia, kulturalna wdowa, chętnie przeniesie się do USA, by przypomnieć dobrze sytuowanemu fachowcowi polskiego pochodzenia zapach pól ojczystych, melodię polskiej mowy i urodę Polek. Listy i zdjęcia proszę kierować na adres Konin, ulica Armii Czerwonej 6… Pokazała Kargulowi wycinek z gazety, a Pawlakowi zdjęcie korespondencyjnego narzeczonego, który będzie na nią czekał w Chicago. Pawlak miał przed oczyma fotografię zawadiacko uśmiechniętego trzydziestolatka w góralskim kapeluszu z piórkiem. Pasażerka przyznała się, że ma obawy, czy rozpozna kandydata na tatusia dla dwóch słodkich córeczek. Ponieważ życie nie ma dla niej tajemnic, zna próżność mężczyzn i podejrzewa, że jest to zdjęcie Steve'a sprzed trzydziestu lat… – Ot, ciekawość zapytać, jakie pani jemu wysłała? – dociekliwie spytał Kargul. Przyjrzał się spod oka pasażerce i stwierdził, że z tymi wypiekami pożądliwości na policzkach, z grubą warstwą kremu pod oczami, z klipsami w uszach i złotą koronką na dwóch zębach przypomina bukiet weselny w tydzień po ślubie. – Ja nie oszukuję nikogo – oświadczyła, wydymając wargi – ale i siebie nie pozwolę oszukać, bo życie nie ma dla mnie tajemnic. Nie darmo nazywam się Osowiecka, tak jak ten sły