Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 54

– Awo, taż stać jego na to, człowiecze – Kargul chciał wyrazić uznanie dla statusu Johna.

– Jak kto nie jest jakiś leńciaj, a do tego kawaler, taż taki może se dolarami ściany tapetować! Pawlak zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów, jakby ważył w myślach, czy starczyłoby mu siły, by dźwignąć tego masywnego łapciucha i przerzucić go ponad burtą w odmęt fal, na których właśnie kładło się purpurą zachodzące słońce. – I bogaty ma tylko dwie dziurki w nosie. Jaśko tam przeszedł o czarnym chlebie pół wieku! – rzucił wydmuchując nos w chustkę Ani z takim trąbieniem, że przestraszony tym czyjś ratlerek rozjazgotał się na pokładzie.

– Na jego 'shifkartę' musieli my jedyną krowę-żywicielkę na jarmarku sprzedać, w tatowych kamaszach on zdobywać te Ameryke pokołdybał sia, a za cały kapitał to dwie ręce miał… A taki był samoswój, że jak zobaczył dzikiego w czarnym kolorze, to myślał, że czorta bez ogona ujrzawszy… Ania trąciła łokciem dziadka, wskazując mu eleganckiego Murzyna, który stojąc przy burcie pokładu obserwował przez lornetkę mewy.

– Ot, pomorek – Kaźmierz patrzył na pasażera, jakby spodziewał się ujrzeć wystające z jego nogawek rozdwojone kopyta.

– Taż to prosto Arka Noego, jak wśród tej całej menażer i dziki znalazłszy sia! – A coż jemu oczy dęba stanęły? – A czegoż ten dziki zęby do Ani suszy, a?!

– Może on dobrze wychowany.

– Ania z uśmiechem podziękowała za ofiarowaną jej lornetkę. -Ot dziermoli! – Kaźmierz zgromił wnuczkę.

– Niech on spada prosto Lucyferu na rogi!

– Ty zbiesił sia? Taż to też człowiek.

– Żeby ja był bleszczaty choć na jedno oko, może by i uwierzył! Taki czarny to gorzej jak Cygan. Ani się obejrzysz, a już cię niechrzczony pierekiniec okradnie… Nie mógł zapomnieć, jakie to straty poniósł kiedyś na odpuście w Jagielińcach, kiedy przeznaczone na mszę za zdrowie Kacpra pieniądze ukradli Cyganie. Jaki kolor skóry, taki i duszy. Niech Ania od takiego zawołoki trzyma się z daleka, bo jak dzikiemu dasz ty rękę na przywitanie, to ci potem trzech palców zabraknie…

– Co zrobić – Kargul zezując z pogardą na Pawlaka pochylił się ku Ani i dokończył myśl konspiracyjnym szeptem – nie każdy na eksport nadaje sia. My z tobą, dziewuchna moja, to bezlitośnie i

– Awo, wielka rzecz – Kargul wzruszył ramionami.

– Ale przynajmniej nikt nie podeżre! Swojska wędlina to łakoma rzecz! A bo to wiadomo, co nas tam czeka?

Rozdział 12

Po pierwszym posiłku na 'Batorym' zrozumiał Kaźmierz, że znalazł się nie na pokładzie nowożytnej Arki Noego, ale wręcz w piekle, gdzie z własnej woli przyszło mu cierpieć katusze luksusu: te wyściełane foteliki przy nakrytych nakrochmalonymi obrusami stolikach, karty dań w czterech językach, oprawione w tłoczone złotem okładki, te serwetki, przypominające żagle, te szklanki, szklaneczki, kielichy, kieliszeczki, widelce, widelczyki, łyżki, łyżeczki! A spróbuj ty, człowiecze, choć obejrzeć się za siebie, a już czujny kelner w kusym fraczku pochyla się nad twoim ramieniem, gotów spełnić każde życzenie. A jeszcze ta orkiestra, co gra bez przerwy, jakby wszyscy pasażerowie byli gośćmi na czyimś weselu. A najgorsze, że choć karta dań była długa jak litania, to darmo by w niej szukać kapuśniaku czy barszczu zabielanego. Nic tylko pstrągi z rusztu, piersi indycze w maladze albo sola saute… Kaźmierz zdał się na przypadek i wskazał paluchem jakąś linijkę spośród złotem drukowanych dań. – Dla wszystkich to samo! Kargul rozglądał się po sali, czujnie obserwując zachowanie gości, by w razie czego domyśleć się, dlaczego przy swoim talerzu znalazł aż trzy widelce i trzy noże, podczas gdy Anielcia nawet na święta dawała tylko jedno nakrycie. Ania zajęta była rozmową z grubym mężczyzną, który przedstawił się jako 'prezydent Stowarzyszenia Rzeźników Polskich”. Jego nazwisko – Szafranek – dla całej chicagowskiej Polonii ma zapach jałowcowej kiełbasy. Prezydent rzeźników bezusta

– Ten duży dziadek został przebity kosą brata tego małego dziadka i tamten musiał uciekać do Ameryki, a teraz właśnie nas zaprasza. – Ciekawe – zniechęcony do kontaktów rodzi

– Tak. Z wdzięczności, bo przez to w Ameryce żyje, a nie w Peerelu! W tej chwili nadpłynął z głębi sali kelner, niosąc na srebrnej tacy zamówione przez Szafranka danie: była to dziwna konstrukcja z lodu, na której niczym grupa cyrkowych akrobatów rozmieszczone były homary; na widok sterczących niczym anteny wąsów Pawlak chwycił gwałtownie serwetkę i zasłonił nią sobie usta; kelner tańczył wokół stołu jak baletmistrz, rozmieszczając na talerzach cyklamenowe skorupiaki. Kargul ochoczo chwycił homara za odwłok i zaczął wysysać zawartość skorupy tak, jak to czynił szef rzeźników, któremu zamiast rodziny zostały przyjemności stołu. – Żyć nie umierać – Kargul miażdżył w zębach pancerne łapska kraba. – Aj, człowiecze – z trzewi Kaźmierza wydobył się jęk rozpaczy.

– Taż czym ja zgrzeszył, żeby na stare lata w luksusie mordować sia! Kargul nie krył się z tym, że jemu nawet skrajny luksus nie przeszkadza. Zatoczywszy ręką koło, objął tym gestem orkiestrę na podium, błyszczące złotem mundury oficerskiego „staffu” i rząd kelnerów, roznoszących na tacach lodowe desery. – Gada jak kołowaty! Taż lepsza podróż jak w czterdziestym piątym, boś jechał w jednym wagonie z krową i koniem! – Przynajmniej zagadać było do kogo! – Pawlak zerknął przez lewe ramię za siebie i wbił wzrok w roześmianego Murzyna, który przy sąsiednim stoliku bawił całe towarzystwo.

– A tu patrzaj: dziki z tobą płynie!

– Dziadek nic nie je – Ania starała się nie dopuścić do głosu rasowych uprzedzeń Kaźmierza, bowiem zauważyła, że prezydent Szafranek spojrzał na jej dziadka jak na jakiś rzadki okaz muzealny. – Bo jak widzę, że dziki taki żarty, to mnie wątroba bezlitośnie do góry nogami przewraca sia! – Kaźmierz – Kargul mlaskał głośno, wydłubując spomiędzy zębów szczątki skorupy homara.

– A coż ty do niego cierpisz?

– Żeby im nasza krzywda bokiem wylazła! – głos Kaźmierza nie zapowiadał dla czarnoskórego pasażera 'Batorego' żadnej litości – żeby ich ogień wygnał z chałupy prosto w przerębel! – Co on panu zrobił? – zdziwił się człowiek, którego nazwisko w całym Chicago pachniało kiełbasą. – Przez czarnych dość się moja rodzina nacierpiawszy…

– Ten nie wygląda na 'Czarną Panterę' – zauważył prezydent, przyglądając się sąsiedniemu stolikowi. Pawlak nie dał się zbić z tropu: Hitler to Hitler, Stalin to Stalin, a dziki to dziki, a nie człowiek! Ania nie wiedziała, gdzie schować oczy, bo właśnie przy sąsiednim stoliku czarnoskóry pasażer z łańcuchem na szyi uniósł w jej stronę wypełniony winem kielich. Jeśli odpowie mu uśmiechem, spowoduje furię dziadka Kaźmierza. – Czy pani dziadek tak samo nie lubi czerwonych? – dopytywał się prezydent rzeźników. – To on nie wie, że u nas każdy czerwony, jest jak rzodkiewka? Z wierzchu czerwony, a pod spodem biały -wyjaśnił Pawlak.