Страница 66 из 71
Pomógł jej podnieść się z ziemi.
– Słuchaj, dzisiaj razem będziemy ciągnąć wózek ze skrzynią. Jutro strasznie spuchniesz, więc trochę poleżysz. Ja będę ciągnął was obie, ale potem już spokojnie. Jakoś dojdziemy.
– Pewnie, że spokojnie – przerwała mu ra
– No.
A
– Może dać wam chociaż konie? – warknął Biafra i zaklął.
– My zawsze wracamy pieszo.
– A jak was ktoś napadnie?
Chłopcu nawet nie chciało się komentować. Razem z A
– Trzymaj się, siostro! – krzyknęła Achaja.
A
Achaja, przygryzając wargi, obróciła się na pięcie. Szukała na pobojowisku znajomych twarzy. Podeszła do ciała Mereditha. Kucnęła i dotknęła ręką jego ramienia. Jakby chciała go uspokoić albo pocieszyć. Ale to chyba ona sama potrzebowała uspokojenia i pocieszenia. Wstała, przygryzając wargi. Szukała dalej. Widziała dwóch ra
Podeszła do zwłok Siriusa. Obok siedział Zaan, który przybył z drugim rzutem Biafry. Zmęczony, obolały, kaszlący. Ale nie rozpaczał. Miał wysoko podniesioną głowę. Trzymał martwego chłopaka za rękę. Jak brat brata. Jak ojciec syna. Spojrzał na Achaję. Był spokojny i opanowany.
Usiadła obok niego. Położyła mu głowę na ramieniu.
– Wiesz? – powiedział cicho. – Wiesz, jakie było największe pragnienie Siriusa?
– Jakie?
– Chciał znaleźć się w otoczeniu przyjaciół. W najbardziej bezpiecznym miejscu na świecie.
Achaja zagryzła wargi, a Zaan kontynuował.
– Czyż on ma bliższych przyjaciół niż my dwoje? – spytał. – Czyż można wyobrazić sobie bardziej bezpieczne miejsce na świecie? – wskazał na setki żołnierzy drugiego rzutu obu armii, którzy strzegli placu.
Achaja czuła, jak znowu pod powiekami wzbierają łzy.
– Wszystkie życzenia się spełniają – powiedział Zaan. – Wszystkie.
Potrząsnęła głową.
– Dzieje się coś dziwnego…
– Wiem – przerwał jej. – Zmieniłem świat – uśmiechnął się smutno. – Chyba zmieniłem nawet porządek wszechświata. Tak coś dziwnego, coś bardzo dziwnego właśnie się dzieje.
Przez plecy przebiegły jej dreszcze.
– Czuję.
– Nie wiem, jak to powiedzieć – wycharczał. – Ale to jest koniec pewnej epoki. Nie mam pojęcia, jak będą nas nazywać – szukał w myślach źródłosłowia, które mogliby wobec nich zastosować przyszli badacze. Potem uśmiechnął się znowu. – Wiesz, właśnie zakończyłem epokę antyku.
Znowu się rozkaszlał. Usiłował wytrzeć ślinę cieknącą po brodzie.
– Widzę teraz całą swoją drogę. Od świąty
– Widzą – przypomniała sobie Mayfed strzelającą do rycerza ze słowami: „Jestem nikim, ale właśnie przestałam się płaszczyć… Teraz Ja!!!”. Przypomniała sobie, jak Marbe, zwykły medyk, trzasnął dłonią w twarz ją, księżniczkę. – Oni już wiedzą, Zaan. Nic nie będzie takie jak dawniej – Achaja silniej przylgnęła głową do jego ramienia. Poruszyła się lekko, tak, żeby jej długie włosy opadły mu na pierś. Przytuliła się. Słyszała straszliwe charczenie w jego płucach. Widziała powykręcane reumatyzmem palce jego dłoni o powiększonych przez chorobę stawach, złuszczoną, pomarszczoną skórę, nienaturalne drżenie obu dłoni. Widziała to wszystko. I zrozumiała coś jeszcze. Niepotrzebnie szukała swojego wojownika w gwiazdach, choć kochała ich wszystkich. Zerknęła w bok na pooraną bruzdami twarz Zaana, na jego rozdygotane przez nerwy i choroby ciało. Niepotrzebnie szukała w gwiazdach, choć czuła więź z nimi wszystkimi. Z tymi, którzy nie chcieli się poddać, nie chcieli złożyć broni, którzy patrzyli śmierci prosto w oczy.
JEJ wojownik siedział tuż obok. Tuliła go. Znajdował ukojenie w jej ramionach. Choć właśnie ginął na swoim posterunku, gdzie walczył do samego końca. Walczył przeciw całemu światu, przeciw wszystkim.
I, płacąc straszliwą cenę, dokonał niemożliwego. Zmienił porządek wszystkich spraw.
– Kocham cię, żołnierzu! – mocno pocałowała go w obwisły policzek.
Jej osobisty żołnierz właśnie ginął na ostatnim stanowisku obrony. Widziała to. Ale przeprowadził zwycięską wojnę. Wygrał. Wyyyygraaaaaał!!! To nie cud. To taktyka, strategia, opanowanie i poświęcenie do samego końca. To niekończące się rozterki, paraliżujący strach i codzie
Zaan znalazł to coś. Potwornym kosztem. Ale znalazł. Doprowadził sprawy do końca. I poległ na polu bitwy, choć jego ciało nie doznało żadnej rany.
Achaja wiedziała, co teraz powie. Tak jakby wcześniej ktoś wyrył te słowa w jej pamięci. Wyryło wielu rzeźbiarzy. Hekke, Virion, Nolaan, Shha i ten sukinsyn, Biafra. Bo oni byli wszyscy tacy sami. Męski świat. Gdzie każdy egzemplarz, który się liczył w hierarchii tego wściekłego stada, był identyczny.
– Nie ma sensu już żyć – powiedział cichym głosem. – Nie mogę oddychać, nie mogę się właściwie ruszać, wszystko mnie boli. Nie mam już przyjaciela – uśmiechnął się do niej. – Czas odejść.
– Wiem – szepnęła czując, że znowu pod powiekami zbierają się łzy. – Kocham Cię!
Przyjął to. Przyjął jej miłość.
– Starożytni wojownicy umierając, dedykowali poematy swoim kobietom – usiłował się znowu uśmiechnąć, ale kaszel mu to uniemożliwił. – I ja ci napiszę.
Z trudem wyjął z sakwy papier i pióro. Na małej kartce skreślił dosłownie kilka słów. Wsunął jej do ręki.
– Wielkim poetą nie jestem. Ale to fajny wierszyk, myślę, że ci się spodoba.
– Nie wiem, czy poetą – westchnęła. – Ale jesteś wielki, Zaan.
– Chciałbym, żeby zapamiętali moje imię.
– Zapamiętają, Zaan. Uwierz.
Popatrzył jej w oczy.
– Pomóż mi – wskazał na kieszeń swojego płaszcza.
Sięgnęła do kieszeni i wyjęła malutką buteleczkę. Pocałowała go w usta. Potem przytuliła się do niego jeszcze mocniej, tak, żeby czuł ciepło kogoś bardzo bliskiego. Ciepło prawdziwej kobiety. Żeby nie był sam.
– Żegnaj kochanie – szepnął.
– Do widzenia kochanie – zębami wyrwała korek z buteleczki i wypluła na bruk. Potem wlała mu truciznę do ust. – Do zobaczenia w krainie wiecznych żołnierzy.
Objęła go mocno oboma ramionami i trzymała przy sobie, czując jego konwulsje i powtarzając jak matka dziecku:
– Już, już, już… Już Zaan. Już zaraz się skończy. Wytrzymaj.
Konwulsje narastały. Jego ciałem trzęsło tak, że nawet ona ledwie mogła go utrzymać. Ale nie poddawała się. Zaczęło nim szarpać. Achaja objęła go nogami. Z boku wyglądało to tak, jakby dwa ciała drgały razem w tym samym rytmie. Nie umierał sam. Wieczny wojownik miał przy sobie swoją kobietę. Umierał przytulony do swojej dziewczyny, w jej silnych ramionach, z twarzą przy jej twarzy. Przez chwilę jeszcze musiała przyciskać go do siebie z całych sił, potem konwulsje były już coraz słabsze. Ciągle jednak trzymała go tuż przy sobie.