Страница 31 из 71
– Jaja se robisz.
– Nie. Prawdę mówię. Tak jak było – znowu niezborne gesty usiłujące odtworzyć to, co widział. – Myk, myk i takiego… – zabrakło mu słowa – takiego plaskacza robisz z całego barłogu – usiłował pokazać, do jak małej wielkości można złożyć prawdziwe łóżko.
– I w tych łóżkach leczą?
– Taaa… Był jeden taki mądry pałacowy matematyk samego księcia Oriona i mówił, że jak się dało powstrzymać zarazę, to się da powstrzymać koszmarne straty z powodu nieleczonych ran. I kazał te szpitale zbudować.
– Toż namiotów się nie buduje tylko stawia. Tfu! – dziesiętnik przygryzł wargę. – Szyje.
– No, czy jakoś tak – Ames naprawdę nie był wymowny. – I cię dają do takiego namiotu i leżysz, nie? I potem cię wysyłają na tyły. A jak wydobrzejesz, to jedziesz na urlop.
– A kto to jest ten Urlop? Nazwisko stratega? Czy jakaś komisja wojskowa?
– Nie, do jasnej zarazy! – Ames aż się zakrztusił. – Jedziesz do domu, do rodziny, żeby wydobrzeć!
– Do domu? – weterani nie mogli zrozumieć. Coś takiego nie mieściło im się w głowach. Jak to do domu? Z wojska zwalniali na jakiś czas?
– No mówię, że do domu – Ames też nie był w stanie wytłumaczyć za dokładnie. – I masz takie kartki, że idziesz do koszar na obiad i muszą ci dać. I ja zawsze szedłem. U nas w domu głodno, to co im miałem darować. Takie prawo miałem, że jak żyję u rodziny, to mam prawo do darmowego obiadu, bo przecież dalej jestem w wojsku. No to szedłem. I dawali. Zawsze dawali. No to się obżerałem. A i rodzinie coś tam się zwędziło czasami.
– O żesz ty – dziesiętnik otarł zroszone potem czoło. – To teraz się żołnierza do domu odsyła, a potem nazad do armii?
– No! Bo ten matematyk, czy jak mu tam, to tłumaczył, że weteran to sto razy lepszy żołnierz niż rekrut.
Tu akurat nikt z obecnych nie miał wątpliwości. Tylko kręcili głowami.
– No i się takiego ra
– Jak mniej pieniądza? – dziesiętnik nie mógł uwierzyć. – Obiad, kurwa, za darmo i mniej pieniądza?
– Ja tam nie wiem – Ames nie potrafił wytłumaczyć tego, co zapamiętał z wykładów oficerów politycznych. – Taniej weterana do linii nazad niż szkolić rekruta, bo oni – wskazał na grupkę poborowych – i tak zaraz zginą.
– No – potwierdziła nagle Hirri.
– To co? – dziesiętnik nie mógł dojść do ładu ze swymi myślami. – To już się nie zdycha z bólu ani nie idzie na żebry, jak się udało wydobrzeć po ranach?
– Armia teraz dba. Teraz cię leczą, żywią i odsyłają w pizdu z powrotem.
Żołnierze wokół nie mogli uwierzyć w to, co słyszeli. Ames postanowił ich dobić.
– Teraz, jak cię ranią, to masz krzyczeć „medyk”, „medyk”.
– Co?
– Medyk! Meeeeedyyyyk!!! – wrzasnął Ames.
Podbiegło dwóch ludzi z uzupełnień. Mieli ze sobą zwój płótna zrolowany na dwóch długich kijach.
– Co się stało? Komu? Jakie rany? – pytali zdenerwowani, bo to był ich pierwszy dzień w wojsku liniowym.
– Spierdalać – warknął dziesiętnik na młodych. Ale jakaś myśl marszczyła mu czoło. – I co oni robią? – zapytał.
– No odnoszą cię do szpitala polowego. Bo taniej jest cię wyleczyć i odesłać z powrotem, niż w rynsztoku zostawić. Tak nam mówili. Nie pójdziesz już na żebry, jak ci nogę utną (tfu, tfu), tylko obiad dostaniesz od wojska. Bo to coś dobrego dla moralności robi!
– Dla morale? – spytała lepiej wykształcona Hirri.
– Ja tam nie wiem. Ja ze wsi jestem.
Dalszą dyskusję przerwał przedziwny pojazd, który pojawił się zza najbliższego wzgórza. Był zupełnie niesamowity. Czwórka koni zaprzężona do wozu, z którego zdjęto burty, a za to zamontowano metalowe palenisko, a na nim wielki kocioł. Jakiś mężczyzna w białej czapce krzyczał, że żarcie jedzie i mają przygotować naczynia.
Po raz pierwszy tego dnia uwierzyli Amesowi. Każdy wyjął, co tam miał zrabowanego z naczyń, i ustawili się w kolejce, wypychając rekrutów na sam koniec. I najważniejsze… Każdy dostał kluseczki z mięsem!
Ciepłe! Pierwszy ich ciepły posiłek od czasu, kiedy kilkanaście dni temu udało się dopaść kilka zapomnianych kur.
– To kuchnia polowa – wrzeszczał facet w białej czapce. – To kuchnia polowa! Każdy dostanie, co mu się należy! Nic więcej, ale i nic mniej, bo takie są wasze prawa!
Naprawdę uwierzyli Amesowi. Pożerali swoje kluseczki i zdobywali pewność, że teraz dopieprzą Luan, bo są lepiej zorganizowani. A do tego kubek wina (co prawda strasznie rozwodnionego, ale jednak wina). Dławili się, jedząc wygłodniali, z trudem żuli, wielu czekała biegunka, ale… Dostali ciepły posiłek tuż po bitwie. Dbano o nich. Pamiętano. Człowiek w białej czapce na wozie wykrzykiwał, że mogą dostać repetę. A oni się dławili.
Bogowie! Czy wojny nie można wygrać ciepłymi kluseczkami na mięsie? To naprawdę robiło wrażenie. Już nie woda z kałuży, nie rabowane kury i psy, a głównie to resztki, myszy i szczury z obcych gospodarstw, nędzne placki chlebowe, których i tak nie potrafili dowieźć z daleka. Ciepłe kluseczki z mięsem. I z sosem! Takim, jak mama robiła.
Ten sos szczególnie mógł być ważącym czy
Ojczyzna dała im nawet kluseczki z mięsem i sosem. Ciepłe! Broń dużo groźniejszą niż te okropne, wymyślone dużo później. Ktoś kiedyś powie, że to zaopatrzeniowcy wygrywają wojny.
Silne armie, ostra broń, zdecydowanie, strategia, nieprawdopodobnie wyszkoleni fachowcy, a naprzeciw… kluseczki. Te drugie… okazywały się zazwyczaj silniejsze. Transport, wzorowo zorganizowane linie zaopatrzeniowe. Nikt nie był jeszcze wtedy w stanie określić tego słowami. Ale gdyby był taki ktoś, to mógłby powiedzieć: „Macie pięć setek rycerzy? Ale my mamy… kuchnię polową. I zobaczymy, czyje będzie na wierzchu po roku kampanii”.
Kucharz zresztą nie zakończył jeszcze swojego zadania. Rozdawał cytryny. Każdy miał zjeść połówkę owocu, wykrzykiwał, bo jemu mądrzy ludzie wytłumaczyli, że od tego nie będą się chwiały zęby w dziąsłach. Nazwy szkorbut jeszcze nie znano, ale pałacowy matematyk przeczytał dokładnie wszystkie relacje z pól bitew – lądowych i morskich. Skoro dało się powstrzymać zarazę, to da się powstrzymać i szkorbut. Natrafił na dziwną relację kapitana statku. Marynarze chorowali jak zwykle, ale po dotarciu na odległą wyspę część z nich wyzdrowiała i to bardzo szybko. Usiłował się dowiedzieć, dlaczego. Czasy naprawdę się zmieniały i ludzie zaczynali pytać. Już nie porządek ustalony przez Bogów, ale pytanie „dlaczego?” Przecież skoro udało się powstrzymać śmiertelną zarazę, to może i szkorbut się uda. A może to nie kołysanie statku na morzu powoduje „marynarską chorobę”? No pewnie, że nie, skoro cierpieli na nią także żołnierze. Więc… dlaczego?
Otóż marynarze, którzy szybko wyzdrowieli, jedli cytryny. Kapitan okrętu zastanawiał się dalej. A co jest w cytrynach? Kwaśny smak? No to na następną wyprawę zabrał beczki z kiszoną kapustą. Ot, taki eksperyment. Marynarze nie chorowali. Nikt nie wiedział dlaczego. Ale odtąd, dzięki pałacowemu matematykowi, cytryny i kiszona kapusta znalazły się w każdym transporcie wojskowym ciągnącym na front. Równie ważne jak strzały do kusz, jak piki, jak owies dla szturmowych koni.
Czy cytrynami i kapustą można wygrać wojnę? Nie wiadomo. Ale żołnierze już nie chorowali. Dostarczano też sól. Czy to kaprys pałacowego matematyka? Żeby żołnierze mieli smaczne potrawy? Nie. On po prostu analizował raporty ze szpitali polowych. Zrobił sobie nawet prześliczny wykres (odkrywając przy okazji osie współrzędnych). Śmiał się z siebie. Jak mógł na to nie wpaść wcześniej? Nie mógł. To Zaan pokazał, że stare myślenie już nie obowiązuje. Że tradycja służy jedynie do potłuczenia o kant pewnej części ciała. Chciał nawet napisać dowcipny wierszyk pod tytułem: „Rola kapusty w pokonaniu największego cesarstwa na świecie”. Ale nie był dobrym poetą. Nie udało się. Reszta rzeczy natomiast udawała się znakomicie.