Страница 30 из 71
– Przecież… – czarownik, sam oszołomiony, nie mógł zebrać myśli. – Przecież te brednie o zniesieniu niewolnictwa to tylko taka polityka.
– Nie, panie – niewolnik potrząsnął głową. – Ja wiem. Ja słyszałem polityków. To tylko brednie mające ogłupić lud w Arkach, powód wojny do kronik. Tak, ja słyszałem. Ale jeśli oni mają uwolnić choćby tylko jednego, pokazowego niewolnika, to… ja im pomogę, panie. Ja tu pozabijam tylu, ilu zdołam. Niech ci, co przyjdą po nas, niech wiedzą… Niech wiedzą, co tu się wyrabiało.
Czarownik potrząsnął głową. Zdjął zaklęcia ze służącego i odprawił go oszołomionego. Podszedł do kryształowego okna. Powiedzieć komuś? Jeśli tak, to komu? I co? „Czarownik nie jest po to, żeby pomagać ludziom. Czarownik jest po to, by utrzymać porządek rzeczy” – przypomniał sobie inskrypcję, która wisiała na wejściem do czarnoksięskiej szkoły. Jeśli powie jakiemuś oficerowi służb wewnętrznych, w jednej chwili parę tysięcy niewolników straci życie. Jeśli nie powie, tamci zabiją kilkaset kobiet i dzieci. Co do zasięgu niewolniczego ataku nie miał wątpliwości – to będzie wielkie nic okupione śmiercią może dwustu ofiar raptem, a może i to nie. Co do skuteczności wojska również nie miał żadnych wątpliwości. To będzie rzeź tysięcy wi
Otworzył okno i usiadł na parapecie, spuszczając nogi na zewnątrz. Poczuł lekki powiew wiatru niosącego ze sobą woń drzew z pałacowego parku, drzew i czegoś jeszcze… Pociągnął nosem. Smoły? Pieczeni? Uśmiechnął się do siebie. Jak zwykle pierwsze wrażenie zapachu było mylące. To wschodnie pachnidła. Ciekawe czy spryskiwano nimi trawniki, czy ktoś rozpościerał umoczone w nich zwoje płótna, by nie docierały tu wonie miasta?
No dobrze. Co powinien zrobić? Nie mógł się skupić. Myślał o atakujących Luan wojskach. Troy i Arkach, tym razem bezwzględne, dążące do ostatecznego kresu, zdeterminowane tak, że dawno przeszły ponad politycznymi podziałami, ponad własnymi interesami handlowymi, będące już gdzieś daleko… daleko poza granicą, której dotąd człowiek nie przeszedł. To koniec Cywilizacji Antyku. Przypomniał sobie kamie
Achaja… Przypomniał sobie słowa Pierwszej Nałożnicy Imperium. Żyje. Jaka w tym wszystkim tkwi tajemnica? Biedne dziecko, sprzedane w wyniku intrygi, torturowane, oddane w niewolę i nagle na czele wojsk atakujących Luan? Zakrył oczy dłońmi. Achaja… Poczuł błysk. Silny, jasny, czający się gdzieś w pobliżu. Znowu zobaczył sprawy odległe o tysiąc lat. Poprzednie błyski ściągnęły go jeszcze raz. Zobaczył… Achaję! Dziewczynę, która jedyna w historii będzie atakować Syrinx dwa razy. Zobaczył potwora. Jakąś monstrualną ważkę. Zobaczył płomień i zniszczenie. Zobaczył Achaję, która na czele garstki żołnierzy pojawia się nagle na ulicach Syrinx, trzymając w dłoni jakąś straszliwą broń. Była obwieszona przedmiotami jak transportowy muł. Miała zakryte czernią oczy. Mogła mówić i być słyszana tak daleko, że człowiek nie wymyślił jeszcze miary na określenie takiej odległości. Była sama, choć w otoczeniu garstki żołnierzy. Spadła z nieba wśród biorącej się znikąd nawały ognia. Syrinx nie mogło się przeciwstawić. Było puste lub prawie puste. Achaja stanęła nagle przed wejściem do jakiegoś zrujnowanego budynku i… i… i spojrzała Meredithowi prosto w oczy.
Czarownik o mało nie spadł z okna. Chwycił się framugi. Ona wiedziała. Ona wiedziała. Z całą precyzją, za tysiąc lat, mogła określić, że widzi ją czarownik siedzący w tym oknie tysiąc lat wcześniej.
Meredith spocił się nagle. Co go czeka? Co przyniosą ze sobą nadchodzące stulecia? Co będzie po końcu antyku?
I najważniejsze. Co powinien teraz zrobić?
ROZDZIAŁ 7
To właściwie nie była żadna bitwa. Poharatana setka szturmowców Troy rzuciła się na podobny liczebnie oddział najemników zajmujący jakąś bezimie
Teraz zwycięzcy siedzieli wśród dymiących chat i zastanawiali się, co by tu jeszcze zrabować. Żarcia było mało, a uciekający wcześniej chłopi zabrali praktycznie wszystkie zapasy. Tak naprawdę do zrabowania nic nie zostało, bo luańscy najemnicy zjedli chyba nawet wszystkie psy, które swoim swędem wykręciły się od ewakuacji. Zaopatrzenie dostarczało nieśmiertelne placki chlebowe, ale linie transportowe rwały się co chwilę, bo byli już w Luan. Za daleko od baz, składów i piekarni. Żołnierze byli po prostu głodni. Przeszukiwali to, co pozostało ze wsi, bez rezultatu. Nawet wody nie można było pić wprost ze studni, bo dziesiętnicy ryczeli „Gotować wodę! Gotować wodę! Nie wolno pić niczego, co nie jest przegotowane!” Rady stratega Gendera z Księstwa Li
Cuda zaczęły się dziać w samo południe. Najpierw przybyli rekruci z uzupełnień. Stare wojsko ignorowało te dzieciaki, nie było sensu się nimi zajmować. Zginą pewnie w następnej bitwie albo, jak będą mieć szczęście, trochę później. Za mało czasu, żeby pokazać im, co i jak. Ale Menake wstała nagle i wrzasnęła w szoku.
– Przecież tam jest Ames!
Weterani podnosili się niespiesznie. Nie mogli uwierzyć. Ames! Ich kolega. Ra
Ames podszedł do nich z szerokim uśmiechem na twarzy.
– No, cześć – powiedział.
– Bogowie – wyrwało się Khorenowi. – Ty żyjesz?
– No, kurwa, żyję, no.
– Przecież dostałeś w brzuch.
Każdy z weteranów wiedział, co to oznacza. Powolne konanie. W bólu, smrodzie i beznadziei. Ames jednak wydawał się zdrowy. Podniósł nawet tunikę, żeby pokazać im pozostałości równych ściegów, którymi zaszyto jego brzuch.
– Jakby sam krawiec robił, nie?
– Ty żyjesz? – nie mogła uwierzyć Menake. – Naprawdę żyjesz?
– A gdzie tam – odezwała się Hirri. – Umarł, a teraz przyszedł nas straszyć.
Nikt się nie roześmiał. Z boku podszedł dziesiętnik.
– Opowiadaj – rozkazał. – Jak to możliwe, że z uzupełnieniami przysłali śmiertelnie ra
Ames, pochodzący z zapadłej wioseczki, wymowny nie był. Ale swój rozum miał.
– Już nie jestem ra
– Jak inaczej? – żachnął się dziesiętnik.
– No, za oddziałami posuwają się szpitale polowe…
– Co???
– No, szpitale polowe. Takie namioty wożą i rozstawiają blisko miejsca, gdzie jest bitwa. I tam się leczy żołnierzy od razu. Żeby strat mniej było. Wyjaśniał nam jeden taki oficer polityczny.
– I co w tych namiotach?
– No, są łóżka polowe.
– Jakie? Łóżka wożą tam, gdzie bitwa? Czym? Przecież na wóz to się może dwa łóżka raptem zmieszczą. To ile wozów by potrzebowali?
– No, takie dziwne są. Składane – Ames niezbornymi ruchami usiłował im pokazać, jak to się robi. – Drewniana rama, płótno i myk, myk i… już jest takie małe coś, co na jeden wóz zmieści się sto takich.