Страница 15 из 71
Niektórzy z Chorych Ludzi zdołali nawet wystrzelić. Potem cały oddział rozprzągł się, rozdzielił i zaczął uciekać zanim jazda spadła mu na kark. Impet ataku luańskiej ko
W każdym razie zaimprowizowane skrzydło Armii Arkach przestało istnieć.
W tym momencie luańscy łucznicy zaczęli szyć, a do ataku ruszyło dwieście setek piechoty korpusu Mohra.
– No to, kurwa, po nas – mruknął Biafra.
Achaja skrzywiła się, jakby zgryzła coś kwaśnego, pułkownicy rozbiegli się do swoich jednostek, żołnierze, tak jak wcześniej rycerze, zaczęli zerkać do tyłu, ku rzece.
Ale…
Artylerzyści, którzy zdołali wcześniej wycelować swe działa, odpowiedzieli ogniem tak silnym, że szeregi łuczników rozprzęgły się już po drugiej salwie. Kamie
– Przenieść ogień na piechotę! – ryknęła Achaja, bo tak było napisane w instrukcji „dołączonej” do oddziału artylerii. Instrukcję tę przeczytała zaledwie dwa dni temu.
Artylerzyści jednak byli dobrze wyszkoleni, odwracali działa, zmieniając jednocześnie kąt podniesienia luf. Piechota dochodziła właśnie do kamie
Świetna, doborowa piechota Luan przeszła jednak i rozlała się na niezasianym jeszcze polu.
– Strzelać! – Biafra nasypał sobie pół kubka białego proszku, zalał wódką i wypił. – Strzelać, psia wasza mać.
– Nie schlej się! – warknęła Achaja, choć i ona miała ochotę na coś, co odsunie strach choć trochę. Tak po prawdzie była przerażona zagładą własnego skrzydła i kawalerią wroga, która dosłownie o kilkaset kroków od jej stanowiska ciągle uganiała się za resztką Chorych Ludzi.
Żołnierze składali się do strzału. Pierwszy szereg wykonał przyklęk, drugi wysunął lufy ponad ich głowami.
Oficerowie obliczali odległość, podoficerowie wywrzaskiwali komendy, żołnierze ustawiali celowniki swoich karabinów.
Pierwsza salwa. Prawie sześć tysięcy karabinów przemówiło jednym głosem. Dym zasnuł własne stanowiska tak, że nie można było zobaczyć jakichkolwiek efektów. Sto kroków. Ktoś w atakujących oddziałach padał, ktoś dławił się własną krwią, ktoś szedł dalej.
– Łaaaaaaduuuuuuj!
Sześć tysięcy żołnierzy wyjęło z ładownic po jednym naboju każdy. Sześć tysięcy dziewczyn włożyło kule do ust i odgryzło papierowe tutki. Proch został wsypany do luf, papier zmięty i dociśnięty wyciorami. Sześć tysięcy kul wbito do gorących luf, zatkano papierem, przybito.
Piechota Luan zbliżała się właśnie do drewnianego płotu. Oddziały skłębiły się, ci z tyłu zaczęli napierać na tych, którzy przełazili przez płot, panował coraz większy ścisk. Niektórzy już zeskakiwali, niektórzy chcieli przewrócić płot, żeby przyspieszyć akcję, ci, którzy przeszli, i tak musieli czekać na pozostałych.
W tym właśnie momencie w odległych o sześćdziesiąt kroków oddziałach Arkach rozległy się ostre gwizdy oficerów. Prawie sześć tysięcy karabinów wystrzeliło wprost w kłębowisko ciał. Ludzie zaczęli wyć. Płot runął pod naporem martwych lub ra
Bogowie! Gdyby Biafra był tak dobrym taktykiem jak strategiem i puścił swoje dziewczyny do ataku, mógłby rozproszyć ten bezwładny tłum. Być może sześciotysięczna armia pokonałaby w bezpośredniej walce trzydziestotysięczną. Ale… Biafra po pierwsze był tchórzem, po drugie znał się na polityce i strategii, a nie taktyce pola bitwy, a po trzecie, miał ciągle pod bokiem wrogą ko
Tymczasem w siłach Luan znalazł się odpowiedni człowiek na właściwym miejscu. Jakiś bezimie
– Nabóóóóój bierz!
Prawie sześć tysięcy dziewczyn wyszarpnęło naboje z ładownic.
– Kulęęęęę odgryź!
Luańczycy rozpędzali się właśnie.
– Proch syp! Papier do lufyyyyyy…
Prawie sześć tysięcy żołnierzy armii wyciągnęło swoje wyciory i zaczęło przybijać ładunki w lufach.
– Wycior w łoże! Kulęęęęę do lufyyyyyy…
Luańczycy w biegu potrafili się formować. Im bliżej coraz bardziej przerażonych dziewczyn, tym bardziej równe były ich szeregi.
– Przyyyyybij!!!
Wyciory znowu wylądowały w lufach. Oni byli tak blisko! Oni byli tak blisko! Ta sama myśl pojawiła się w sześciu tysiącach dziewczęcych głów. Przecież nic ich nie zatrzyma!
– Równaaaaaj! Panewkę w górę!
Jeszcze niecałe dwadzieścia kroków. Jeszcze tylko kilkanaście. Bogowie!!! Aaaaaaaa… Co najmniej kilkuset żołnierzy Arkach nie wytrzymało napięcia, widząc zbliżający się pancerny taran i, rzucając karabiny, zaczęło uciekać do rzeki.
I wreszcie…
– Ładuuuuuj!
Rozległ się trzask odwodzonych kurków. Nie trzeba było mierzyć. Tamci byli tuż, prawie o wyciągnięcie ręki. Nawet nie można było ustawić celownika w karabinie na tak małą odległość.
– Pal!
Właściwie nie wiadomo tak naprawdę (a przynajmniej wtedy nie było wiadomo), dlaczego karabin zyskiwał przewagę nad kuszą i łukiem. Był bardziej szybkostrzelny niż ciężka kusza, ale mniej celny. Był wielekroć mniej szybkostrzelny niż łuk, ale za to dużo bardziej celny. Dlaczego więc ani łucznicy, ani kusznicy nie potrafili nigdy sami, bez wsparcia, zatrzymać atakującego wroga? Co było więc w tych wystrzeliwanych z karabinów ołowianych kulach o średnicy kciuka? Tamci bali się huku i dymu? Nie obrażajmy doborowych wojsk Luan, to nie byli tchórze. Huk i dym był straszny, ale… bardziej dla dziewczyn z Arkach, które miały osmalone twarze. To im dzwoniło w uszach. Dlaczego więc nie kusza, nie łuk, tylko karabin? Trudno na to odpowiedzieć, biorąc pod uwagę ówczesny stan techniki. Może jedynie dlatego, że człowiek trafiony strzałą często biegnie z rozpędu jeszcze kilka kroków i pada do przodu… Człowiek trafiony ołowianą kulą natomiast leci w tył, jakby któryś z Bogów z całej siły szarpnął nagle przywiązaną do jego pleców niewidzialną liną.