Страница 11 из 71
A tymczasem z boku uderzyły siły główne. Z zaskoczenia, znienacka, szybko. Wbiły się w bok sił Luan, powodując rozgardiasz, panikę, amok. Straty, wbrew pozorom, nie były takie duże, Armia Zachód wycofała się błyskawicznie. Ale wojska Luan nie mogły się zebrać i przywrócić porządku we własnych szeregach.
Ktoś, kierując się logiką poprzednich pokoleń, pomyślał: skoro tamci uciekają, to trzeba ich gonić. Wojska Luan rozciągnęły się w manewrze pościgowym i… I napotkały pierwszą pułapkę. A potem drugą. A potem trzecią. A potem czwartą. Kawaleria Troy (jednak wyciągnięto wnioski z ataku na cesarski orszak) w szybkim rajdzie ogarnęła ich tabory. Żadnej bitwy, żadnych łupów, koniec z tradycją – to był cios jak nożem w blok masła. Wystarczyło spalić wozy. I… I właściwie nie wiadomo było, co dalej. Armia Zachód Królestwa Troy „uciekała” w głąb Luan. Co się działo z resztą spraw, właściwie nikt w sztabie nie wiedział.
Zaan na szczęście nie musiał odpowiadać Wielkiemu Księciu. Tuż przed namiotem sztabowym rozległy się okrzyki wartowników. Któryś z młodszych oficerów podskoczył, by przesunąć wszystkie osłony przeciwsłoneczne. Do zraszanego wodą ze specjalnych spryskiwaczy wnętrza wtargnęła fala suchego, gorącego powietrza, przypominając o upale na zewnątrz. Sam jednak widok księcia Siriusa, który właśnie zsiadał z konia, sprawił, że zrozumieli, jak naprawdę gorąco jest na zewnątrz.
Chłopak słaniał się na nogach, ledwie mógł otworzyć oczy. Gwardziści zostali na zewnątrz, szukając jakichkolwiek naczyń z wodą, a młodego księcia do środka wprowadził, prawie wciągnął, oficer dyżurny.
– Jaka jest sytuacja? – krzyknął Orion. – Gdzie nasza armia?
Sirius dopadł do najbliższego pucharu z winem i zaczął łapczywie pić.
– Wiesz, jaka jest sytuacja, synu?
– Mmmm… – Sirius skinął głową, rozlewając drobne strużki po swoim kaftanie.
– No mów nareszcie!!! Co z Armią Luan? Pobita?
– Poszarpana strasznie – chłopak odruchowo rękawem wytarł usta, ale wyjątkowo nie spowodowało to niczyich komentarzy. – Ale jest. Istnieje jako zorganizowana siła.
– Więc co robi Milte???
Wzruszenie ramion.
– W tej chwili dwie grupy wojsk ciągną w głąb Luan. Nasza i ich. Prawie obok siebie.
– O Bogowie! – Orion zakrył dłońmi twarz.
– Ale jest zasadnicza różnica.
– Jaka?
– Nasze wojska są przekonane, że wygrywają, a ich wojska są przekonane, że przegrywają.
– Tylko tyle???
– No – Sirius skinął głową. – Armie ciągną prawie obok siebie. Ale to my atakujemy, a oni uciekają.
– Tak jak przewidywaliśmy – powiedział Zaan. – Zazbroili się na śmierć i teraz nie mają z czego opłacać najemników. Morale zerowe, dostali kilka klapsów i już zwiewają. A zaraz zaczną się tam bunty i rokosze.
– Skąd wiesz?
– Skoro nasi filozofowie tak dobrze radzą sobie z naszym wojskiem, to pomyślałem, że ich filozofowie równie dobrze poradzą sobie z ich wojskiem. Opłaciliśmy wielu i oni od rana do nocy narzekają na złe warunki, brak żołdu, indolencję dowództwa, durną wojnę, złe jedzenie, okropne warunki i… i nawołują do buntów, dezercji, niewykonywania rozkazów…
– Bogowie? Przecież to Luańczycy! Czy każdy zdradzi swój kraj za pieniądze?
– Ależ skąd. Agenci Biura załatwili im po cichu powołania do wojska. A jak już taki inteligent poczuł na własnej skórze trudy i okropieństwa wojny, to zgłaszał się do niego jakiś „nasz przyjaciel”, załatwiał zwolnienie z najgorszych służb, pomagał, pożyczał pieniądze, mówił o strasznej sytuacji i o tym, że coś trzeba zrobić… Wtedy zdradzali wszyscy. Inteligent to nie człowiek, który będzie walczył z krwawiącymi stopami, gdzieś w zarazę daleko, na morderczej pustyni, wśród poniżającego go chamstwa. Swojego domu może by i bronił. Ale wystarczy, że zobaczy, co to jest wojsko, i już zaczyna ględzić o potrzebie zakończenia wszystkich wojen. I jest przy tym bardzo wymowny. Bardzo skuteczny.
Orion tylko pokręcił głową. Podszedł do wielkiej mapy sztabowej.
– Bogowie! Przecież przerwą nam wszystkie linie zaopatrzeniowe! Przecież…
Sirius wzruszył ramionami.
– Zaopatrzenie i tak nie dociera. Wojsko żywi się tym, co zdobędzie z linii zaopatrzeniowych wroga. Bo go wyprzedza o pół dnia w marszu.
– Jak to wyprzeda o pół dnia? I to oni sądzą, że uciekają, a my, że atakujemy?
Sirius znowu wzruszył ramionami.
– No, z grubsza tak.
– A załogi fortów i tych wszystkich umocnień, które pobudowali?
– Wieją jak zające. Skoro ich własna armia opuściła, to co mają robić? Czekać na nasze zespoły oczyszczania?
– A fortece?
– A fortece to po prostu omijamy…
– No nieprawdopodobne! Nieprawdopodobne zupełnie… Armia sobie idzie przez pole, nie ma żadnej bitwy i… wygrywamy? Wyłącznie dzięki polityce i pieniądzom???
Matematyk pociągnął Zaana przed namiot, w gęsty upał. Tuż pod oczy przechadzających się wart, w tłum gwardzistów ochrony sztabu, którzy poili właśnie konie i szykowali się do zmiany.
– Myślałeś o tym? – matematyk wyjął z sakiewki brązową tutkę. – Bo ja cały czas nie mogę myśleć o niczym i
– Co to jest, zaraza? Kasme ci dała? – patrzył, jak tamten wkłada tutkę do ust i wyjmuje jakieś dziwne urządzenie.
– Nie, kupiłem sobie. Od czasu, kiedy mam mnóstwo pieniędzy, kupuję sobie różne cudeńka dla zabawy.
– Ale po co się zadymiać?
– He, he… Patrz na to – matematyk zaczął nakręcać dziwną, metalową maszynę. Zwolnił dźwignię, rozległ się syk stali trącej o krzemień i na szczycie urządzenia wyskoczył mały płomyczek. – Widzisz? Nie trzeba już krzesiwa – przytknął płomyczek do tutki w ustach, a ta zaczęła natychmiast dymić. – Rzemieślnik, od którego to kupiłem, jest teraz majętnym człowiekiem…
– Zabawka – Zaan wzruszył ramionami. – No, ale fakt. Świat się zmienia. Już nigdy nie będzie taki jak dawniej.
– Właśnie o tym chciałem porozmawiać – matematyk wydmuchnął kłąb dymu z płuc.
– O czym?
– O tym, co zrobiliśmy. O tym dziwnym czymś…
– A konkretnie?
– Słuchaj – kolejny kłąb dymu uleciał z ust, formując się w zgrabne kółko. – Jak to jest? Stwierdziliśmy, że cała dotychczasowa strategia to jeden wielki zbiór tradycji. Siedliśmy i wymyśliliśmy coś i
– A dlaczego nie miałoby się sprawdzać?
– Słuchaj. Jak to jest, że od tysięcy lat coś się formuje, nabiera kształtu, a potem… potem dwóch ludzi siada, zastanawia się, zaprzecza wszelkim zasadom, wymyśla coś i to… to działa!
Zaan tylko wzruszył ramionami. Matematyk potrząsnął głową, zrzucając z tutki popiół.
– Czy już odtąd będzie tak, że człowiek siądzie, wymyśli coś nowego i… i to będzie działać?
– Nie wiem.
– No powiedz coś!
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem – Zaan rozglądał się po piaszczystych pagórkach wokół, ocierając pot z czoła. Poza wojskowymi instalacjami nie było widać śladu cywilizacji. Ale ta cywilizacja drżała właśnie w posadach. Jej fundamenty kruszyły się od nowych koncepcji, od ognia karabinów armii Biafry, od rewolucyjnych działań armii Zaana, od filozofów, z których każdy już poznał swoją skuteczność i nie zamierzał o niej zapomnieć, od racjonalnego myślenia, które potrafiło powstrzymać śmiertelną zarazę, ale i… Ale i od dziecięcego wózka, wieszaka w szafie, prymitywnej i potwornie kosztownej zapalniczki. Cokolwiek by się stało, Ko
Zaan obserwował, jak z dalekiego wzgórza ktoś nadaje heliografem. Krótkie błyski słońca odbitego w lusterku: bam, bam-bam-bam, bam-bam… On rzucił pomysł, matematyk wymyślił specjalny alfabet, a jakiś bezimie